Logo
Recenzje

Wszystko dla krawata

20.01.2026, 12:42 Wersja do druku

„Cravate Club” Fabrice'a Rogera-Lacana w reż. Wojciecha Malajkata w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. proj. graficzny: Wojciech Stefaniak

Wojciech Malajkat jest jak wino. Nie dość, że z wiekiem dojrzalsze i coraz doskonalsze, to i takie, które lat się nie wstydzi. Tyle że miast leżakować, ciągle ima się kolejnych reżysersko-aktorsko, a obecnie i dyrektorskich wyzwań. Gdy Fabrice Roger-Lacan wystawiał swą debiutancką sztukę „Cravate Club” w teatrze Gaîté-Montparnasse w 2001 roku, bohaterami uczynił parę mniej więcej czterdziestolatków, z których jeden obchodził właśnie okrągłe urodziny. Ten sam tekst niedługo później reżyserował w Scenie Prezentacje Romuald Szejd, a zagrali w nim wspomniany Wojciech Malajkat i Sambor Czarnota. W 2020 roku Malajkat, w podwójnej roli aktora i reżysera, postanowił na deskach Teatru Polonia przywrócić widzom jednoaktówkę Lacana. Jako scenicznego partnera zaprosił wówczas do współpracy świeżo upieczonego absolwenta kierowanej przez siebie Akademii Teatralnej w Warszawie – Marcina Stępniaka, budując przy okazji dodatkowe piętro dramaturgiczne na osi mistrz - uczeń. A że czas w miejscu nie stoi zgodził się kurtuazyjnie dodać sobie dziesięć latek. Minęło kolejnych sześć wiosen i oto nadeszła repremiera komedii „Cravate Club” w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Dyrektor Malajkat z podziwu godną konsekwencją, ponownie dołożył swemu bohaterowi jedną dekadę, a Marcin Stępniak, już jako etatowy aktor sceny przy Mokotowskiej, stanął w obliczu konfliktu nie tylko jako uczeń wobec mistrza, ale jeszcze jako podwładny względem pracodawcy. I w sztuce, i w życiu. I nadal nie przeszkadza mu to wieczór w wieczór chlustać szefowi szklanką wody w twarz. 

Bernard i Adrien, przyjaciele i wspólnicy w biurze architektonicznym, otrzymali właśnie lukratywny kontrakt. Jest za co wychylić szampana. Dodatkową okazją są 60. urodziny Bernarda, ale Adrien miga się od obecności na okolicznościowym przyjęciu starszego kolegi. Indagowany przyznaje się w końcu do obowiązkowej w każdy pierwszy czwartek miesiąca kolacji w pewnym męskim klubie, do którego należy. Klubie, o którego istnieniu Bernard nie miał do tej pory bladego pojęcia. 

 W tym miejscu atmosfera gęstnieje, podejrzenia, oskarżenia i niedomówienia zamieniają sielską atmosferę w psychologiczną wojnę podszytą żachnięciami, pretensjami, wyrzutami, a przy okazji niewymuszonym humorem. Wojciech Malajkat z reżyserską swobodą buduje falujący nastrojem konflikt między bliskimi sobie mężczyznami, których przyjaźń, „wzajemne zrozumienie i duchowe pokrewieństwo” wystawione zostają właśnie na nielichą próbę. Czy Bernardem kieruje zwykła ciekawość, czy jakaś forma chorobliwej zazdrości? Czemu przyjaciel kluczy i plącze się w zeznaniach? Czemu ukrywa przed nim tajemnicę, zwłaszcza tak rzekomo niewinną? I jak wiele warto poświęcić, by ją odkryć?

Fabrice Roger-Lacan zagłębia się w meandry męskiej psychiki, analizując charakter i trwałość buzującej testosteronem przyjaźni. Towarzyszą temu zabawne sytuacje, błyskotliwe dialogi, szklanice trunków, żywiołowe tempo i nieco gorzka prawda o człowieku. Pod płaszczykiem łagodności kryją się bowiem pokłady prawdziwego okrucieństwa. Wojciech Malajkat z maestrią przechodzi ze stanu zdziwienia we frontalny atak niuansowany pozorną obojętnością, drobnymi fochami, a nawet dziecinną nieśmiałością. Każde spojrzenie, uniesienie brwi, gest czy ton głosu są perfekcyjnie umiejscowione w postaci Bernarda tworząc z niego konglomerat uroku, nieustępliwego uporu, nadwrażliwości, małostkowości i tej wampirycznej potrzeby zagarnięcia dla siebie każdego cala wolnej przestrzeni najbliższych. A poza tym nikt nie byłby w stanie wykrzesać tyle humoru ze zwykłego słowa „jeże”. Uchylający się pod gradem pytań Marcin Stępniak z sympatycznego, wrażliwego młodszego kumpla przemienia się w człowieka rozpaczliwie broniącego ostatniego bastionu czegoś własnego – małej namiastki rzeczywistości, której nie musi dzielić ze swym ekspansywnym przyjacielem. Widać rodzący się w nim bunt, determinację, ale też i olbrzymią życzliwość, a może nawet jakąś formę przywiązania do Bernarda. Stępniak mieni się kolorami wewnętrznego konfliktu chcąc ratować resztki relacji, kipi wstrzymywaną coraz trudniej złością, lecz jego starania grzęzną na mieliźnie wobec całkowitego zaślepienia osiągnięciem absurdalnego w sumie celu przez jego wspólnika. Czy krewkim panom uda się „przywrócić równowagę”?

„Cravate Club” to jedna z tych francuskich komedii, która bawiąc pokazuje nam cierpki odprysk targających ludźmi zgubnych żądz i namiętności. Drobnych, błahych iskier, które padając na podatny grunt rozpalają pożogę zniszczenia. Dzięki budującym wiarygodność dojrzałym kreacjom aktorskim nowy-stary tytuł Współczesnego z komediową wirtuozerią eksploruje granice męskiej przyjaźni, gdzie niewypowiedziane słowa i nieporozumienia niszczą ostatecznie nawet najbardziej nierozerwalne więzi. A przy tym niepozbawiony jest ciepła, serdeczności i swoistego „charme’u”. To sztuka krótka, niespełna godzinna, a jednak pełna zwrotów akcji, reżyserskiej finezji i aktorskiej precyzji, które wypełniają ów czas po brzegi niegasnącą uwagą widza.

Tytuł oryginalny

Wszystko dla krawata - "Cravate Club" w Teatrze Wpółczesnym w Warszawie, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także