Logo
Recenzje

Ale kino! Na planie „Księżnej Chicago"

9.12.2025, 10:54 Wersja do druku
„Księżna Chicago” Imre Kalmana w reżyserii Michała Znanieckiego w Mazowieckim Teatrze im. Jana Kiepury w Warszawie. Pisze Maciej Gogołkiewicz w portalu operetkowe.info.

fot. Rafał Latoszek/ mat. teatru

Operetkowa premiera Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury w Warszawie to stuprocentowy “charleston z gwiazdami” i “pierwsza liga five o'clock”! „Księżna Chicago Imre Kalmana w reżyserii Michała Znanieckiego wraca po 95 latach na polską scenę i wszystko wskazuje na to, że mamy hit i nadzieję na Oscara”! Bo oto jesteśmy świadkami powstawania - na teatralnych deskach - filmu muzycznego, jazz-operetki!

To już druga (na scenie MTM) w 2025 roku premiera operetkowa i druga w reżyserii (i z dialogami) Michała Znanieckiego, z przekładem songów i partii wokalnych Magdaleny Sowińskiej. Kierownictwo muzyczne objął Krzysztof Herdzin, adaptując muzykę Imre Kalmana nie tylko do możliwości warszawskiej sceny, ale także akcentując to, co najciekawsze w jazz-operetce. Dla miłośników operetki, przyzwyczajonych do dźwięków z Wesołej wdówki”, Zemsty nietoperza” czy Księżniczki czardasza”, spotkanie z Księżną Chicago” może okazać się odświeżające, odkrywcze i bardzo satysfakcjonujące! 

Księżna Chicago” zeszła z afisza w 1930 roku (dwa lata po wiedeńskiej i rok po warszawskiej premierze) i od tamtego czasu nikt nie miał odwagi wrócić do tego operetkowego tytułu. Teraz operetka - lśniąca dźwiękami walca, czardasza, charlestona, slowfoxa - wchodzi na scenę MTM tryumfalnie niczym Miss Mary Lloyd do pałacu księcia. 

Przez większą część spektaklu, temu co dzieje się na scenie towarzyszy ekipa filmowa oraz… kamery. To nie jest nowy pomysł. Z koncepcji studia filmowego czy telewizyjnego korzystali ostatnio: Jerzy Jan Połoński, reżyser operetki Orfeusz w piekle” w Operze na Zamku w Szczecinie oraz Jakub Szydłowski w realizacji musicalu Pretty Women” w Teatrze Muzycznym w Łodzi. W „Księżnej Chicago” przeniesienie operetki do świata filmowego show-biznesu pozwala na - w miarę logiczne (jak na współczesne czasy) - dotarcie do happy endu (co w operetkach nie zawsze jest oczywiste), ale też pomaga artystom w poruszaniu się po scenie i dotarcie np. do garderób. 

Zabieg wymyślony przez reżysera tylko początkowo rzuca się w oczy, potem pojawia się jedynie subtelnie, tuż na granicy światła, wręcz niezauważalnie, by momentami całkowicie zniknąć, pozwalając widzowi „wejść” w akcję filmu, rozgrywającego się na scenie. Chwilami obraz z kamery możemy - na żywo - oglądać na dużym ekranie. Czarno-biały film, z przebijającą perforacją taśmy filmowej i charakterystycznymi dla celuloidowej taśmy uszkodzeniami”! Ileż w tym uroku rodem ze starego kina. Ujęcia kojarzą się z pierwszymi filmami, a opóźnienie obrazu względem dźwięku, budzi skojarzenia z pionierskim produkcjami dźwiękowymi z Hollywood.

Przejdźmy do tego, co już od początku robi ogromne (dosłownie i w przenośni) wrażenie na widzach. To scenografia Luigi Scoglio. Majestatyczna, z mnóstwem roślinnych ornamentów (z charakterystycznymi pęknięciami - znakiem upływającego czasu) oraz z pozostałościami gotyckich łuków. Do tego kręcone schody po obu stronach sceny, prowadzące do pomieszczeń na piętrze (!), pełniących rolę między innymi restauracyjnych lóż. W jednej z scen spektaklu w dodatkowym okienku” pojawia się bajecznie kolorowy wózek lodziarza!  W innej staje tam Księżna Chicago, pozdrawiająca publikę gestem à la Elżbieta II. 

