07.12.2020, 11:31 Wersja do druku

Zamurowania

Trudno mi było zdobyć tę książkę. Dowiedziałem się, że wyszła, słyszałem i czytałem o niej, ale żadna normalna ani internetowa księgarnia nie miały jej na składzie. W końcu, będąc już w desperacji, prawie rok po jej debiucie, poprosiłem o nią autora. Gdy wreszcie dostałem Teatr niezbędny, przeczytałem go prawie natychmiast od deski do deski - pisze Tadeusz Kornaś w portalu Teatrologia.info.

Lech Śliwonik to dla mnie osoba bardzo ważna – mój pierwszy teatrologiczny nauczyciel, opiekun mojej pracy magisterskiej. Nie przesadzę, gdy powiem, że to właśnie on otworzył mi oczy na wiele okołoteatralnych spraw i nauczył, że teatr naprawdę może być – jak w tytule jego książki – niezbędny. Nie chodzi o to, że jest rzeczą pierwszej potrzeby, bo w życiu człowieka są rzeczy ważniejsze, ale skoro już jest, może ludzi kształtować, zmieniać, pomagać im. Może być narzędziem, wehikułem, płaszczyzną porozumienia… Dla Lecha Śliwonika niezbędność teatru objawia się przede wszystkim w pracy amatorskiej.

Książka Teatr niezbędny jest całkowicie odmienna od innych wydawanych w naszych czasach publikacji teatrologicznych. W dobie powszechnego panowania grantów, projektów, jest wręcz anachroniczna – jest bowiem wołaniem o długie trwanie, o odpowiedzialność, o społeczną skuteczność. Idole współczesnego mainstreamu pojawiają się w niej rzadko, i najczęściej upadają z piedestałów. Bo Lech Śliwonik woła o teatr robiony w trosce o innych, a nie w imieniu własnej chwały.

Jest w jego książce szkic Zamurowany, w którym Lech Śliwonik odnosi się do sprawy teatru niepełnosprawnych, sztuki i terapii. Odwołuje się w nim do opowiadania Brunona Schulza Dodo o chłopcu, który był, jakbyśmy to dzisiaj określili – niepełnosprawny umysłowo. Gdy jęczał w nocy, nie mogąc spać, ciotka zapytała go: „Czego jęczysz”. I dalej w opowiadaniu Schulza jest tak:

„ – To nie ja, to on…– Jaki on?– Zamurowany…– Kto taki?Ale Dodo z rezygnacją machnął ręką: – Eh… – i obrócił się na drugą stronę.”

Dla Śliwonika jasne jest, że „Teatr dla życia” – jak nazywa teatr z niepełnosprawnymi – powinien służyć właśnie temu, by „zamurowanemu życiu” pozwolić się ujawnić, wyzwolić, przemówić. Tymczasem dominująca dziś praktyka artystyczna jest zazwyczaj inna – bo tym „zamurowanym” narzucane są słuszne idee, cele, rozwiązania artystyczne, techniki terapeutyczne. Na tym miejscu pozwolę sobie na dłuższy nieco wypis z książki Lecha Śliwonika, który retorycznie zadaje pytanie artystom „Teatru dla życia”, jakim życiem chcą się zajmować?:

„To pytanie należałoby kierować do wszystkich, którzy zajmują się terapią. Jaki byłby skutek? Rzucam na szalę całe ponad ćwierćwieczne doświadczenie i prognozuję wynik. Trzecia część w ogóle, nigdy o takim czy podobnym pytaniu nawet nie pomyślała. I to nie jest najgorsza część. Bo oto połowa (będę łagodny w ocenach) odpowie niezawodnie – ja im daję swoje życie! Oddaję wszystko, co we mnie najlepsze: talent, dobroć, szlachetność, poświęcenie. Tak mówią i wierzą w swoje słowa! Tak mówią i czynią. W swoich podopiecznych widzą siebie, w ich działaniach – realizację swoich planów, zamierzeń. Dlatego wychowankowie nie mogą nie spełnić oczekiwań, ich działanie nie może zostać uwieńczone sukcesem. […] Wszyscy chcą tego samego: by świat sceniczny i – szerzej – świat podopiecznych zgadzał się z ich światem. Odpowiadał tym samym kryteriom. A co z pozostałymi 15-17 procentami? Otóż oni daliby jasną odpowiedź – chcą się zajmować ŻYCIEM ZAMUROWANYM (ewentualnie zamurowanego). Inaczej mówiąc: obchodzi mnie świat tego człowieka, zwłaszcza jego część ukryta, odgrodzona. Zrobię wszystko, aby ten świat poznać i zrozumieć. Może wtedy będę w stanie dopomóc".

