Kiedy na początku roku 1991 ogłoszono konkurs na dyrektora Teatru Lubuskiego, reżyserowałem adaptację wielkiej powieści Marcela Prousta dla Teatru Dramatycznego w Warszawie. Nosiła tytuł „Ach, Combray!...”, w obsadzie - plejada wspaniałych aktorów. To już była moja 13. reżyseria. Wciąż utrzymywałem kontakt ze swoimi profesorami z warszawskiej PWST, i kiedy ogłoszono konkurs, prof. Bardini upewnił mnie, że warto spróbować szczęścia w Zielonej Górze – pisze Waldemar Matuszewski.
Konkurs odbywał się w gmachu Urzędu Wojewódzkiego, rozpisał go ówczesny wojewoda dr Jarosław Barańczak. Kandydatów było 16. Komisji konkursowej z ramienia Ministerstwa Kultury przewodniczył Marek Okopiński (reżyser, niegdyś dyrektor Lubuskiego) – to on miał decydujący głos przy ostatecznym wyborze. 16 maja 1991 roku – po premierze Prousta w Warszawie, jako młody warszawski reżyser (lat 37) objąłem dyrekcję w Zielonej Górze. Nie wiedziałem wtedy nic o Winnym Grodzie, byłem zachwycony jego przedwojenną architekturą i ilością zieleni (kwitły bzy); nie znałem zielonogórskich aktorów, wiedziałem tylko, że pod jednym dachem koegzystują dwa zespoły: dramatyczny i lalkowy, i że mam nimi pokierować.
Dziś mogę powiedzieć, że po tych 5 latach, nazywanych przez Waldemara Trębacza, wieloletniego inspicjenta, „La belle epoque T. Lubuskiego (1991-1996)” – najszczęśliwszych w moim zawodowym życiu - zostałem Zielonogórzaninem, to miejsce na ziemi zapadło mi trwale w sercu.
Niewiele wiedziałem o kierowaniu teatrem, na szczęście ten podupadły wówczas Teatr miał dobrą, oddaną mu księgową – panią Krystynę Polcyn. Kiedy zaś doszło do wyboru zastępcy, zaprosiłem do współpracy aktora – Jana Tomaszewicza, niegdyś mojego studenta i asystenta (w Studio Wokalno-Aktorskim w Gdyni). Mianowałem go dyrektorem-menadżerem. Do końca sezonu dogrywał jeszcze w warszawskiej Syrenie, a ja, jako naczelny i artystyczny, już 16 maja 1991 zacząłem urzędowanie. Zamieszkałem na trzecim piętrze Teatru w jednym z pokoi gościnnych urządzonych niegdyś przez dyr. Krystynę Meissner, gdzie po sąsiedzku zamieszkiwał już ktoś – emerytowany aktor i inspicjent, pan Hieronim Mikołajczak. Filigranowa postać pana Hieronima w moich wspomnieniach wciąż przemyka wszystkimi zakamarkami Teatru. I wydawało się, że w Teatrze był od zawsze.
Kiedy w 1991 roku rozpoczynałem swoją dyrektorską misję, nie miał aż tak wielu lat (69), bardziej wyglądał na starca, niż nim był. Trochę się na starca robił, a kiedy zapuścił ogromną siwą brodę, wykreował się wręcz na teatralnego Matuzalema. Takim go też uwiecznił scenograf i rysownik Arkadiusz Gacparski, u którego przypomina słynny portret Leonarda da Vinci. Pan Hieronim chodził o lasce, wolno, z dystynkcją, często z torbą na zakupy. Miał coś z Żyda Wiecznego Tułacza. Kiedy schodził z teatralnych niebios, czyli z poddasza, dla dokonania zakupów na zielonogórskim deptaku, a potem wracał, przysiadał przy portierni – dla nabrania sił, ale przede wszystkim dla zaczerpnięcia teatralnych nowinek od pani Steni Karczewskiej, portierki.
