Logo
Recenzje

1984 powody, by znów chodzić do Norwida

7.04.2026, 13:52 Wersja do druku

„1984” George Orwella w reż. Szymona Kaczmarka w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze. Pisze Jędrzej Soliński w Odrze.

fot. mat. jelonka.com

Rok 2025 obfitował w zadawane w wielu polskich miastach pytania, do kogo należy teatr i po co on w ogóle jest. Te pytania najczęściej są objawem jakiegoś kryzysu - tak było chociażby w Kielcach. Tymczasem z prawdziwym, nomen omen, dramatem mamy do czynienia wówczas, gdy pytań o teatr nikt nie zadaje. I taka właśnie cisza trwała przez dekadę w Jeleniej Górze.

Jednym z najciekawszych fenomenów kulturowo-społecznych w Polsce jest gęsta sieć publicznych teatrów prowincjonalnych, to znaczy niestołecznych, a nawet od 1999 roku - niewojewódzkich. Trwają one a to siłą prestiżu, który wciąż niosą byłym, nieco zapomnianym miastom wojewódzkim (i nie tylko), a to siłą bezwładu (bo zawsze tak było), a to stają się zabawką w rękach takiej czy innej władzy. Niektóre z nich jednak wyłamały się z tego nibytrwania i zaistniały na kulturalnej mapie Polski. Modelowymi wręcz przykładami są dolnośląskie, ale nie wrocławskie sceny w Wałbrzychu i Legnicy. W obu tych teatrach od wielu lat można dostrzec jakiś pomysł na własne trwanie.

Być może u źródeł ich sukcesu stoi również decyzja, lub może intuicja, by nie roztrząsać bez końca wielkich spraw wielkiego świata - niech czynią to Warszawy i Krakówki - ale zwrócić się ku życiu obok. Wielkie tematy składają się przecież z małych, pojedynczych losów. Nie znaczy to jednak, że w Modrzejewskiej powstają tylko spektakle np. o legnickiej dzielnicy (doskonała Ballada o Zakaczawiu, 2000, reż. Jacek Głomb), a w Szaniawskim tylko o górnikach albo więźniach Gross-Rosen (genialny Nocny portier. Doświadczenie, 2023, reż. Seb Majewski). Bynajmniej. Chodzi o coś innego, o teatr, który nawet jeśli sięga po klasykę, to nie zapominając o kwestiach: po co? jak? dla kogo? Na takie pytania inaczej odpowiada się w Warszawie, a inaczej w Wałbrzychu. Raz artykułowane mocniej, raz słabiej, ale one padają i ktoś próbuje na nie odpowiedzieć.

Tymczasem z punktu widzenia historii powojennej największy i najbardziej zasłużony nie tylko dla kultury regionalnej, ale i kultury polskiej w ogóle, teatr dramatyczny na Dolnym Śląsku, a więc jeleniogórski Norwid przez niemal dekadę nie tylko nie odpowiadał na pytania po co, dlaczego, dla kogo itp., ale nawet ich nie zadawał. Z woli rządzących, przy ochoczym współudziale ówczesnej dyrekcji, scena, na której nowych języków teatralnych poszukiwali niegdyś Adam Hanuszkiewicz, Mikołaj Grabowski, Krystian Lupa, Kazimierz Dejmek, czy wcale nie tak dawno temu Natalia Korczakowska, stała się jakimś erzacem wyobrażeń o teatrze mieszczańskim z innej epoki, zapewniającym prostą i wulgarną rozrywkę małomiasteczkowej publiczności, która zapatrzona w Kabareton raz na jakiś czas wybierze się do teatru, żeby dobrze się bawić.

Kiedy decydenci zorientowali się, że taki stan rzeczy zaczyna nabierać znamion dobrze funkcjonującego systemu -brak skandali, błoga cisza medialna wokół instytucji, pełna sala, dochody ze sprzedaży biletów, że o nieobsadzeniu takich stanowisk jak dyrektor artystyczny czy kierownik literacki {save, baby, save!) nie wspomnę - doszło do sytuacji jakby z orwellowskiego Roku 1984: instytucję zapewniającą tylko i wyłącznie prymitywną rozrywkę nazywano nadal instytucją kultury, teatr komedii i groteski nazywano wciąż teatrem dramatycznym, medialne posty na lokalnych portalach internetowych nazywano recenzjami etc. Powstała jakaś ponuro absurdalna staronowomowa, przesłaniająca artystyczny upadek zasłużonej instytucji.