Punkt ciężkości przeniesiony zostaje z siebie na innych. Lech Śliwonik optuje za długofalową, głęboko zakrojoną pracą, bo tylko tak można osiągnąć sukces w „teatrze niezbędnym”.

Sam taką prowadzi, ale w wyjątkowy sposób – pomaga zaistnieć, narodzić się różnorakim inicjatywom, dba o nie, kultywuje, ochrania. Właściwie jest człowiekiem instytucją (przewodzi też instytucji – Towarzystwu Kultury Teatralnej – obecnie z nim utożsamianej). Kolejne rozdziały książki Teatr niezbędny opowiadają o poszczególnych dziedzinach teatru, które dla Lecha Śliwonika były i pozostają ważne. Wiele z nurtów tu opisywanych apogeum ma za sobą (konkursy recytatorskie), inne przekształciły się („teatr dla życia”) – inne wreszcie w takiej formie, w jakiej je poznawał, już nie istnieją (teatr studencki). Śliwonik każdorazowo wskazuje na etos, który powinien towarzyszyć pracy teatralnej. Próbuje przekazać coś ważnego dziedzicom opisywanych tradycji.

Teksty, które znalazły się w Teatrze niezbędnym, były już wcześniej publikowane. Najczęściej w „Scenie”, którą Śliwonik prowadzi od 1998 roku. Ale też w licznych książkach pokonferencyjnych i zbiorowych. Jednak ułożone na nowo i dopełniające się teksty, budują bardzo wyrazistą, świetnie skomponowaną książkę. Opowiadającą o teatrze, ale też o pasjach i działalności autora. Kolejne rozdziały poświęcone są konkursom recytatorskim, teatrowi amatorskiemu, teatrowi alternatywnemu, „teatrowi dla życia”, teatrowi wiejskiemu i wreszcie teatrowi dla dzieci. W każdej z tych dziedzin Śliwonik jest zadomowiony bardzo mocno.

Lech Śliwonik od 1965 roku współtworzył ruch żywego słowa, organizował i wspomagał Ogólnopolskie Konkursy Recytatorskie. Rodziły się one jeszcze we wczesnych latach pięćdziesiątych, lecz o dekady przeżyły marksistowsko-stalinowskie czasy. Zawsze są jednak, jak pisze Śliwonik, najbardziej demokratycznym konkursem, w którym rokrocznie uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Śliwonik notuje na przykład: „w 1960 roku najwyższe nagrody zdobyli: szeregowy Janusz Gajos z Zielonej Góry i licealista z Puław Marian Opania.” Wcześniej w konkursie startował Tadeusz Malak, który stał się później aktorem Teatru Rapsodycznego i Starego Teatru, profesorem krakowskiej Szkoły Teatralnej. Ale obok niego w finale konkursu znalazł się na przykład Jan Małysa, maszynista kolejowy: „Z OKR wyszło kilka tysięcy MALAKÓW oraz 3 miliony MAŁYSÓW. To się nie zdarzyło nigdzie na świecie.” Konkurs chyba istnieje do dzisiaj, ale pozostaje na marginesie – poniżenie słowa poetyckiego, degradacja języka, przekształcenia w kulturze, zbędność tego typu aktorstwa… wszystko to zwiastowało schyłek. Jednak Lech Śliwonik nawet w takich okolicznościach nie rezygnuje…