Portiernia to taka teatralna Polska Agencja Prasowa, tyle, że ranga wydarzeń (choć nie mniej gorących) była bardziej lokalna. Lubił pan Hieronim czerpać z tej krynicy, bo te teatralne nowinki miały mu starczyć - tam na górze, na poddaszu - na dłużej. I przy Kiedy pełen zapału na pierwszej w życiu dyrekcji – biegałem po dwa stopnie, po schodach, które od lat znał najdokładniej, i które właściwie mogłyby nosić jego imię - wołał za mną swoim charakterystycznym, pękniętym z racji wieku, głosem: „Panie dyrektorze Waldemarze, mój 25-ty dyrektorze, niech pan zwolni! Ja też tak kiedyś biegałem – trzeba oszczędzać siły!”. Wspinając się na ostatnie piętro Teatru, do swojej kwatery, miał stary rezydent do pokonania blisko setkę stopni (w tę i z powrotem robiło się ich już 200!) i kilka wytchnieniowych przystanków. Schody te stały się naszymi wspólnymi. Później dołączył na trzecie piętro Jan (Tomek) Tomaszewicz.
Dołączyli nowo zaangażowani aktorzy (w tej grupie młody Janusz Młyński – a dziś nestor TL), dla których nie było mieszkań na mieście oraz przyjezdni realizatorzy zaproszeni do współpracy, wszyscy zamieszkaliśmy tam „na kupie”. Na cichym do tej pory i trochę zapomnianym poddaszu zakwitło życie. Ciągle ktoś zbiegał po schodach im. Hieronima Mikołajczaka na deptak – do pobliskiego sklepu Meyera - po kolejną dostawę piwa.
Krystyna Żylińska, niegdyś aktorka krakowskiej „Groteski”, a od roku 1964 aktorka Lubuskiego, jego legenda, porównała tę atmosferę teatralnego poddasza z roku 1991 z najlepszymi latami Domu Aktora przy ul. Jedności Robotniczej, gdzie również artyści Lubuskiego mieszkali „na kupie” i ciszy nocnej nikt nie przestrzegał.
W połowie korytarza naszego poddasza, całkiem blisko pokoiku starego teatralnego rezydenta, znajdowała się obszerna wnęka i wyjście na taras otwarty na wspaniałą panoramą miasta i wglądem na deptak. We wnęce stały 3 kanapy i telewizor. To był nasz bankietowy salonik. Piwny bankiet odbywał się właściwie co wieczór – tak dla podsumowania kolejnego zwycięskiego w teatralnych bojach dnia. Zaprzyjaźniona pani scenograf Małgorzata Treutler powiedziałaby, że codziennie mieliśmy Sylwestra. I spokoju wtedy pan Hieronim już nie miał, bo ciszy nocnej nie przestrzegano.
Na teatralne poddasze lubili zawitać również znakomici artyści gościnni, nawet jeśli nie byli tu zakwaterowani - pani Hanka Bielicka jako jedna z pierwszych. Kiedy młodzi dyrektorzy odebrali ją wieczorem z „Lubuszanina” poprosiła, aby - przed udaniem się do hotelu Śródmiejskiego – udać się najpierw do Teatru, zobaczyć scenę. Kiedy wielka damę polskiego teatru i estrady usłyszała, że akurat gościmy na kameralnym przyjęciu na teatralnym poddaszu Marka Kondrata i Annę Majcher - po spektaklu „Kochanka” Pintera – postanowiła „wdrapać się” z nami na to 3. piętro, aby przywitać się z młodszymi kolegami.
Był szampan i koniak, ale pani Hania – wiedząc, jak ryzykowna dla zdrowia potrafi być pięciogodzinna podróż pociągiem oraz dla kurażu – poprosiła o literatkę czystej. Następnie, wpierając się wdzięcznie o oparcie kanapy, dała nam półrecital – specjalnie dla naszej czwórki (i zapewne także dla, zawsze w swoim pokoiku nastawionego na nasłuch, pana Hieronima). Cóż to był za występ, na tej zaimprowizowanej na teatralnym poddaszu scence!
