Logo
Recenzje

Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy — epilog

5.02.2026, 10:14 Wersja do druku

„Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog” w reż. Piotra Domalewskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. HaWa / mat. teatru

Uwielbiam nurzać się w smutnych scenariuszach graniczących z pewnością, że się wydarzą. Jednym z nich jest oczywista wizja śmierci rodzica, bo nie odsuniemy tego od nas, przecież tak życie jest ułożone, że każdy się kiedyś wreszcie skończy. Może dlatego, niczym egipska płaczka, lubię zatracać się w treściach o takiej tematyce, żeby się przygotować, uszyć sobie wszystko w głowie i mieć ułudę bycia gotowym, choć tak realnie nie będę gotowy nigdy. „Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy — epilog” w reżyserii Piotra Domalewskiego z grubsza opowiada o takiej właśnie sytuacji, traktując Sienkiewiczowską książkę (dzięki Bogu – wiadomo jakim uczuciem darzę Sienkiewicza) jedynie jako pretekst do oglądania powolnego odchodzenia matki.

Sprawa ma się pokrótce tak: pewnego dnia Stanisław dostaje telefon od swojego rodzeństwa, że ich starutka matka zrobiła dokładnie to, co robią wszystkie starsze osoby, kiedy atencja się nie zgadza, czyli zaliczyła wywrotkę i trafiła do szpitala. Niefortunnie kobieta mieszka sama i nikt przez wiele godzin nie był w stanie jej pomóc i dopiero akcja policji, straży pożarnej, pogotowia, brygady RR i DD Reportera uwalnia nieprzytomną staruszkę z zamkniętego mieszkania. W trakcie pobytu w szpitalu do wcześniej wspomnianego syna dochodzi, że jego matka nie jest sobą – upadek i uderzenie w głowę spowodowało, że wydaje się jej, że jest Nel z „W pustyni i w puszczy”, a we własnym synu dopatruje się Stasia Tarkowskiego. Pozostali z rodzeństwa stają się w jej oczach Kalim i Meą, a rzeczywistość zaczyna być coraz groźniejsza, bo kobieta upatruje w zwykłych obiektach dzikich zwierząt, a próba wyjaśnienia jej, że nie jest ośmiolatką z lektury szkolnej tylko starszą panią co zrobiła fikołka, staje się samo w sobie fikołkiem. Zdezorientowana matka wpada wtedy w kakofoniczny strach i jedyne, co pozostaje trójce rodzeństwa, to grać w jej grę dla względnego spokoju i mieć nadzieję, że może kiedyś coś się samo naprawi (raczej nie).

Dynamika tej historii daje nam kilka płaszczyzn do obserwacji, z czego w moim odbiorze nie wszystkie wypadają tak samo kusząco i ciekawie. Ważna kwestią jest konstrukcja relacji między bohaterami, jak i samych bohaterów. Czasami są oni napisani zbyt prosto – przykładowo trójka rodzeństwa: każde z nich składa się tak naprawdę z jednej cechy, która ich definiuje i to jedyny składnik ich osobowości, nie ma tutaj żadnego zniuansowania i specjalnej głębi. Robotę w tej kwestii robią aktorzy, bo Radosław Krzyżowski, Katarzyna Krzanowska i Filip Perkowski tym papierowym figurom nadają taki pęd, że dopiero w ¾ przedstawienia zorientowałem się, co mi tam nie gra. Cała trójka jest bardzo dobra i wyciąga sto procent z tego, co im Domalewski napisał. Krzyżowski jest doskonały w byciu prostolinijnym Gustawem, który jest niezdecydowany i niezmącony żadną myślą od lat; Krzanowska jest typową zabieganą matką dwójki dzieci, która ostatni raz odpoczywała będąc w 2 miesiącu swojego życia płodowego, a Perkowski tworzy ciekawą wizję 40-letniego samotnego faceta niewiedzącego czego chce, ale czującego, że jest niewystarczający. Tarcia, które wynikają z różnych perspektyw tych postaci, są ciekawe i tworzą fajną energię, czasem pełną humoru, a częściej pozwalającą obserwować jedną sytuację z kilku perspektyw, które stawiają je w zupełnie innym świetle. Finalnie relacja rodzeństwa wypada ciekawie pomimo wspomnianych mankamentów i jakbym nie był złośliwą małpą to mógłbym się tego nie czepiać, ale najwyraźniej wchodzę już w rok małpy w moim kalendarzu. Dzięki temu, że każde z rodzeństwa jest inne, dane jest nam śledzić ich reakcje i radzenie sobie z kwestią odchodzenia matki i świadomością tego, że prędzej czy później umrze. Pytanie też: na ile Nel jest jeszcze ich matką i czy tak naprawdę nie umarła ona w środku w momencie upadku.