W Teatrze niezbędnym upomina się też o miejsce dla teatru amatorskiego. Amator, jak wiadomo, to miłośnik, wykonujący teatralną pracę właśnie z tej „miłosnej” przyczyny. Jeden z wątków z tego rozdziału dotyczy przekształceń tego ruchu. Słowu „amatorszczyzna” – nacechowanemu przecież pejoratywnie, Śliwonik przydaje do pary analogiczne: „zawodowszczyzna”. Co roku szkoły aktorskie produkują około setki aktorów i kilkunastu reżyserów. To oczywiste, że większość z nich nie znajdzie zatrudnienia w teatrach dramatycznych. Szukając pracy masowo zatrudniają się więc jako instruktorzy teatralni w Domach Kultury czy podobnych placówkach. I często celebrują swoje nieszczęście, narzucając amatorom cele, metody i zadania teatrów zawodowych (choć, co oczywiste, zdarzają się świetni instruktorzy po szkołach artystycznych). Niegdyś bardzo mocny ruch amatorski teraz się przekształca. Lech Śliwonik wskazuje jakie mogą być drogi ocalania ruchu, jak można zachować etos amatora… W tym przypadku sprawa wciąż nie wydaje się przegrana.

Kolejny rozdział dotyczy okresu już zamkniętego, który dla Lecha Śliwonika był doświadczeniem pokoleniowym, kto wie, czy nie najmocniej związanym z jego wrażliwością. Chodzi o teatr studencki, nazywany później też alternatywnym. Śliwonik opisuje wciągnięcie go w ów nurt przez STS. Jako świadek, uczestnik, komentator, organizator, opisuje przemiany ruchu. Proponuje niezwykle przekonujący podział na etapy kształtowania się i upadku ruchu (1954-1969 – studenckość amatorska; 1970-1981 – studenckość alternatywna; 1983-1989 – śmierć na raty).

Ze szczególnym zainteresowaniem jednak czytałem o teatrze, który Śliwonik nazwał „teatrem dla życia”. Wspomniałem już o „zamurowaniu”… W tym rozdziale Lech Śliwonik przypomina też postać Bolesława Greczyńskiego. Teoretycznie można byłoby tekst o nim umieścić w rozdziale o teatrze alternatywnym, bo Greczyński był „kultowym” aktorem Teatru STU – występował w Spadaniu, Senniku powszechnym czy, a może zwłaszcza – w Exodusie i Pacjentach. Można też umieścić Greczyńskiego w rozdziale o słowie – bo był uczestnikiem konkursów recytatorskich. Ale dziełem jego życia było powołanie po jego emigracji do Stanów Zjednoczonych Living Museum – poświęconego prezentowaniu i gromadzeniu sztuki tworzonej przez ludzi dotkniętych chorobą umysłową. To żyjące muzeum też było przestrzenią teatru, działania ludzi odmiennych. Śliwonik cytuje fragment rozmowy z Greczyńskim:

Bolek Greczyński – Mówiąc prawdę, chciałbym być jakoś naśladowany. Istnieje tyle możliwości współpracy z całą armią starych, biednych, samotnych, upośledzonych. Ale niewielu artystów – widzisz, jak trudno ominąć to słowo – chce dać z siebie więcej, aniżeli potrzeba, by zaspokoić osobiste ambicje. Niewielu umie wyrzec się czegoś na rzecz innych.

Krystyna Gonet – Czy można tego wymagać?

Bolek Greczyński – Wyrzekając się, zyskuje się o wiele więcej".

Greczyński w Living Museum stworzył zespół Pole Bitewne. Już sama nazwa grupy jest istotna. Do dzisiaj trwa w Stanach Zjednoczonych legenda Greczyńskiego, do dzisiaj Living Museum działa, choć Greczyński zmarł w 1995 roku. Dla Lecha Śliwonika taka droga oddania się teatrowi niezbędnemu wydaje się najpełniejsza. Oddając się takiemu teatrowi artysta może w pełni zaistnieć.

