„Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia" Ishbel Szatrawskiej w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Kamila Zębik.
Pan Hersh Libkin z Sacramento w stanie Kalifornia - polski Żyd z Bałut. Zakamuflowany gej. Zmuszony do niewolniczej pracy w łódzkim getcie, wywieziony w lecie 1944 roku do Auschwitz, przeżył styczniowy marsz śmierci i po wyzwoleniu, w 1947 roku dotarł do Ameryki. Był przedwojennym aktorem kabaretowym, udało mu się zatrudnić w Hollywood w produkcji westernu. Ziemia obiecana, kraina - marzenie nie zaofiarowała mu jednak ani zapomnienia, ani nowego życia. Oskarżany na fali makkartystowskiej nagonki o sympatie prokomunistyczne i szpiegowskie próby nawiązania kontaktu z PRL, przeżył załamanie nerwowe, które przekreśliło jego karierę aktorską. Fabryka snów okazała się fabryką horrorów. Hershowi udało się wygrzebać z choroby, jakoś oczyścić z zarzutów, ożenić ze stuprocentowo amerykańską córką żydowskiego handlarza meblami, spłodzić dwie córki, rozwieść. Zmarł w 1998 roku. Aaa, zdążył jeszcze w początkach lat dziewięćdziesiątych, w czasie, kiedy Amerykanom zachciało się wreszcie wysłuchać Ocalonych, złożyć w waszyngtońskim United States Holocaust Memorial Museum relację o swoich przeżyciach w czasie wojny w getcie, a przede wszystkim opowiedzieć o dramatycznym wyborze pomiędzy życiem a śmiercią, jakiego wtedy dokonał i z brzemieniem którego przez całe życie sobie nie poradził.
Historia Hersha opowiedziana jest w dramacie Ishbel Szatrawskiej przez córki: Hannah i Lois, a zaczyna się od informacji o jego śmierci. Śmierć jest bramą do pełnej rozmachu, filmowej opowieści, o dość niezwykłym scenariuszu, prowadzonej przez obie narratorki. Plany się przenikają, przyszłości i przeszłości pączkują z teraźniejszości, sceny realistyczne przeplatają się z surrealizmem snów i psychodelicznymi wizjami. Dole i niedole Hersha mieszają się z „Jak zdobywano dziki zachód” - z ponurego cienia opowieści o posttraumatycznej potrzebie wtopienia się w zwykłe życie wyziera powojenna historia Stanów Zjednoczonych, gorzki osąd ceny i rewersu American Dream. Mówi jedna z postaci dramatu, John Pain (czytaj: John Wayne), wielka gwiazda westernu: „Mówimy w końcu o historii! Biali ludzie przyjechali na kontynent, na którym wywalczyli sobie państwo, a potem potrzebowali ziemi. Oczywiście, że dochodziło do wojen z Indianami, bo te chciwe skurwysyny nie chciały się podzielić, choć ziemi miały w bród (..) Po latach zawsze można powiedzieć, że tu przeholowaliśmy, tam przegięliśmy”. Ruth, żona Hersha: „Ja tam bym chciała, żeby Ameryka panowała nad całym światem”. I jeszcze ktoś inny w tekście dramatu, o innym kraju: „…nie chce mi się wierzyć, że to śmiga. Coś mi się zdaje, że to jeden wielki wyzysk, tyle że w pakiecie promocyjnym z duchem narodowym”.
Spektakl Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże to druga po przedstawieniu w reżyserii Łukasza Kosa w kieleckim Teatrze Żeromskiego (2023) realizacja dramatu Ishbel Szatrawskiej. Wybrzeże od kilku sezonów prezentuje fenomenalny poziom, a po rewelacyjnej „Iwonie, księżniczce Burgunda” i całkiem niedawnej wspaniałej studenckiej „Pułapce” (Teatr Studyjny w Łodzi) spodziewałam się wyrafinowanej reżyserii i głębi adaptacji. Trochę się zawiodłam. To, co wydawało się samograjem, żywym srebrem, które wystarczy oblec w sceniczny konkret, przeistoczyło się w jarmarczny, umiarkowanie zabawny chaos, prawdziwy film klasy B, jakby zespołowi Wybrzeża nagle zabrakło wewnętrznej chemii.
W pierwszej części spektaklu samego Hersha (Piotr Biedroń), błąkającego się po planie filmowym westernu, mało widać, ledwie słychać, a on sam nie bardzo wie, po co tam jest. Antykomunistyczna święta inkwizycja, czyli agenci Douglas i Fairbanks (Janek Napieralski i Jakub Nosiadek) jednocześnie komiksowi i śmiertelnie groźni są na scenie jednowymiarowymi postaciami, wywrzaskującymi inwektywy i oskarżenia mięśniakami… Kwestie wygłaszane przez córki Hersha, Lois i Hannah (Agata Woźnicka i Izabela Baran) aż szeleszczą papierem (a w lekturze samego tekstu tego szelestu nie słychać…). Szkoda niewykorzystanego potencjału scenografii (świetne zderzenie składanego z kawałków napisu Hollywood z tłem zdjęć Monument Valley - scenografia, kostiumy, reżyseria światła - Magdalena Gajewska).
Na szczęście po przerwie spektakl subtelnieje. Głównym bohaterem staje się wreszcie Libkin i dopuszczony do głosu Piotr Biedroń ma w końcu co grać, a że to aktor dużego formatu i zagrałby świetnie nawet nogę stołową, przedstawienie nagle rośnie. Nie ma już też nieuzasadnionych wrzasków, są dobrze zagrane indywidualne tragedie ludzkie (Katarzyna Dałek jako Mildred Bobek ze świetnym, helikopterowym tłem, Joanna Kreft-Baka jako Ida, siostra Dawida). Drętwe narratorki, Lois i Hannah wsiadające do hershowego Buicka i jadące na Woodstock nagle zyskują autentyczność i żywe autentyczne emocje (tu dodatkowo znów brawa dla Magdaleny Gajewskiej za scenografię i światło na Woodstocku). Bodaj najpiękniejszą sceną jest w spektaklu miłosne zbliżenie Libkina i Dawida (Kacper Sasin). To aktorstwo ocala i winduje spektakl do góry.
Spektakl kończy się daleko ciekawiej niż zaczyna, ale i tak zastanawiam się, czy Adam Orzechowski miał pomysł na tę adaptację, czy nie zagubił się w wielości sensów tekstu Ishbel Szatrawskiej. Na pewno z jednej strony okroił tekst z wątków, które były sercem kieleckiej interpretacji Łukasza Kosa, z drugiej zaś zdecydował się nie eksplorować najwspółcześniejszych odniesień, wrażliwości tekstu na dynamikę historii najnowszej, ani nie szperać głębiej w krytyce żadnej z ziem obiecanych. Poszedł szeroką, bezpieczną, niewyboistą ścieżką….