Niektórzy goście woleli nawet teatralne poddasze od hotelu, chociaż w pokoju była tylko umywalka. Na tych kanapach „w telewizyjnym na poddaszu” wielokrotnie zasiadaliśmy z Tadeuszem Plucińskim - po spektaklach „Żony pana ministra”, w których aktor partnerował pani Hani. Jak wspomina zbratany wówczas z nową dyrekcją poeta Sławomir Gowin – odwieczny lokator pokoiku nr 5 brał też niekiedy udział w biesiadzie: Pewnego razu z Tadeuszem Plucińskim zebraliśmy rozrywkową grupę w Teatralnej i wyruszyliśmy na górę. Hercio odnosił się do Plucińskiego z podziwem, ale, choć byli niemal rówieśnikami, zaliczał go "teatralnej młodzieży". Słysząc, że sławny sąsiad z piętra urządza bibkę, Hercio wyszedł do zebranych z... gościńcem. Wcześniej dostał od kogoś jakąś wędlinę, a może ciasto, i przyszedł się podzielić. Bywało też, że Hercio dostawał od biesiadników "deputat" do pokoju i to koiło jego nastrój. Dyr. Tomaszewicz wspomina zaś duet Tomasza Szukalskiego (saksofon) i Artura Dutkiewicza (piano), którzy tylko tutaj chcieli mieszkać, a pan Hieronim dołączył do grona słuchaczy mistrza Szukalskiego, który pykając fajeczkę na jednej z kanap, dzielił się przemyśleniami o muzyce i teatrze. Do saloniku na poddaszu trafiła również Sława Kwaśniewska grająca gościnnie w naszych „Damach i huzarach”. Poznańska gwiazda, za czasów duetu Hebanowski + Okopiński, aktorka zielonogórskiego teatru, pomyliła dni przed zbliżającą się Środą Popielcową (w czasie postu alkoholu nie używała), sądziła, że to już wtorek i tylko do północy może spożywać, i bardzo się śpieszyła, ale kiedy okazało się, że to dopiero poniedziałek, posłała „młodego” do nocnego i… zasiedziała się na teatralnym poddaszu na długo po północy.
Przez pewien czas zamieszkiwał na górze aktor Ryszard Faron (Merkucjo w „Romeo i Julii”, Byk w „Roberto Zucco”), który miał w swoim życiu epizod służby na statku dalekomorskim i nocne wachty na pokładzie; nie mógł w nocy spać i przemierzał korytarz tam i z powrotem - wzdłuż drzwi do wszystkich siedmiu pokoi gościnnych na teatralnym poddaszu, a my próbowaliśmy zasnąć w swoich kajutach. Pokój pana Hieronima znajdował się na końcu korytarza i przy jego drzwiach następowała każdorazowa zmiana kierunku nocnej marszruty marynarza…
Dyr. Tomaszewicz (równie bezdomny w Zielonej Górze jak ja) w letnie noce wolał niekiedy spać pod gwiazdami na kanapie wystawionej na taras. Przypominało to leżakowanie na balkonie sanatorium z „Czarodziejskiej góry”, a my wszyscy w swoich pokoikach – kuracjuszy z powieści Tomasza Manna. Piętro pana Hieronimem stało się w końcu naszym wspólnym domem.
Z czasem pokój nr 7 (poszerzony o sąsiadujący z nim magazynek administracyjny pani Pochanke) został przysposobiony na małą kawalerkę z łazienką i aneksem kuchennym dla dyr. naczelnego, a dla dyr. menadżera przysposobiono kawalerkę nad warsztatem samochodowy na dziedzińcu Teatru. Ale teatralne poddasze wcale nie utraciło przez to swojego wzięcia.
Reżyserując w Lubuskim zapraszałem pana Hieronima – mojego najbliższego sąsiada - do mniejszych (ze względu na siły i stan pamięci emerytowanego artysty) zadań aktorskich. I dawało się słyszeć na teatralnym poddaszu, jak pan Hieronim wkuwa swoje kwestie na pamięć. „Mam takie środki; ale tu, w Mantui, / Gardłem się płaci za sprzedaż trucizny.” – odpowiadał jako Aptekarz, gdy Romeo (Wojciech Czarnota) prosi go o „fiolkę trucizny o szybkim działaniu”.
Albo kwestię służącego Firsa z „Wiśniowego sadu”, kiedy łaja swojego pana Gajewa (gościnnie - Krzysztof Gordon): „Znowu nie te spodenki pan włożył! Oj, mam ja się z panem!”. Wielokrotnie powtarzał – pełnym głosem, za cienkimi drzwiami swojego pokoiku – obie kwestie na przemian, że słuchając można się było pogubić, o którą właściwie pozycję repertuarową Teatru Lubuskiego chodzi.
