Logo
Recenzje

Złe wychowanie

17.12.2025, 14:06 Wersja do druku

„Złe wychowanie” Jędrzeja Piaskowskiego i Huberta Sulimy w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Karolina Jóźwiak

Czasem jest tak w życiu, że człowiek siedzi sobie i zastanawia się: kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Zwykle dzieje się to w sytuacji granicznej, np. w kolejce do kasy, kiedy baba za tobą tryka cię po dupsku swoim wózkiem, albo kiedy odkrywasz, że jednak coś, na co się nakręcałeś, nie jest tym, czym myślałeś, że będzie. Na przykład mam tak z jedzeniem pistacji: bardziej kusząca jest wizja ich jedzenia niż przyjemność płynąca z realnego pochłaniania tego frykasa. Nieprzypadkowo przywołuję tę sytuację na początku tekstu o spektaklu „Złe wychowanie” z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie – dlaczego? Pomyślcie sami.

Podobne uczucie spadania i zamyślenia towarzyszyło mi w czasie oglądania “Złego wychowania” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego na podstawie tekstu Huberta Sulimy. Dostajemy obiecującą zapowiedź: rozliczenie się z hipokryzją Kościoła katolickiego i to nie na bazie jakichś wyperformowanych i hipotetycznych wydarzeń, ale na kanwie realnych zdarzeń, które wstrząsnęły Polską dzięki prasowym relacjom. Z tego powodu spektakl jest skonstruowany na zasadzie epizodyczności – składa się z sześciu części, każda porusza zgoła inny temat, a połączone są jedynie motywem przewodnim, czyli faktem, że Kościół jest fałszywy i dwulicowy (nie, nie chcę nic z Avonu). I tutaj można zadać sobie pytanie: czy ta forma dobrze się sprawdza? Otóż, nie do końca, bo sam tekst tych „odcineczków” jest mocno nierówny. Trafiają się segmenty brawurowo śmieszne, mocno inteligentne, pysznie uszczypliwe i poprowadzone od pointy do pointy (kocham miłością wieczną cały fragment skupiający się na zakonnicach zajmujących się ośrodkiem w Laskach, które postanawiają w nocy o północy wyekshumować swoją koleżankę), ale trafiają się też części chybione, których niestety jest o wiele więcej w tym przedstawieniu.

Sulima stara się wybrać takie kościelne inby, aby pokazać w każdej nowelce coś nowego, nazwijmy to, inną przywarę: od ukrywanego homoseksualizmu przez posiadanie na boku żon i dzieci, aż po nieumiarkowanie w imprezowaniu w na przykład Dąbrowie Górniczej. Mamy na scenie rajd pokierowany przez siedem grzechów głównych, ale nie każda z tych opowieści ma siłę, aby wybrzmieć i zaprezentować problem z należytą przestrzenią do wysłuchania go. Często po prostu jest to wszystko za bardzo dośmiesznione i przeciągnięte do granic wytrzymałości. Niestety, wtedy “Złe wychowanie” popada w mocno kabaretowy ton, i to w złym tego słowa znaczeniu, w znaczeniu Kabaret Koń Polski. Znajdzie się tam nawet miejsce dla mojego ulubionego elementu kabaretowego, czyli chłopa przebranego za babę, który zwykle w projektach Piaskowskiego działał bardzo dobrze i wpisywał się w estetykę kampową, ale tutaj nie do końca pykło.

Na scenie spotykamy nie tylko znanych kościelnych hierarchów, pojawiają się też na chwilę znani politycy i ich ciemne interesy, aby finalnie potwierdzić oczywiste: Kościół kręci się wokół kaski, a zasady są dla pana, panie Areczku – zarząd nie musi ich przestrzegać, a nawet nie ma zamiaru. Zastanawiam się troszkę, jaki był plan na ten spektakl, bo nie jest w żaden sposób otwierający oczy, nie demaskuje niczego, a jedynie robi troszkę zgrane i tanie podśmiechujki i kopie leżącego, bo tak widzę Kościół katolicki po tych latach kompromitacji. Ileż można w kółko mówić to, co zostało już powiedziane i przewałkowane na lewą stronę?

Aktorzy robią, co mogą na scenie, żeby utrzymać naszą uwagę na sobie i dają radę, bo są charyzmatyczni i naprawdę dobrze zgrani, ale niestety, według mnie, nie mają czego grać. Maciej Cymorek i Milena Gauer zdobyli moje serce – rola policjantki i narratorki w segmencie o orgii w Dąbrowie to topka aktorskiej energii, której uświadczyłem w czasie “Złego wychowania”. Dodatkowo nikt tak pięknie nie gra Wojtyły jak Cymorek. Błogosław mnie, Papo.

Nie ma co więcej w sumie gadać, bo to trochę nalewanie z pustego w jeszcze pustsze. Znając wcześniejsze spektakle tego duetu, spodziewałem się naprawdę efektu wow, a tutaj dostałem koszykiem sklepowym w dupsko. Quasi kabaretowe wyskoki bez większego sensu opowiadające świat, który jest przed naszymi oczami – to trochę jak oglądanie Polski po polsku, tylko że z dubbingiem po polsku i jednocześnie napisami po polsku. Wielość głosów nie dodaje wartości prezentowanemu obrazowi, a wręcz zagłusza to, co powinno być słyszane na pierwszym planie.

 

Źródło:

Teatralna Kicia
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

16.12.2025

Sprawdź także