I nikt publicznie nie zadał podstawowych pytań: po co to wszystko i dla kogo? Nikt nie upominał się, podkreślam raz jeszcze -publicznie - o tę część jeleniogórskiej publiczności, która nie chodzi do teatru tylko po to, żeby się pośmiać, którą zupełnie wykluczono i dla której w instytucji o budżecie rzędu 4-5 min zł rocznie nie było miejsca. O tę część publiczności, która raz w roku spotykała się na widowni jeleniogórskiego Festiwalu Teatrów i Kultury Awangardowej PESTKA albo przypadkowo w teatrach legnickim czy wałbrzyskim. Do kogo należał taki Teatr Norwida? Po co istniała taka instytucja? Czy jest sens w ogóle zadawać tego rodzaju pytania?

Tymczasem mimo zabetonowania teatralnego systemu powiał wiatr zmian i nową dyrektorką Norwida została Katarzyna Sołtys, która już na początku kadencji obiecała, że będzie inaczej. I rzeczywiście, pierwsza premiera zaplanowana już przez nową szefową musiała zszokować Jeleniogórzan: nie była komedią! 

1984 na podstawie powieści George'a Orwella w reżyserii Szymona Kaczmarka już tylko ciężarem podejmowanych tematów i poniekąd przez to szacunkiem do widza rzeczywiście zapowiada nowe otwarcie w Teatrze im. CK. Norwida w Jeleniej Górze. Nagle bowiem okazało się, że gigantyczna jak na średniej wielkości miasto widownia zapełnia się do ostatniego miejsca - i nie tylko podczas premiery, ale i w kolejnych tygodniach. Nagle okazało się, że już w przerwie widzowie spierają się o spektakl, o powieść Orwella, o zastosowane środki... Nagle okazało się, że jest dla kogo grać na serio, jest z kim poważnie dyskutować, że pusty śmiech to nie wszystko, czemu ma służyć wielomilionowy budżet. Czy jednak sam powiew nowości i wyraźna zmiana, jakie przyniósł ze sobą spektakl Kaczmarka, wystarczyły, by odtrąbić sukces? Bynajmniej. Trzeba było się jednak trochę postarać.

Jeleniogórska adaptacja 1984 to niepozbawiona ryzyka, odważna gra z powieściowym prototypem. Nikt tu nie mówi Orwellem z pamięci. Twórcy włożyli wiele wysiłku w takie opowiedzenie historii Winstona Smitha, by stała się ona naszą historią, opowieścią o nas w roku 2026, u progu nowej - co do tego nie można mieć już żadnych wątpliwości - epoki. I tak błyskotliwie zaprojektowana i magnetyzująca przestrzeń Ministerstwa Prawdy (scenografia Kai Migdałek) to surowa, ascetyczna... serwerownia. Ten zdawałoby się prosty i oczywisty pomysł nie tylko uwspółcześnił orwellowski świat, lecz przede wszystkim napełnił go treścią istotną dla nas tu i teraz. To w zwielokrotnionej poprzez projekcje na dużym ekranie przestrzeni korytarzy, pomiędzy wielkimi serwerami z migającymi światełkami, przemykają pracownicy Ministerstwa Prawdy, którzy dyskutują o niczym innym, jak o zmianie języka, dokonującej się właśnie za sprawą symbolizowanych przez te serwery Big Techów i wciskanych nam przez nie mediów aspołecznościowych. Tak, niby to nic innego jak orwellowska nowomowa, ale przecież dzisiaj pranie mózgów nie dokonuje się za sprawą rozkazu wszechwładnego tyrana, zarządzającego myślową urawniłowkę w stylu nieodżałowanego przez niektórych wąsatego Gruzina, ale przez internetowy plankton, rozpleniający się a to za pomocą nieludzkich botów, a to podchwytujących kolejne populistyczne hasła, niespecjalnie lotnych, tak zwanych użytkowników. I nawet nie wiemy dlaczego, w czyim interesie, na czyj rozkaz nagle słowa takie jak migrant czy uchodźca stają się obraźliwe. Nawet nie wiemy, kiedy ludzi, nazywanych tymi normalnymi przecież, a nagle piętnującymi określeniami, napadamy w tramwajach. Nawet nie wiemy, dlaczego nagle wolno do nich strzelać albo topić ich w Morzu Śródziemnym.

