„Off-kabaret przedstawia: Sally, Adolf i cała reszta” Heleny Radzikowskiej w reż. Zespołu Teatru PAPAHEMA w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Marta Żelazowska na swoim instagramowym koncie.
W niedzielne popołudnie w Klubie tragediowym przy warszawskim Teatrze Rampa czekałam na Lizę Minnelli. Czekałam tak, jak zwykle czekam, oglądając kolejne inscenizacje kultowego filmu Boba Fosse’a „Cabaret”. Czekałam z nadzieją, że aktorka wcielająca się w charyzmatyczną Sally Bowles okaże się równie zjawiskowa i kołaczącym się w głowie pytaniem – czy dorówna ikonie? Tym razem Liza nie miała wejść na scenę jak gwiazda. Miała się wydarzyć. Ale o tym za chwilę.
Najpierw był bowiem KitKat Club. Duszny i głośny. Był i Mistrz Ceremonii (Mateusz Trzmiel) – swoisty przewodnik po świecie niejako odbitym w krzywym zwierciadle historii. Była i Sally, przytłoczona wizerunkiem gwiazdy. Pragnąca w jej cieniu odzyskać choć odrobinę zwyczajności. Bo kabaret to mit – pończoch, meloników i przedłużanych rzęs. To olśniewająca ułuda. Legenda wielkiej roli, która przykryła literacki pierwowzór Christophera Isherwooda.
Byli też wspaniali artyści kabaretowi (Helena Radzikowska i Paweł Rutkowski). I Paulina Moś-Białecka półprywatnie opowiadająca o pragnieniu zagrania głównej roli w „Cabarecie”, o castingach i wyzwaniach codzienności. Bo ona – jak i Sally – walczą o marzenia, walczą o przetrwanie. Choć ta walka nie zawsze przybiera upragnioną sceniczną formę. Bohaterka istnieje zatem bardziej w słowach niż w ciele. Jej perypetie miłosne są nie tyle odegrane, co opowiedziane. Jakby mimochodem. Jakby liczyło się tylko widowisko, bo przecież to widowisko oglądamy.
Urokliwe sceny z KitKat Clubu są zarówno odegrane dość wiernie, jak i przesiąknięte charakterystycznym dla twórców humorem (cudowna „kotłowanina”). Jest więc i ironiczne mruganie do publiczności, i coraz mniej ironiczne pytania. Z jednej strony o to, kto tu właściwie kogo zabawia – widzowie siedzący w pierwszych rzędach są sympatycznie zaczepiani przez aktorów. Z drugiej – o percepcję obecnej sytuacji nie tylko społecznej, ale również szerszej, globalnej, geopolitycznej. „Cabaret” wszak był i pozostaje komentarzem do rzeczywistości.
I tam gdzie film się kończy – na progu nazistowskiego triumfu – w spektaklu pojawia się Leni Riefenstahl – figura artysty uwikłanego w system. Wszak kabaret i ideologiczne widowisko mają na celu jedno i to samo – uwodzenie tłumu. Może spektakl jest zatem pytaniem o kompromisy współczesnych twórców? Off wszak funkcjonuje w strukturach grantowych i instytucjonalnych, musi wpisywać się w preferowaną przez publiczność estetykę. I choć szczyci się niezależnością, bywa jednocześnie narzędziem większego mechanizmu. Zwłaszcza gdy artysta offowy musi być równocześnie i aktorem, i menedżerem, i specjalistą od przetrwania w ciągłym życiowym pędzie.
I gdy tak nad tym dumałam, nagle pojawia się ONA. Nieco sztuczna, nieco groteskowa. Nie aktorka, a animowana lalka – ikona sprowadzona do rekwizytu wywołującego śmiech publiczności. Wyszłam więc z Klubu tragediowego bez Lizy, ale z niepokojącą myślą, że zatopienie się w ułudzie bywa przyjemniejsze i wygodniejsze, niż patrzenie na świat, który – jak Berlin z filmu Boba Fosse’a – coraz głośniej domaga się uwagi.