W sercu sceny przez cały spektakl bryluje tylko jeden element - książęcy tron - ostatni z symboli wielkości upadającego już państwa Sylwaria, o którym to tronie Mary Lloyd mówi, że to tylko większy stołek, który świetnie pasuje do jadalnianego stołu. Jakże wymowne jest, gdy zamiast siedzącego na nim księcia - górując nad wszystkim - staje na tronie trębacz jazzbandu (rewelacyjny w tej roli Nathan Williams). 

Wróćmy do scenografii. Zasiadające na widowni osoby dostrzegają początkowo surowe, szare, czarno-białe wnętrze - jak się okazuje zaplecze studia filmowego nr 19. Dopiero potem, gdy pada pierwszy klaps, świat nabiera kolorów. Światło wyreżyserowane przez Dariusza Albrychta ożywia poszczególne elementy scenografii. Warto przyjrzeć się… scenicznej podłodze, tam również światło uzupełnia przestrzeń. Piękne zamknięcie walca, wykonywanego przez baletową parę!  

Dzięki projekcjom Karoliny Jacewicz pojawia się sceniczna głębia. Uwielbiam tę artystycznie wykreowaną iluzję, która w połączeniu ze światłem (również tym będącym elementem wizualizacji, np. w postaci wygenerowanego światła spota), nie tylko powiększa obraz sceny, ale również - proszę wybaczyć mi to określenie - dopieszcza zmysły widza, dostarczając niesamowitych wrażeń. 

Zapadają w pamięci: scena z telegrafem oraz przebudowa” pałacu z rysunkami technicznymi. Dzięki projekcjom mamy wnętrze restauracji z pięknym żyrandolem i eleganckim fortepianem. Mamy też przykurzone i chłodne wnętrza, które poddane pałacowym rewolucjom lśnią od świateł neonów (Home sweet home”). Projekcje Jacewicz zabierają nas także na ukwiecone, pachnące fiołkami łąki Sylwarii oraz przenoszą na europejski grunt… nieco amerykańskiej kultury: są neony z hot-dogiem i popcornem. W  We. Ladies from America” w II akcie dostrzegamy ikony pop-kultury zza wielkiej wody: kowbojki, piłkę bejsbolową, kolbę kukurydzy czy wizerunki z banknotów - Washingtona i Lincolna. Dodam, że ten “amerykański drugi akt” również światłem ubrany jest w kolory z flagi Stanów Zjednoczonych. 

Kostiumy zaprojektowane przez Małgorzatę Słoniowską także sprawiają, że nawet na chwilę nie zapominamy (w II akcie) o Ameryce. Stylizacje typowe dla lat 20-tych, 30-tych. Sukienki należące do klasyki charlestona - bogato zdobione frędzlami, cekinami i koralikami - do tego szale boa, pióra, charakterystyczne opaski i kapelusze  - w kolorach czerwonym, niebieskim i białym. Część z postaci jest wręcz ubrana w elementy amerykańskiej flagi z charakterystycznymi gwiazdkami. No i to nakrycie głowy w stylu Statua Wolności”… niczym ze sklepu z pamiątkami. Pierwszy akt to czerń i biel - elegancja rodem z wiedeńskiego balu. Choć nie ukrywam, że moją uwagę przede wszystkim przyciągnęły stroje mieszkańców Sylwarii. Mimo, że szare (niczym u postaci musicalu Les Miserables”) to przepięknie wykończone chustami, jak i fragmentami przywodzącymi skojarzenia z wykonywanymi na szydełku obrusami, serwetami - bardzo popularnymi na początku ubiegłego wieku. Te charakterystyczne elementy pojawiają się także w formie aplikacji naszytych na męskie marynarki - przy kołnierzu, na mankietach, w linii guzików. Pięknie to wygląda. Wyjątkowo prezentują się także mundury księcia biały i bordowy oraz idealnie dopasowane garnitury Jamesa Bondy (zwłaszcza ten biały, prążkowany ze złotymi guzikami i złotym krawatem)! Zauroczyły mnie także ludowe stroje Sylwarianek z dopełniającymi je kwiatowymi wiankami.  

