„Ziemia obiecana” Władysława Reymonta w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Sam nie wiem do końca czy „Ziemia obiecana” jest jeszcze w kanonie lektur, bo ten w przeciągu ostatnich lat zmienia się tak dynamicznie jak moje nastroje w ciągu dnia pracy (czyli pokazuję jakieś 17 osobowości na minutę, z czego jedna z nich to Belzebub we własnej osobie). Co jednak istotne w tym osobliwym wstępie: zastanawiałem się czy sosnowieckie wystawienie powieści Reymonta będzie skokiem na szkoły, które i tak pójdą zobaczyć „lekturę” bez względu na poziom samego spektaklu, czy z drugiej strony - mając Maję Kleczewską na stołku reżyserskim - pokuszą się o coś więcej. Jednocześnie osoby czytające mnie dłużej znają moją skomplikowaną relację z Kleczewską; niemal tak skomplikowaną jak ta, którą mam z akceptacją swojej wagi. Czyli, pokrótce mówiąc: raz jest lepiej, ale chyba częściej gorzej. Niemniej, nadal wracam do Kleczewskiej niczym jakiś nawiedzony bumerang, bo przecież ostatnio mnie zachwyciła swoimi „Tkoczami” z Teatru Śląskiego w Katowicach.
W swojej sosnowieckiej realizacji Kleczewska do spółki z Tomaszem Śpiewakiem odpowiedzialnym za tekst i dramaturgię wybierają w moim odczuciu drogę przemocy i nie biorą jeńców i albo ta wizja porwie cię jako widza albo odbijesz się od niej niczym piłeczka kauczukowa z automatu z nad morza (wiem, że sadzę tu teraz truizmy, bo tak działa ta rzecz, ale zaufajcie procesowi, to w ogólniejszym planie ma więcej sensu niż się wydaje w kontekście tego spektaklu).
Oszczędzę sobie wnikliwego streszczania książki Reymonta, bo ta powieść ma prawie 130 lat, więc dajcie spokój, mieliście dosyć czasu na zapoznanie się z treścią (teraz wyciągamy karteczki). Long story short - trzech kolegów postanawia założyć spółkę i wybudować fabrykę, żeby zarobić kupę hajsu, jednak wplątują się w świat wielkiego pieniądza, który rządzi Łodzią, zadłużają się i oddłużają obserwując tarcie się różnych kultur w mieście, na którego potęgę składają się Niemcy, Żydzi, Polacy i Rosjanie. Na końcu dowiadują się jaskółki, że niedobre są spółki.
Śpiewak z reżyserką w swojej wizji świata dokręcają jednak śrubę na maksa i podkreślają do granicy karykaturalności to, co z człowiekiem robi pieniądz. Sekwencje znane z kart powieści czy z filmu Wajdy możemy obserwować tutaj zarysowane w bardzo dosłowny i przejaskrawiony sposób. To jest właśnie ten moment, w którym można odpaść, bo Kleczewska, podobnie jak oryginał, prezentuje nam świat będący na granicy przełomu, swoistej rewolucji i nic poza to, co zostało już powiedziane, niestety nie doda od siebie. I właściwie pada pytanie: po co tę “Ziemię obiecaną” reżyseruje? Nie sprawdzi się ona jako wierna adaptacja ze względu na wcześniej wspomniany poziom przejaskrawienia, a z drugiej strony nie wnosząc żadnego komentarza staje się zwyczajnie odhaczaniem fabularnych punktów na checkliście. Twórcy tworzą dość prosty obraz o destrukcyjnej mocy pieniędzy i pracy ponad swoje siły, jednocześnie badają jak wiele jesteśmy w stanie sprzedać, by tylko zarobić. Jak wiadomo po obecnym świecie - wiele.
Jak już mam za sobą narzekanie na ten aspekt to mogę w szczerze powiedzieć, że jeśli przejdzie się do porządku dziennego nad wspomnianymi mankamentami to spokojnie można się cieszyć sosnowieckim spektaklem w pełni, bo tak sprawna reżyserka jak Kleczewska bardzo zgrabnie buduje historię, która płynie wartko od sceny do sceny i - pomimo znajomości materiału wyjściowego - daje sporą satysfakcję.
Dodatkowym atutem jest niewątpliwie gra aktorska, bo cały zespół robi bardzo pyszną robotę. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na Pawła Charytona w roli Karola Borowieckiego - dla mnie była to zupełnie nieznana twarz tego aktora, bo zwykle oglądałem go w rolach, w których cierpiał bardziej do środka i bardziej delikatnie. Tutaj dostał szansę na wyrwanie z siebie wrzasku i zagranie bardziej ekspresyjnej niemocy i, panie i panowie, jak pyszniutko to wybrzmiewa. Charyton w tym wydaniu podoba mi się równie mocno, co rolach wyciszonych i jestem w szoku, że to ta sama osoba, która tak pięknie, subtelnie cierpiała w „Szpilmanach”.
Chcę, żeby to wybrzmiało: cała obsada wygrywa tę historię w bardzo dobry sposób i zasługują na spory poklask jako zbiorowość.
Trzeba też wspomnieć o tym jak „Ziemia obiecana” jest oświetlona, bo to w połączeniu z nieoczywistą przestrzenią scenografii budowało mega klimat. Fabien Lédé za tę robotę zasługuje na osobny akapit, bo była to przestrzeń niemalże jak czerwony pokój z “Miasteczka Twin Peaks” połączony ze światem “Tronu” lub “Łowcy androidów”: mega klimatyczna robota, która windowała odbiór tego spektaklu.
Niestety jest jeszcze jeden mankament - projekcje AI autorstwa Krzysztofa Garbaczewskiego wydają się zupełnie niepotrzebne w tym spektaklu. Mocno odstają od obranej estetyki i momentami powodują, że spektakl staje się niezamierzenie komiczny w momentach, które powinny być dramatyczne. Na przykład finałowa sekwencja pożaru fabryki - światło, muzyka i choreografia spokojnie wystarczały; w momencie, gdy pojawiają się obrazy AI, cała magia pryska. Wiem, że reżyserka współpracowała już z tym twórcą przy kilku innych projektach, jednak tutaj jest to chybiony wybór.
Finalnie spektakl Teatru Zagłębia w Sosnowcu wypada dość rozczarowująco. Nie źle, rozczarowująco. Nie jest w żadnym stopniu stymulujący intelektualnie i opowiada prawdy stare jak świat: że pieniądze zmieniają człowieka, że biedni są biedni, a bogaci coraz bogatsi i sami nigdy do końca nie wiemy, kim w tej grze tak realnie jesteśmy.
Na pewno zostanie mi w głowie scena, w której Borowiecki i Lucy leżą w hotelu w Berlinie i kobieta zaczyna łapczywie zajadać się frytkami i ciastkami - idealne podsumowanie zachłanności, która prowadzi do upadku ze szczytu, obrzydliwie piękna scena. I takie momenty będę chciał pamiętać z tego spektaklu, bo jest ich sporo.
Wizualnie i inscenizacyjnie frapujący, intelektualnie chyba troszkę za mało napracowania. Ważna rzecz - warto przyjść na spektakl wcześniej, bo grany jest w zabytkowym banku, miejsca są nienumerowane i część z nich znajduje się za filarami, które pozwolą wam widzieć dokładnie tyle, ile ma godności stary Szaja - czyli nic.