Teatralne poddasze było nie tylko pijalnią piwa. Rodziły się tu także piękne pomysły repertuarowe. Tutaj m.in. reżyser Michał Ratyński przekładał z francuskiego „Powrót na pustynię” Bernarda-Marie Koltèsa. I na przepowiadane głośno w jednym końcu korytarza naszego hoteliku kwestie pana Hieronima – Aptekarza/ Firsa – nakładał się z drugiego końca stuk starej maszyny do pisania, a następnie reżyser-tłumacz wchodził w dwugłos ze starym rezydentem, bo odczytywał na głos kolejne zdania tworzonego przekładu i doskonalił ich brzmienie. To tam narodził się nam absolutnie szalony pomysł zmiany patrona Teatru na autora „Roberto Zucco”…
W chwili wypoczynku, albo wręcz odwrotnie, przed rozpoczęciem żmudnej pracy mnemotechnicznej, pan Hieronim brał laskę oraz siatkę na zakupy, i dostojnie schodził z wysokości na dół – jak czynili to pensjonariusze w „Czrodziejskiej górze” udając się na dół, na zakupy do centrum Davos, pan Hieronim – na zielonogórski deptak. Kiedy zaś pan Hieronim słabował, zakupów dokonywali zaprzyjaźnieni montażyści, wzywani z dołu przez telefon: Krzysio Bielewicz, zwany Bee Geesem, albo Andrzej Chaja, zwany Chajką, albo Chajeczką. To oni właśnie ochrzcili starego człowieka teatru „Herciem” – poufale, ale nie bez cienia sympatii. Kiedy potrzebował pomocy, czuwała nad nim pani Ania Tokarska, sekretarz literacki Teatru, poetka i wielkie samarytańskie serce. Oprócz dobrego serca pani Ani była w tym literacka solidarność, bo „Hercio” także pisywał wiersze (i obdarowywał nimi wybrańców; przechowuję „w biorku” taki jeden). Klatka schodowa imienia Hieronima Mikołajczaka łączyła górne Davos z dolnym – teatralne poddasze z portiernią. Pan Hieronim dorabiał sobie niekiedy - łapiąc nieformalne zastępstwo na portierni, np. za panią Stenię, która miewała kłopoty z nadciśnieniem. To właśnie podczas takiej portierskiej fuchy, zaraz na początku nowej dyrekcji, kiedy żądni zmian a niecierpliwi młodzi dyrektorzy zajęli się osobiście (w niedzielę!) zdejmowaniem ze ścian foyer płyt dekoracyjnych z piaskowca przed generalną modernizacją kasy biletowej, „Hercio” podkablował nas do głównej księgowej, pani Krystyny Polcyn, zaraz w poniedziałek rano, gdy przyszła do pracy i pobierała klucz do swojego biura: „A dyrektorzy rozbijają kasę!”. Brzmiało to wstrząsająco, ale główna księgowa zachowała zimną krew, bo zdążyła się zorientować, że nowa „dyrekcja na cztery ręce” lubi gwałtownie i bez uprzedzenia wprowadzać rewolucyjne zmiany.
W sumie to wartowanie pana Hieronima na portierni było czystą fikcją, bo przy jego kruchej konstrukcji, w wypadku jakiegoś wrogiego wtargnięcia, oporu stawić by nie potrafił. A zdarzyło się (na szczęście nie za „Herciowego” dyżuru!). Na skutek tego wydarzenia pani Helena Bondyra, niedościgniony kierownik techniczny Teatru, na prośbę dyrekcji natychmiast uruchomiła proces produkcji „bezkosztowej” furtko-bramki. Teatralny ślusarz p. Stanisław Góraj wykonał ją ze złomowanej (zapewne poniemieckiej), ozdobnej balkonowej balustradki, dorobił dyskretną klameczkę oraz kółeczka przytwierdzone u spodu (tak, aby mogła być przesuwna); a teatralny malarz – słynny Kuma-Czacza”, czyli Roman Krawczyk, machnął ją na złoto; stała się teatralnym cackiem, wizytówką Teatru witającą gości (tych proszonych). Ta lekko przesuwana koronkowa zapora służy do dziś, jej złoto nabrało szlachetnej patyny, dodając królewskiego wyglądu.
Rezydent Teatru Lubuskiego zmarł wiosną 1995 roku na teatralnym poddaszu i nawet po śmierci pozostał trwale związany z teatrem – a to za sprawą nagrobnej inskrypcji. Stanowi ją ostatnia kwestia starego służącego z „Wiśniowego sadu”, którą tak pracowicie pan Hieronim wkuwał na pamięć: „Wyjechali, a o mnie zapomnieli!”.
Nie zapomnieli! Wszystkie te szczegóły, okruchy pamięci z tamtych pięciu lat „belle epoque Teatru Lubuskiego”, ich wyrazistość i nieodpartość, mówią mi, że w Zielonej Górze zostawiłem serce.