I konia z rzędem jeśli ktoś wskaże, kto to wszystko wymyślił, kto wydał rozkaz, kto czerpie z tego jakieś korzyści. Czy to nie jest poziom ingerencji w ludzką świadomość, o którym bohaterowie Orwella mogli tylko marzyć? Szymon Kaczmarek pojął, że ten świat, coraz mniej jasny i rządzący się coraz mniej zrozumiałymi regułami (albo ich brakiem), można opowiedzieć tylko przez opis symptomów zmian, jakie na naszych oczach zachodzą. Symptomów takich jak choćby czerwona czapeczka, w mig kojarzona przez widzów z opalonym starcem zza oceanu i ruchem MAGA, albo wykrzyczana przez Winstona podczas jogi nienawiści nienawiść do kobiet, których nie można posiąść, nie tyle nawet przenosząca widzów do netflixowego serialu Dojrzewanie, ile uruchamiająca wspomnienie prawdziwej tragedii, jaka niemal na wzór serialowej fikcji, rozegrała się niedawno nie gdzie indziej, jak właśnie w Jeleniej Górze. Obok tych oczywistych odniesień reżyser zostawia też wiele pola dla odbiorcy, jak choćby w scenie tortur - kiedy O'Brien pierze mózg Winstona, a ten wygina się w spazmach a to bólu, a to przerażenia, nie otrzymujemy żadnej wskazówki, jaki to bodziec zostaje skazańcowi zaaplikowany.

O ile świat rozproszonej, pozbawionej czyjejkolwiek odpowiedzialności sieci internetowej niszczy każdego człowieka z osobna w sposób precyzyjnie skrojony pod jednostkę, o tyle tortur 0'Briena nie da się pokazać tak albo tak. Ten nowoczesny, muskowy totalitaryzm każdemu szykuje coś na jego miarę, indywidualny pakiet cierpienia, będący owocem precyzyjnego profilowania na podstawie informacji, których sami tak chętnie naszemu przyszłemu ciemięzcy udzielamy. To tylko kilka przykładów zagadnień, o których opowiadają nam jeleniogórscy aktorzy, a robią to, udowadniając, że kto jak kto, ale oni nie zapomnieli, co to znaczy występować na deskach teatru dramatycznego. Jak za dawnych lat w głównej roli błyszczał Robert Mania. Jako sadystyczny asceta 0'Brien znakomicie spisał się Piotr Konieczyński, a jedną z najmilszych niespodzianek była przez lata pomijana w obsadzie Małgorzata Osiej, której talent mogliśmy oglądać do niedawna głównie na gościnnych występach w... Wałbrzychu.

I nawet jeśli premiera rozpoczęła się z kilkunastominutowym opóźnieniem, a nie wszystkie mikroporty na początku działały poprawnie, to spektakl Kaczmarka na tle ostatniej dekady jest w Jeleniej Górze rewolucją, bo ktoś w końcu zadał sobie pytania: po co robić ten spektakl? dla kogo? jak?

PS. Siedząc podczas premiery w ostatnim rzędzie, zauważyłem, że w najdalszym końcu, przy samym wyjściu z sali siedzi Bogusław Siwko. Dla tego emerytowanego dziś aktora jeleniogórskiego teatru przed laty przychodziliśmy z przyjaciółmi po kilka razy na Elektrę Natalii Korczakowskiej, w której przejmująco grał Agamemnona. Jego taniec z córką--Elektrą (w tej roli nastoletnia wówczas Anna Paruszyńska) mam w żywej pamięci, choć minęło osiemnaście lat od premiery. Ciekawe, czy pan Bogusław również będzie miał 1984 powody, by znów chodzić na spektakle jeleniogórskiego Teatru im. C.K. Norwida? Pożyjemy i - oby - zobaczymy.

Tytuł oryginalny

1984 Powody, by znów chodzić na Norwida

Źródło:

„Odra” nr 2026/4

Autor:

Jędrzej Soliński

Data publikacji oryginału:

07.04.2026

Sprawdź także