EN
02.02.2022, 09:00 Wersja do druku

Zbuduję feministyczny teatr

Odrzucamy hierarchiczność, wydajność, pracę na efekt, konkurencyjność, wiarę w geniusz i arcydzieło. Te kategorie są po prostu nie na dzisiaj. W zamian proponujemy współpracę, troskę, odpowiedzialność, solidarność i społecznościowe zarządzanie teatrem. Rozmowa z Moniką Strzępką, która kilka dni temu wygrała konkurs na dyrektorkę Teatru Dramatycznego w Warszawie.

fot. Michał Sosna

Arkadiusz Gruszczyński: Słyszałem, że sobie nie poradzisz, bo nie wybrałaś mężczyzny do zarządzania teatrem. Docierały do ciebie te głosy?

Monika Strzępka: Docierały, docierały. Wpraszały mi się na chatę, informowały mnie wszystkimi kanałami informacyjnymi. Bardzo to było irytujące, rozjuszało mnie. Pojawiły się też głosy kwestionujące moją umiejętność czytania ze zrozumieniem, nie mówiąc o pisaniu, byli tacy, którzy wręcz komunikowali, że każda moja publiczna wypowiedź jest sporządzana przez bliskich mi mężczyzn, w sumie moich wywiadów też pewnie udziela tak naprawdę Paweł Demirski, a już na pewno je autoryzuje. Mój dorobek zawodowy zniknął z pola widzenia, stałam się „brykającą Monią", podfruwajką, awanturnicą. Bardzo to było bolesne, długą drogę musiałam pokonać, żeby znaleźć jakąś nową pozycję, z której mówię i z której działam. Musiałam sobie zorganizować całą siatkę społecznego wsparcia, kobiecego głównie. Bo to moje doświadczenie jest przecież uniwersalnym doświadczeniem kobiet. Tak działa kultura patriarchalna, każdy element tego systemu jest zorganizowany tak, żeby te struktury umacniać i eliminować potencjalne zagrożenia. A kobieta łamiąca reguły, wywracająca stolik jest bardzo niebezpieczna. System alarmowy odpala na czerwono i pipczy jak oszalały. Do tego na dość wczesnym etapie zakomunikowałam, że jako dyrektorka teatru odpowiadam za dobrostan załogi, więc nie zaproszę do pracy osób stosujących przemoc. Zwłaszcza że na stole leżą narzędzia, za pomocą których można poważnie zacząć myśleć o zmianach.

Jakiego rodzaju?

- Środowisko teatralne od jakiegoś czasu wypracowuje propozycje, które zaczynają się składać w kompleksowy aparat, z pomocą którego można już systemowo zacząć myśleć o transformacji instytucji kultury i zmiany modelu procesu twórczego. Alina Czyżewska, Iga Dzieciuchowicz i Agata Adamiecka, Marta Miłoszewska, Weronika Szczawińska, Ula Kijak i wiele innych osób pracują nad tym od dawna. Dzięki głosom odważnych aktorek i aktorów, którzy ujawnili przemoc w teatrze, zaczynamy rozumieć skalę zjawiska i konieczność przeorganizowania całego systemu. Gildia Reżyserów i Reżyserek wypracowała konkretne narzędzia pracy w teatrze, podobnie działające przy Gildii Koło Młodych. Te instrumenty leżą już na stole. Chodziło tylko o zorganizowanie miejsca na ten stół. No i jest, nazywa się Teatr Dramatyczny.

Co będziecie robić?

- Na pewno nie będziemy teatrem, który swoją działalność statutową rozumie wyłącznie jako produkcję przedstawień. To archaiczne podejście, w obliczu dzisiejszych problemów i nawarstwiających się kryzysów to stanowczo za mało. Nie interesuje nas teatr, który jest narzędziem dystynkcji, spełnia ambicje klasy aspirującej, wieczorową porą otwiera wrota i pozwala przez dwie godziny poobcować z tak zwaną sztuką wysoką. Nie stać nas na takie instytucje.

Jesteśmy w miejscu, z którego widać koniec świata. Ludzkość jeszcze nigdy nie była w takim położeniu. Dziesiątki milionów ludzi w ciągu najbliższych lat opuszczą swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania, bo stracą dostęp do wody. 