Równorzędnym wątkiem są pojawiające się w sennych marach Stasia narady i spotkania Ligi Morskiej i Kolonialnej, która planuje zamorskie podboje Polski i wzbogacenie jej o kolonie na chwałę naszego kraju. Ten wątek w moim odczuciu jest totalnie zbędny – rozumiem z czego wynika i że stara się wchodzić w kolonialny wydźwięk książki Sienkiewicza, niemniej ta historia więcej by zyskała, gdyby całość skrócić o te sekwencje i oddać przestrzeń jedynie historii o umieraniu i godzeniu się z tym, jak i w sumie zmaganiom Stasia z poczuciem bycia niewłaściwym, nieprzystającym i niewystarczającym. Te dwa wątki są na tyle zajmujące i bolesne, że bez problemu wypełniłyby całość spektaklu.

Domalewski finalnie prowadzi „Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy — epilog” z ogromnym taktem i dobrze balansuje między humorem a powagą; czasami w moim odczuciu za bardzo przegina pałkę w stronę żarcików, przez to część scen traci ciężar, który chciałbym, aby miały i usiadły nim dusząco mi na twarzy. Mimo to przedstawienie wyciska łzy z oczu w kilku momentach, ale z drugiej strony jak mogłoby nie wyciskać, zważywszy na temat. „Zamknij oczy Nel…” było ewidentnie pisane jako wyciskacz łez, ale szanuję to, bo nie jest to tani chwyt, a konsekwencja tego, o czym opowiada.

Wizualnie przedstawienie robi wrażenie; mnie porywały momenty, w których na styku scenografii (Arek Ślesiński), wideo (Natan Berkowicz) i reżyserii świateł (Rafał Paradowski) działy się oniryczne sceny obrazujące wizję świata Matki. Do takich sekwencji zaliczę na pewno prysznic, który zamienia się w głowie seniorki w kąpiel w wodospadzie. Poruszająca scena zderzenia tragedii dorosłych i dziecięcej fantazji, która została jedynym, co łączy matkę z rzeczywistością. Zapraszam też do życia na zawsze za darmo w moje głowie jedną z finałowych scen, w której Nel odchodzi ze swoim ojcem przez scenę pokrytą dymem, otwierają się drzwiczki paczkomatów (nie wnikajcie), z których buchają snopy światła, unosi się kurtyna z tyłu sceny i oboje znikają w ciemnym, opalizującym tunelu. No, mnie takie coś chwyta, mimo, że jest to w teorii prosty zabieg, ale jest doskonale wyegzekwowany na scenie i z poziomu technicznego jak i z wyczuciem reżyserskim.

Aktorsko bardzo ubawiła mnie Dorota Segda w roli terapeutki; jest w tej roli wszystko, za co można uwielbiać Segdę–humor podbity powagą, ostrożność w kreowaniu postaci, ale też niczym nieskrępowana radość tej jednej spontanicznej koleżanki, która zawsze wymyśli coś przypałowego. W niektórych sekwencjach dawała totalnie vibe innej swojej kreacji – Barbary Niechcic z „Nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU!”. Nie jestem w stanie określić dlaczego, ale to był ten rodzaj energii i nie ukrywam, że podobało mi się to.

W sumie pierwszy raz od czasu „Nieustraszonej miłości Eve Adams” wyszedłem ze Starego tak zadowolony. „Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy — epilog” jest spektaklem satysfakcjonującym z naprawdę doborową obsadą, która dowozi milion emocji, z kilkoma problemami na poziomie scenariusza, ale tak realnie spektakl daje satysfakcję. Mnie poruszył, zupełnie jak „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Wichy. Tak jak ta książka, Domalewski bada teren i sprawdza, co zostanie po naszych bliskich poza mieszkaniem, butami i kilkoma wspomnieniami. Może warto pochylić się nad nimi zanim będziemy do tego zmuszeni.

Tytuł oryginalny

Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy — epilog

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

03.02.2026

Sprawdź także