„Trzeba to sobie jasno powiedzieć” wg scen. i w reż. Jerzego Lacha z Teatru Opera Modern w Scenie Metro w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 6/10
„Trzeba to sobie jasno powiedzieć” Jerzego Lacha to spektakl, który — choć rozgrywa się podczas rodzinnych urodzin — w rzeczywistości prowadzi widza w przestrzeń współczesnych, polskich napięć społecznych. Opera Modern prezentuje w nim kameralny dramat, w którym domowe spotkanie staje się laboratorium emocji, miejscem ścierania się światopoglądów i nieprzepracowanych żalów, a zarazem próbą opowieści o rodzinie funkcjonującej pod presją coraz trudniejszego dialogu.
Rodzinny stół jako pole minowe
Akcja spektaklu rozpoczyna się niewinnie: Matka przygotowuje przyjęcie urodzinowe Syna. Wydarzenie, które w naturalny sposób kojarzyłoby się z celebracją bliskości, w inscenizacji Lacha szybko ujawnia swoją kruchość. Rodzina, choć zgromadzona w jednym miejscu, zdaje się funkcjonować w odrębnych światach.
Najmocniej widać to w relacji Ojca i Wuja — dwóch przeciwstawnych biegunów polskiej debaty publicznej. Ojciec, określany w tekście jako liberał, i Wuj, reprezentujący twardy konserwatyzm, nie tyle dyskutują, ile odtwarzają znane z medialnych przekazów schematy, włączając je w sferę osobistą. Dom przestaje być przestrzenią ochronną; staje się areną konfliktu, który został im „zaszczepiony” z zewnątrz, ale który przerasta prywatne więzi.
Matka — jedyna osoba intensywnie zabiegająca o zachowanie spokoju — nie tyle godzi zwaśnione strony, co próbuje nie dopuścić do całkowitego rozpadu rodzinnej struktury. Jej energia łagodzenia, balansowania i wyciszania emocji ujawnia wyczerpanie, które towarzyszy wielu podobnym rolom w realnych domach.
Syn jako punkt skupienia — i jako pęknięcie
Syn, dla którego zorganizowano urodziny, pozostaje w spektaklu figurą szczególnie niejednoznaczną. Rozdarty między oczekiwaniami rodziny, emocjonalną bliskością z Matką, a skomplikowaną relacją z Ojcem — emerytowanym dyrektorem teatru — staje się reprezentantem młodego pokolenia, które próbuje odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości zdominowanej przez konflikty, które nie są do końca jego własne.
W finale opowieści następuje radykalny zwrot: Syn, nie mogąc sprostać rodzinnym i społecznym naciskom, przechodzi symboliczną przemianę. Jako samozwańczy „mesjasz” formułuje apokaliptyczną wizję świata. Ta metaforyczna ucieczka w skrajność ukazuje nie tylko bezradność bohatera, lecz także rozpad języka rozmowy — w świecie, w którym coraz trudniej znaleźć perspektywę wspólną.
Symbolika katastrofy i obecność świata zewnętrznego
Konstrukcja spektaklu wprowadza do domowego wnętrza sygnały nadciągającego zagrożenia. Powtarzające się uderzenia orzecha o metalowy dach — przypominające odgłos strzału — pełnią funkcję zapowiedzi czegoś nieuchronnego, niepokojącego.
Pojawienie się fotoreporterki dokumentującej wydarzenia, wyprowadza akcję poza ramy prywatności. Jej zdjęcia, projekcje i obecność „obserwatora z zewnątrz” wzmacniają wrażenie, że bohaterowie funkcjonują w świecie, w którym nie ma już wyraźnego podziału między tym, co publiczne, a tym, co rodzinne. Gdy na fotografiach postaci pojawiają się w wojskowych uniformach, domowa kłótnia zostaje symbolicznie wpisana w narrację o konflikcie, który obejmuje całe społeczeństwo.
Rodzina jako metafora społecznego podziału
Spektakl Lacha nie proponuje jednego, prostego odczytania. Przeciwnie — pozostawia wiele znaków zapytania i otwartych wątków. Jednak centralnym motywem wydaje się badanie, jak prywatne relacje ulegają erozji pod wpływem politycznych narracji. Rodzina w tym przedstawieniu staje się miniaturą społeczeństwa: podzielonego, przemęczonego własną wrogością i bezradnego wobec utraty wspólnego języka.
W tej perspektywie motyw „jasnego powiedzenia sobie prawdy” staje się ironiczny — bo prawda każdego bohatera jest inna, a ich światy rzadko się spotykają.
„Trzeba to sobie jasno powiedzieć” to spektakl, który skupia się na opowieści o rodzinie — nie tyle jako grupie osób, ile jako strukturze obciążonej współczesnymi podziałami. Lach opisuje społeczny krajobraz poprzez detale codzienności: rozmowy przy stole, drobne gesty, przemilczenia i wybuchy emocji.
To kameralna, ale wielowarstwowa narracja, w której humor i ironia sąsiadują z poczuciem zagrożenia, a dramat jednostek splata się z szerszym obrazem świata, w jakim żyją. Spektakl nie tyle ocenia, ile pokazuje pęknięcia — pozwalając widzowi zobaczyć ich źródła i konsekwencje.