Codziennie bezpowrotnie gnie 100 kolejnych gatunków, na kryzysy klimatyczne i migracyjne nakładają się kolejne: kryzys demokracji liberalnej i sfery publicznej, kryzys gospodarczy, antagonizacja społeczna i rozwarstwienie ekonomiczne, wreszcie pandemia. Musimy się zastanowić, jaki świat chcemy zostawić naszym dzieciom. Teatr artystyczny może wytworzyć idealne warunki do poszukiwania tych odpowiedzi. To jest laboratorium nieskrępowanej wyobraźni, bezkarnie możemy tworzyć światy i na bieżąco sprawdzać, jak działają. Wyobraźnia wzmocniona wiedzą pozwala myśleć to, co nie do pomyślenia, konstruować utopijne światy. Dlatego w Dramatycznym będziemy się zajmować realną transformacją rzeczywistości, bo to jest dziś podstawowy społeczny obowiązek kultury.

Poprzez warsztaty, debaty, koncerty?

- Tak, tylko ty mówisz już o programie, a ja bym proponowała jeszcze postać na przystanku z wartościami. Bo to są sprawy fundamentalne. Najważniejsza w naszym teatrze będzie rozmowa o tym, co dalej. Z nami, ze środowiskiem teatralnym – bo jesteśmy skorodowani przemocą instytucjonalną, komunikacyjną, fatalnymi warunkami pracy, śmieciowymi umowami, głodowymi pensjami, pogardą pracodawców, brakiem sprawczości, mobbingiem, molestowaniem. Co dalej ze światem, z planetą, co dalej z nami – z naszym straumatyzowanym i zantagonizowanym społeczeństwem? Co z prawami mniejszości? Z prawami kobiet? Tematy, o których będziemy rozmawiać w Teatrze Dramatycznym, wzięły się z troski. Z kolei troska, współpraca, solidarność, empatia – to wartości kulturowo kojarzone z tym, co kobiece. I tym sposobem jesteśmy w nieprzemocowej, uspołecznionej, feministycznej instytucji kultury.

Czym jest ta idea? 

- To miejsce, w którym odwracamy dotychczasową logikę pracy i procesu twórczego. Odrzucamy hierarchiczność, wydajność, pracę na efekt, konkurencyjność, wiarę w geniusz i arcydzieło. Te kategorie są po prostu nie na dzisiaj. W zamian proponujemy współpracę, troskę, odpowiedzialność, solidarność i społecznościowe zarządzanie teatrem. Interesuje nas teatr, który szanuje proces twórczy i nie jest nastawiony wyłącznie na efekt. Twórczość nie może zachodzić w warunkach, które stoją w sprzeczności z ideami komunikowanymi ze sceny. To jest po prostu oszustwo.

Jeżeli w czasie pracy dochodzi do przekroczeń – to „dzieło" jest zatrutym owocem, a w cenę biletu jest wliczony wyzysk. Tak nie może się dziać w instytucjach kultury. 

Bo stracimy społeczne zaufanie i tak bardzo nadwerężone w ciągu ostatnich 30 lat. Ale oczywiście kwestie warsztatowe i jakościowe będą również niezwykle istotne.

W twoim programie przeczytałem, że teatr potrzebuje terapii. Dlaczego?

- W ostatnim czasie rozmawiamy i czytamy o niewyobrażalnej skali przemocy na scenach, planach filmowych i w instytucjach, w których jest na nią przyzwolenie. Terapii potrzebuje załoga Teatru Dramatycznego, bo przez ostatnie 10 lat pracowała w atmosferze terroru. Takie środowisko pracy nie sprzyja spełnieniu, jak wiadomo. Pokazał to niedawny raport Aliny Czyżewskiej. Ale głosy, że źle się dzieje w TD, płyną z wewnątrz teatru od lat. Terapii potrzebuje też poranione ciało polskiej wspólnoty, które dodatkowo zostało poturbowane w czasie pandemii. Trzeba się przyjrzeć dziedzictwu pańszczyzny. To trauma, która wciąż w nas pracuje i ma ogromny wpływ na budowanie wzajemnych relacji. Dramatyczna jest sytuacja ze zdrowiem psychicznym dzieci, młodzieży, młodych dorosłych, seniorów, kobiet, osób LGBT+. To jest długa lista, a w tytule ta lista ma: przemoc. 

Zaczęłaś o tym myśleć pół roku temu?

- Nie, znacznie wcześniej. Można powiedzieć, że moja droga do Teatru Dramatycznego rozpoczęła się wiele lat temu. Przez większość życia nie potrafiłam zmitologizować swojej przeszłości, opowiedzieć sobie swojej „podróży bohaterki". Jak ognia unikałam tego typu opowieści, jakby mi to śmiertelnie zagrażało. Takie życie jest strasznie męczące, trochę jakby się żyło bez układu szkieletowego. Prawdopodobnie nie byłam w stanie utkać z tego, co było dostępne w ofercie tożsamościowej, nie pasowało mi to, czułam sprzeciw. Nie było tam nic dla mnie. Przez lata pracy twórczej wspólnie z Pawłem Demirskim performatywnie tkałam tę tożsamościową pajęczynę: tu chłopskie korzenie, tam sprzeciw wobec pustych jak dzban autorytetów, tu seksualność, tam macierzyństwo. Ale takie poczucie, że mniej więcej zaczynam być „u siebie", odczuwam od niedawna. Ukorzeniam się, bezwstydnie się sobą zajmuję i interesuję. Też swoim ciałem, swoją kobiecością, seksualnością. To daje siłę, łączy z ziemią. To pozwala inaczej odczuwać, inaczej przeżywać życie. 

