Logo
Magazyn

Ty byłaś naszą Doris!

10.03.2026, 13:50 Wersja do druku

Odeszła, przez ponad 40 lat służąca Teatrowi Lubuskiemu w Zielonej Górze, garderobiana Dorota Przewłocka (wcześniej Kubczak) – zwana przez kolegów Doris. Cechą najważniejszą Doroty, poza pracowitością i lojalnością, był jej piękny uśmiech – wyraz nieśmiałości i taktu, a czasem nieco szelmowski. 

fot. archiwum prywatne autora

Mało kto do końca wie, jak rozległy potrafi być zakres obowiązków teatralnej garderobianej, szczególnie, gdy teatr prowadzi intensywną działalność objazdową. Taki był nasz Teatr Lubuski w Zielonej Górze w latach swojej „belle époque”. Uśmiech Doris i jej ciężka praca współtworzyły tę epokę. 

Kiedy jedzie się w objazd, często w plener, wszystko trzeba włożyć do teatralnych skrzyń: rekwizyty, kostiumy, buty, kosmetyki do charakteryzacji, paski, kapelusze, sznurówki, czajnik do gotowania wody na kawę, czy herbatę, no, wszystko, bo gdy się czegoś zapomni… Słynne pod tym względem było „Smurfowisko” (reż. Tomasz Dutkiewicz, prem. 16 I 1993), grane ogromną ilość razy. Kiedy spektakl jechał w teren, złośliwe smurfy lubiły gdzieś chować swoje charakterystyczne, przypominające szlafmyce, białe czapki. I gdy w skrzyni ich nie było, wtedy Doris i inne panie garderobiane były w kłopocie. 

Garderobiana Doris ze swoim rozbrajającym uśmiechem mówiła do swojej szefowej, czyli pani Wandy Boguckiej: „zapomniałyśmy zabrać” (brała na siebie drański uczynek smurfów…). Wtedy rozpoczynała się nerwowa bieganina po sklepach i sklepikach danej (objazdowej) miejscowości i próby zakupu czegoś białego na smerfne głowy, czegoś co mogłoby przypominać te smerfne białe szlafmyce, które zaprojektował pani Liliana Jankowska. Zadanie nie było łatwe i, oj, nie zawszy byłaby pani Liliana zadowolona z tego, co trafiało wtedy na głowy aktorów… Raz, kiedy „Smurfowisko” grane było nie tak daleko od Zielonej Góry, Doris nawet wzięła taksówkę na własny koszt, aby udać się do magazynu kostiumów w bazie swojego teatru i zdążyła obrócić przed spektaklem (chociaż w ostatniej chwili…). 

Gorzej, kiedy mieliśmy wyjazd zagraniczny, na dodatek z kilkoma tytułami – o niedopatrzenie rzeczywiście było łatwo. Wtedy już nie było „zmiłuj się!”. Tak było w przypadku „Pana Tadeusza” we Francji.

Przed spektaklem granym w sali ambasady polskiej w Strasburgu, siedzi Doris na tarasie placówki i coś zawzięcie szyje. Pech chciał, że napatoczyłem się tam ja (reżyser spektaklu i dyrektor Lubuskiego w jednej osobie). Pytam, co to za robota, a Doris mówi wyprzedzająco: „A ja się wcale pana nie boję!” i szyje dalej. Okazało się po chwili, że tym razem jakiś Gerwazy, albo jakiś złośliwy niedźwiedź z „Pana Tadeusza”, gdzieś zachomikował pas kontuszowy Sędziego. Tomasz Karasiński, grający Sędziego, Doris lubił i afery nie robił. Pani Wanda wynalazła w jakieś skrzyni kawałek rezerwowej stylowej tkaniny - i Doris szyła na dyplomatycznym tarasie, dyrekcji się nie obawiając – bo znała moc swojego szelmowskiego uśmiechu i nim ratowała sytuację.

Doris wiedziała, jak ważne jest zaopiekowanie się aktorem przed spektaklem, że trzeba mu dać poczucie komfortu (nawet w trudnych objazdowych okolicznościach). Wiedziały to także pozostałe podopieczne szefowej garderobianych z tamtego czasu – panie Celina Karasiewicz i Ola Czapnik.

Kiedy Teatr Lubuski grał spektakle wieloobsadowe – jak „Romeo i Julia”, „Ślub” lub „Wiśniowy sad” – trzeba było także, oprócz obsługi garderobianej dużej obsady aktorskiej, w nich statystować. Dlatego na zdjęciach teatralnych została uwieczniona Doris także w scenicznym skupieniu. Będąc bowiem blisko sceny przez 40 lat nabyła pani Dorota i tej umiejętności.

Doris była także doskonałym kompanem do zabawy, bo przecież nie samą pracą człowiek teatru żyje. Pewnego razu w ośrodku wypoczynkowym Teatru Lubuskiego nad jeziorem w Kosobudzu (ta szumna nazwa oznaczała pustą polanę nad jeziorem, gdzie podczas letniego urlopu pracownicy, m.in. pani Dorota, rozbijali swoje namioty), podczas zbiorowej biesiady, Doris zapragnęła popływać. Pływała znakomicie. Ktoś w garniturze i pod krawatem, kto przyjechał tutaj z na w pół służbową „wizytą przyjaźni” – już trochę rozbawiony i pod wpływem – widząc panią Dorotę w kostiumie kąpielowym zmierzającą w stronę jeziora, zapragnął jej towarzyszyć. To nic, że w garniturze i pod krawatem – wskoczył za nią do wody, to nic, że nad brzegiem jeziora wypoczywała akurat drużyna harcerska (wcale nie w roli ratowników wodnych przybyła) i oczy przecierali ze zdumienia harcerze widząc tę doprawdy filmową scenę obrazującą wielką tęsknotę jednej istoty ludzkiej za drugą…

Zarówno te wcześniejsze opowieści, jak i tę zupełnie szaloną, związaną ze sportami wodnymi, która w Teatrze Lubuskim szybko stała się jedną z chętniej opowiadanych anegdot, przytaczamy, bo  została z nami na lata – jakbyśmy już wtedy widzieli, że odchodząc zostajemy i dalej trwamy w serdecznej pamięci żyjących – w anegdocie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także