Wspominałem już, że Lech Śliwonik działa na wszystkich polach, o których pisze: teatr słowa, teatr amatorski, alternatywny, terapeutyczny… Jest on trochę jak akuszer, daje organizacyjne wsparcie, inicjuje, radzi, pomaga, dba… Jest autorytetem. Niekiedy – jak sądzę – bez niego wiele inicjatyw wręcz nie miałoby możliwości zaistnieć, inne bez jego determinacji by umarły. Na przykład festiwale teatrów wiejskich, które od lat organizuje w Tarnogrodzie. Wciąż jest to niezwykły fenomen, o którym próżno czytać w teatralnych czasopismach. Śliwonik w swojej książce zatytułował rozdział o Sejmikach Teatrów Wiejskich „Teatr dla siebie”, bo w tym przypadku amatorstwo jest najczystszej wody. Tu już nie ma powodów – jak niekiedy w teatrach amatorskich – by zdobywać umiejętności po to, by dostać się do szkoły teatralnej czy telewizji. To czysty teatr społeczny robiony bezinteresownie dla siebie, ale też dla bliskich i dla wszystkich ciekawych. Współzawodnictwo, owszem, istnieje, zwłaszcza podczas konkursów – ale wszystko kończy się przecież wspólnym biesiadowaniem. Jest jeszcze jeden ważny element wiejskich teatrów – spora część to widowiska obrzędowe – ocalają więc pamięć wspólnoty. Lecz, jak pisze Śliwonik w swojej książce, coraz częściej w te pamiętane rekonstrukcje obrzędów, prac, rzemiosł, wpisywane są rodzajowe scenki z codziennego życia. Repertuar teatrów wiejskich też ewoluuje.

Ostatnim rozdziałem jest fragment poświęcony teatrowi dzieci. To też pole, któremu Lech Śliwonik poświęcił kawałek życia. Zapewne nie muszę już pisać, że dla Śliwonika ideałem jest teatr, który oddziałuje na rozwój nieskrępowanej wyobraźni dziecka, a nie teatr, który spełnia ambicje instruktorów. Jeśli jeszcze są to ambicje artystyczne, to pewnie da się je jakoś utemperować. Ale z wielką furią Śliwonik reaguje na działalność „inżynierów”, którzy chcą narzucać dzieciom własne wizje świata. Takich działaczy społecznych (bo trudno nazwać ich artystami) nie interesują wewnętrzne światy dziecięcej wyobraźni, lecz interesuje ich przekształcanie anachronicznych – ich zdaniem – modeli zachowań społecznych. Czyli nie przychodzą pracować w trosce o dzieci, po to, by wyzwalać ich wyobraźnię, ale by je tresować na potrzeby nowego świata, którego utopijną wizję mają w głowie. Dla Śliwonika jest to po prostu „manipulacja systemem edukacji i wychowania najmłodszych”. Inżynierowie społeczni są wobec dzieci całkowicie egoistyczni – interesują ich własne cele, a nie rozwój wyobraźni dzieci. Śliwonik proponuje w zamian inny teatr, prawdziwy, wrażliwy. Pisze: „Teatr dziecka to – w języku polskim jest takie fantastyczne słowo – teatr samorodny. To znaczy, że coś we mnie jest i samo się urodzi, jeśli będą sprzyjające warunki. […] Trzeba wyzwolić w dziecku to, co w nim jest.” Śliwonik przez wiele lat był jurorem i współorganizatorem Przeglądu Teatrów Dziecięcych „Dziatwa” – i tam starał się dbać, by właśnie tego typu pracę z najmłodszymi rozwijać. Bo praca ma też dzieci stymulować, uczyć i rozwijać ich wrażliwość, myślenie i emocje, „ukazywać obszary piękna”…

Książkę zamykają rozmowy z Lechem Śliwonikiem. Równie ciekawe i bogate, jak poprzednie rozdziały. W jednej z nich pojawia się kolejny bardzo ważny temat: Lech Śliwonik jako pedagog i organizator studiów Wiedzy o Teatrze w warszawskiej PWST (obecnie AT)…

Dodam więc: Lech to świetny pedagog, nauczyciel tego, że teatr powinien być niezbędny, bo wtedy warto go tworzyć i oglądać. Lech Śliwonik był też moim nauczycielem.

Lech Śliwonik, Teatr niezbędny. Studia, szkice, felietony, Miejski Dom Kultury, Stalowa Wola 2019

Tytuł oryginalny

Zamurowania

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Tadeusz Kornaś

Data:

02.12.2020