Początek to życie na wsi?

- Tak, w Lichwinie w Małopolsce.

Jesteś chłopką?

- Wspólnie z Pawłem Demirskim identyfikujemy się jako klasa pracująca. Ale pochodzę z robotniczo-chłopskiej rodziny, czemu daję wyraz w swojej twórczości artystycznej. Jestem tym dziedzictwem przejęta, uważam je za skarb. Ale żeby odczuwać tę dumę, trzeba było jedynie przemodelować debatę publiczną. I myśmy to z Pawłem zrobili. Tylko nie dawajcie, błagam, tytułu w stylu „Chłopka w pałacu" (śmiech).

Zgoda, chociaż jest idealny.

- A to może właśnie dawajcie. No, prosto nie było. Jako ośmioletnie dziecko pracowałam już w polu, po żniwach w Lichwinie jechaliśmy na wakacje: na żniwa do rodziców taty. Dziadek pozwalał mi jeździć traktorem, co było super. Moje dziecko, słysząc te opowieści, przytomnie podsumowało: „Mamo, byłaś dziecięcą niewolnicą". Pierwsze filmy oglądałam na szmacie w remizie strażackiej, do której raz na jakiś czas przyjeżdżał gościu z projektorem. Oglądałam tam na przykład „Poszukiwaczy zaginionej arki", załapałam się jeszcze na końcówkę tej nieistniejącej już kultury wiejskiej: ludzie wychodzili z domów i spędzali wspólnie czas, wspólne darcie pierza – już wtedy rzadkość – też mi się jeszcze przytrafiło. W jednym pokoju ty, w drugim babcia w trumnie i tak trzy dni, ludzie czuwają, modlą się, śpiewają. Moi pomagali sobie w polu. Wiadomo było, że dzisiaj kopie się ziemniaki u nas, a jutro u ciotki Gienki. Żniwa czy wykopki były wspólnotowymi wydarzeniami. Mam wrażenie, że dzisiaj wszyscy tęsknimy za tymi małymi sąsiedzkimi wspólnotami i rytmem wyznaczanym przez naturę.

Gdyby nie szkoła, wiejska biblioteka i telewizja publiczna, w której co poniedziałek oglądaliśmy całą rodziną Teatr Telewizji, nie byłoby mnie tutaj. To było niesamowite, że kultura na bardzo wysokim poziomie była dostępna w tej mojej wsi, we wszystkich wsiach w całym kraju. Państwo może działać i stwarzać warunki do poważnej edukacji kulturalnej. Kiedy skończyły mi się książki w bibliotece szkolnej, zaczęłam korzystać z wiejskiej, potem z gminnej, a wreszcie z wojewódzkiej. Dzisiaj, żeby do tej gminnej biblioteki w ogóle dojechać, trzeba mieć własny samochód.

I jakie były kolejne etapy twojej drogi?

- Żeby nie utonąć w tym gęsim pierzu, to może przejdźmy do spotkania z Pawłem Demirskim, to nie wywiad rzeka w końcu. Zawodowo i emocjonalnie to jest najważniejszy związek w moim życiu, oczywiście poza tym, który mam z dzieckiem. To Paweł dawał mi do czytania pierwsze feministyczne książki, wspólna praca szybko stała się czymś naturalnym. Choć to nasze wspólne myślenie ucierało się, nie byliśmy zgodni we wszystkim. Potem przez wiele lat żyliśmy pod ostrzałem konserwatywnej krytyki, liberalnych mediów, robiąc wyłomy, podważając mity, kąsając, wprowadzając własny teatralny język. Nie wiem, czy zrobilibyśmy to wszystko osobno. Wątpię. Spotkaliśmy też zespoły w Wałbrzychu, Wrocławiu, Chorzowie, Krakowie i Warszawie, z którymi bardzo się zżyliśmy. Ja mam też swoją opowieść emancypacyjną, która zaczęła się kilka lat temu, kiedy założyliśmy zespół Czerwone Świnie. Zostałam wokalistką i postanowiłam nauczyć się śpiewać. Więc jako punkowa wokalistka poszłam do królowej punkowej wokalistyki, czyli do Niki z Postregimentu, żeby poleciła mi osobę, która mnie poprowadzi. Tym sposobem trafiłam do Pauliny Mączki-Michoty, u której od czterech lat pracuję nad głosem i to jest dużo poważniejsza przygoda, niż przewidywałam.