W „Księżnej Chicago” królują charleston i walc w choreografiach Ingi Pilchowskiej. A mnie... zachwycił sylwaryjski” taniec ludowy, czerpiący z folkloru wszystko to, co najlepsze. To zdecydowanie najmocniejszy element prologu, w którego finale cudownie wybrzmiewa orkiestra. Skoro mowa o muzyce. Chwilę przed rozpoczęciem pierwszego aktu, ze świata operetki przenosimy się do wnętrza filmowego studia, w którym trwają przygotowania do kolejnych zdjęć. Scena zanurza się w jasnym, surowym, roboczym świetle. Antrakt wypełnia muzyka Kalmana z wyjątkowym solo skrzypiec i wiolonczeli.  

Wróćmy do choreografii: Otwierający spektakl utwór Charleston, charleston, tańczmy dziś! Może jutro krok inny będzie modny. Charleston, Charleston, królem dziś”, wykonywany jest na tle przesuwającej się w poziomie perforowanej taśmy filmowej. Tańczący artyści nie są oświetleni frontowymi lampami, co tworzy efekt cieni, tańczących z nieprawdopodobną energią. Trochę jak w fotoplastykonie. 

Chwilę potem kolejna dynamiczna choreografia w We, Ladies from America”. Super ułożony ruch w scenie z marionetkami”. Spektakularnie prezentuje się też choreografia (nazwijmy ją roboczo) z zakupami oraz ta, która towarzyszy otwierającemu drugi akt Slowfoxowi od Mary”. Gdy slowfox wraca w finale epilogu, 13 osób na scenie robi wszystko, by zaimponować widzowi. Z sukcesem! Kolejny raz chylę nisko głowę przed Ingą Pilchowską oraz tancerkami i tancerzami, również przed osobami z zespołu wokalnego: mimo niewielkiej sceny MTM stworzyliście przepiękne, dynamiczne sceniczne obrazki, pulsujące rytmem i doskonałą synchronizacją.

Siłą Księżnej Chicago” jest przede wszystkim obsada. Cała obsada!  Podkreślę, że opisywane tutaj moje wrażenia dotyczą pokazu z 4 grudnia 2025. I od razu pochwalę taneczne umiejętności śpiewających artystów, którzy idealnie odnaleźli się w świecie charlestona! Brawo! 

Pierwszą parę operetki Miss Mary LLoyd, księżną Chicago oraz Borisa Sandora, księcia Sylwarii wykreowali Magdalena Stefaniak i Arnold Rutkowski. Stworzone przez nich postaci już od początku zabiegają o uwagę widza. Rutkowski czaruje publiczność w tęsknej Wiedeńskiej piosence” śpiewając w prologu: ...wiedeńskiej piosnki, słodkiej tak/ Jak podniebnego słońca blask,/ Do serca szybko biegnie dźwięk, / przecinający ciszy toń./ Wiedeńska piosnka – miłości wyznanie”. 

Z każdą arią, z każdym duetem Arnold Rutkowski pozwala swojej postaci coraz bardziej się otwierać. Książe Sandor to sentymentalny tradycjonalista, romantyk, gotowy na ustępstwa dla dobra swoich poddanych. Osobowość Borisa Sandora ma swoje odbicie nie tylko w grze aktorskiej Rutkowskiego, ale także w partiach wokalnych. Głos artysty idealnie przekazuje całe spektrum emocji księcia. A skoro wspomniałem o duetach - ten wykonany z Zuzanną Caban „O Rosemarie!”  jest jedną z najlepszych, operetkowych piosenek o miłości!