To mi zmieniło życie. Zrozumiałam, w jakim stanie są nasze ciała, nasze głosy, ile mamy w sobie zakazów, ile wstydu, ile traum. 

Potem była pandemia, wróciłam po latach do jogi, spotkałam Martę Ziółek, która odpaliła we mnie jakąś wiedźmińską energię. Oszołomiła mnie wspólnotowa energia kobiecego stada, wzmocnił to Strajk Kobiet. Zaczęłam proces leczenia swojego ciała, głosu, seksualności, relacji z innymi, zaczęłam rozumieć, a właściwie odczuwać, że ten proces ma potężną transformacyjną siłę. Zmianę trzeba zacząć od siebie, zadbać o ciało, zrozumieć siebie, stanąć na chwilę w miejscu, a potem zakasać rękawy i wziąć się za obalanie patriarchatu. 

Strajk Kobiet był ważny? Mówisz, że wzmocnił cię jako kobietę. 

- Najważniejszy w ostatnim czasie. Dla wielu kobiet formujący. Te demonstracje odpaliły we mnie gniew, a w konsekwencji myśl, że Teatr Dramatyczny powinien zostać przekazany kobietom. Poczułyśmy wtedy, że ta nasza energia jest gigantyczną siłą, a po wykrzyczeniu gniewu odsłaniają się w nas piękne rzeczy. W ogóle nie rozumiałam, co to znaczy być kobietą. Grałam jakąś rolę obsadzona w nie swoim serialu o męskim świecie i męskiej zajebistości. Zadowolona, że mogę w tym świecie pobyć i w sumie mnie nie przepędzają. Może tylko czasem. Ciało miałam skrępowane wstydem i lękiem. Zamrożone kompletnie. Byłam zmęczona, zniechęcona i w sumie myślałam o niedołężnej starości bez emerytury i środków do życia. To, co kobiece, było dla mnie niedostępne. Nie miałam pojęcia, że siostrzeństwo ma taką moc, myślałam, że to takie abstrakcyjne pojęcie. 

Z kim pisałaś program?

- Z całą bandą. Ale tę najtrudniejszą, najbardziej wymagającą pracę wykonałyśmy w ścisłym gronie: z Moniką Dziekan, Agatą Adamiecką, Małgorzatą Błasińską, Jagodą Dutkiewicz. A także z twórczyniami i twórcami, którzy w tę koncepcję wlali swoje wizje. To rozbudzone nadzieje środowiska, które sprawiają, że ta wielka odpowiedzialność nie przejmuje nas lękiem. Wygrałam ten konkurs dzięki energii kobiet, która mnie niosła. To był długi, intensywny proces, który przyniósł o wiele ciekawszy efekt, niż gdybym była w tym sama. Gdyby nie te kobiety, nie miałabym odwagi wystartować w konkursie.

Wcześniej nie miałaś takich ambicji?

- Bałam się. Nie widziałam się w tym systemie, w tym habitusie dyrektorskim, w tych mentalnych cygarach, musiałam po swojemu sobie to zorganizować, żeby mnie to tak naprawdę inspirowało, a nie było tylko wyjaławiającym, ciężkim obowiązkiem. W 2016 roku zostałam poproszona przez zespół artystyczny Teatru Polskiego z Wrocławia, żeby zostać ich dyrektorką. To nie był ten moment, byłam w innym momencie w życiu, miałam plany artystyczne. Dzisiaj jestem nasycona artystycznie, ciekawią mnie nowe łowiska. Zresztą już od dłuższego czasu. Dlatego z Pawłem Demirskim pracowaliśmy nad serialem, a ostatnio nad filmem, założyliśmy punkowy zespół Czerwone Świnie. Ta nasza wygrana to coś więcej niż objęcie dyrekcji w teatrze. Myślę, że dla środowiska i dla polskiego teatru to jest moment przełomowy. Prawdopodobnie też dla polskiej sfery publicznej.

Tytuł oryginalny

Monika Strzępka, nowa dyrektorka Teatru Dramatycznego w Warszawie: Zbuduję feministyczny teatr

Źródło:

„Gazeta Wyborcza” dodatek „Wysokie Obcasy” nr 22 01 2022

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.

Autor:

Arkadiusz Gruszczyński

Data publikacji oryginału:

27.01.2022