Magdalena Stefaniak jako Mary Lloyd pojawia się chwilę później na scenie w otoczeniu operetkowych cheerleaderek, koszykarzy i rugbistów. I od początku budzi sympatię, śpiewając:  

“We  Ladies from Ameryka!/ Pragniemy wciąż kochane być!/ Marzymy też o szczęściu wielkim,

w rytm muzyki i … przy drinkach!/ Lśnimy tam gdzie jazz i saksofon,/ przy słodkim brzmieniu, banjo- to jest ton!,/ i zanim pojmiesz co się dzieje,/ Miłość zjawia się!” 

Stefaniak przez cały spektakl śpiewa pięknym, klasyczny sopranem. Słychać techniczną perfekcję. Idealnie odnajduje się w duetach jak np. w dowcipnym „Tak jak w Chicago” (z Jamesem Bondy granym przez Wojciecha Dzwonkowskiego) czy niesamowicie wzruszającym, płynącym w rytmie walca „Książe mój, wybacz mi” z Arnoldem Rutkowskim. Warto zwrócić uwagę także na „Walc zakochanych”!  Doceniam ogromne poczucie humoru Stefaniak i doskonale zagraną scenę “ogrzewania podłogowego”. Próbne zdjęcia z Charlie Foxem (Ryszard Rembiszewski) to jeden z zabawniejszych momentów operetki. 

Drugi duet operetki Zuzanna Caban jako Rosemarie i Wojciech Dzwonkowski „utytlony, uhrabiony” James Bondy kradnie show i sympatię publiczności. Mam wrażenie, że wszystkie drugie duety” u Kalmana tak mają. Stasi i Boni, księżniczka Mi i Gucio. 

Zuzanna Caban nie ma w „Księżnej Chicago” łatwego zadania. Jej bohaterka nie wymawia r... Dykcyjne wyzwanie zaliczone przez artystkę na najwyższym poziomie! I co ciekawe Caban znajduje również przestrzeń na pokazanie osobowości swojej postaci oraz przemian, jakie zachodzą w niej w trakcie spektaklu. Wokalnie Zuzanna Caban dostarcza widzom doznań z najwyższej półki oraz umiejętnie balansuje na granicy śpiewu klasycznego i musicalowego. W duecie W niebie gra teraz już tylko jazz-band” brzmi jak gwiazda filmu muzycznego. Widząc ją na scenie, wyśpiewującą piękne, wysokie dźwięki miałem skojarzenie z... Judy Garland (w Czarnoksieżniku z Oz”). 

Z Wojciechem Dzwonkowskim świetnie tańczą, lekko poruszają się na scenie. Mam wrażenie, że postać Jamesa Bondy jest idealnie dopasowana do Dzwonkowskiego. Przede wszystkim wokalnie. Obdarzony ciepłym barytonem Dzwonkowski swobodnie prowadzi swoją postać, a każdy z wykonywanych przez niego duetów brzmi bardzo naturalnie. Piękna dykcja, a do tego doskonałe bawienie się akcją operetki. Brawo!

Księżna Chicago” to obowiązkowa pozycja operetkowa. Coś czego nikt nie widział na żywo w Polsce od blisko 100 lat!  Jeśli masz dylemat co wybrać walc czy charleston, jeśli chcesz zobaczyć współczesną operetkową realizację, a na dodatek szukasz nowych doświadczeń z tym gatunkiem polecam Księżną Chicago” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym w Warszawie. Zachęca do tego Mary Lloyd: Nogi same tańczą w tempie,/ Są to rytmu konsekwencje,/ Usta płoną też…/ Jaki powód jest?…/ Serce bije jakby głośniej,/ Prosi by mu wciąż powtarzać,/ Parkiet tętni grą/ Jeszcze nie pora wracać stąd!”

Tytuł oryginalny

Ale kino! Na planie „Księżnej Chicago”

Źródło:

https://www.operetkowe.info
Link do źródła

Data publikacji oryginału:

05.12.2025

Sprawdź także