Zależy mi na tym, by być człowiekiem uczciwej pracy. To znaczy, buduję moją wartość przez pracę, role, wybory artystyczne i te bardziej zarobkowe, bo – nie oszukujmy się –są rzeczy, które robię wyłącznie dla pieniędzy. Jednak staram się pracować nad marką, a nie nad takim internetowym awatarem, który pokazuje, jak mieszka, czym jeździ i gdzie jeździ na wakacje. Mówi Andrzej Konopka w rozmowie z Janem Traczem w „Przeglądzie”.
Jan Tracz: Zanim włączyłem dyktafon, powiedziałeś, że lubisz „Hot Spot”, twój najnowszy film nakręcony przez Agnieszkę Smoczyńską, nie tylko ze względów prywatnych. Dlaczego?
Andrzej Konopka: Fascynują mnie baśnie. A w tej konkretnej podoba mi się psychodeliczność i halucynogenność, które udało nam się wspólnymi sitami uzyskać. Dziś żyjemy w świecie baniek. Przy dostępie do internetu nie przerabiamy tego całego przepływu informacji – i dlatego uciekamy do naszych mikrokosmosów. O jednym z nich jest właśnie „Hot Spot”. Mój bohater sobie w takiej bańce – kontrolowanej przez Al – pomieszkuje. I nagle okazuje się, że albo będzie musiał o coś zawalczyć, albo na zawsze pozostanie we własnej strefie komfortu, która tak naprawdę jest jedną wielką ułudą. A tobie podobała się ta opowieść?
Jeszcze we mnie kiełkuje – spotykamy się godzinę po premierze filmu na Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym.
Kiedyś w teatrze był taki zwyczaj, że na daną sztukę chodziło się dwa razy. Wiem, że to inne medium, a każdy spektakl będzie się różnił. Ale chyba coś w tym jest, prawda? Że dziś aż za bardzo pędzimy do przodu i trochę brakuje nam chwili na refleksję. Czasem trzeba dać filmowi odleżeć, na spokojnie go sobie ułożyć. A jeśli zdamy sobie sprawę, że nie wszystkie klocki się poukładały, wtedy raz jeszcze musimy wybrać się do kina. Tylko kto może sobie na to pozwolić przy tym natłoku premier? Jeśli obudzę się na drugi dzień i mam wciąż obrazy, migawki z danego filmu pod powiekami, to znaczy, że film zadziałał.
W takim razie jaka jest twoja ulubiona migawka z „Hot Spot”?
Jest taka scena, w której mój bohater konfrontuje się z atakiem paniki. Ten obrazek został ze mną do dziś, wrócił nawet do mnie w trakcie naszej rozmowy.
W filmie często pojawia się na twarzy twojego bohatera tajemniczy uśmiech. Jakby było w tym doświadczeniu coś masochistycznego. Jak na to wpadłeś?
Trudno mi powiedzieć, bo nie jestem aktorem, który buduje postacie od fizycznego detalu typu ta mina właśnie. Ona konsekwentnie staje się pochodną tego, co akurat dzieje się w mózgu. Najpierw muszę sobie zrozumieć te wszystkie motywacje bohatera, dopiero potem mogę na tym rzeźbić. W takich sytuacjach aktor musi zawsze wiedzieć, jak będzie wyglądało filmowanie tego typu sceny (czy też całego filmu), by móc odpowiednio dobierać środki. Komunikacja w takich sytuacjach to podstawa. Wtedy łatwiej osiągnąć zamierzony efekt i nie musimy robić kolejnych dubli. Co do samego uśmiechu, to on bierze się pewnie z dobrego samopoczucia mojego bohatera.
Ono jest udawane? Czy faktycznie dobrze mu w przedstawionej przez was utopii?
Postać, w którą się wcielam, jest beneficjentem tego systemu, więc wydaje mi się, że nie ma tu podstaw, by było inaczej. Jako funkcjonariusz o dosyć wysokiej randze ma całkiem komfortowe życie. A przynajmniej lepsze niż większość otaczających go ludzi, co zresztą w filmie widz będzie miał szansę zobaczyć. Nie zapominajmy, że on żyje w bańce, w jakimś matriksie, w który pragnie wierzyć. Nie zauważa, że źle się dzieje w jego własnym prywatnym państwie. W pewnym momencie, kiedy pojawia się realne zagrożenie, zaczyna uciekać od prawdy. Udaje przed samym sobą, że ma wszystko pod kontrolą, choć jest tylko gorzej. Dziś ludzie funkcjonują w podobny sposób. Wydaje im się, że wystarczy posłuchać coachów internetowych i myśleć pozytywnie, a nagle wszystko się ułoży i staną się szczęśliwi. W taki sposób nie da się uformować swojego życia.
A ty jak żyjesz w czasach, w których najczęściej musimy sobie wmawiać, że jesteśmy szczęśliwi?
Mam swoje strategie wobec zaistniałej sytuacji (śmiech). Przede wszystkim jestem facetem żyjącym gdzieś na pograniczu dwóch światów. Całe moje pokolenie zdaje się być w podobnej sytuacji, bo dorastaliśmy i żyliśmy gdzieś na pograniczu komunizmu, a następnie raczkującego neoliberalizmu. Do tego dopadł nas rozwój technologiczny: jedni próbują się w tym połapać, drudzy już nawet nie udają, że jeszcze rozumieją. Będę szczery – należę do tej drugiej grupy i nawet się z tym nie kryję. I robię to trochę świadomie, stosuję taktykę uniku, nie zajmuję sobie tym głowy.
Ale konto na Instagramie masz.
Zgadza się, ale zaglądam tam rzadko. W dodatku prowadzi je moja córka. Mam, bo w dzisiejszych czasach podobno wypada. Nie potrafię wyobrazić sobie życia, w którym codziennie dbam o przyrost followerów, wrzucam nowe treści i tylko odświeżam konto, by zerkać, czy liczby idą w górę. Mam dość stresu na co dzień, aby dorzucać sobie kolejne aktywności tego typu. Odpowiadając jeszcze na twoje pytanie – staram się nie udawać. Staram się być jak najbliżej siebie.
Tylko że ty możesz sobie na to pozwolić, przez lata wyrobiłeś sobie konkretną markę. Młody aktor będzie szukał punktu zaczepienia w każdym możliwym miejscu. W tym zawodzie bardzo trudno się przebić.
W moim przypadku to są lata pracy, zaczynałem jeszcze przed trzydziestką. Czasy też były inne: zachowania na planie i kontaktu z mediami uczyłeś się klasyczną metodą prób i błędów. Szedłeś na żywioł i liczyłeś na trochę szczęścia w życiu. I to jest trochę ten paradoks: możesz się obronić bez social mediów w czasach, gdy to one wiodą prym, ale trzeba wstrzelić się w dobry moment i poniekąd bardzo długo robić swoje.
Czyli nie interesujesz się tym, jak w sieci postrzegają cię inni?
Na to wygląda.
W takim razie jak dziś sam spoglądasz na siebie?
Zależy mi na tym, by być człowiekiem uczciwej pracy. To znaczy, buduję moją wartość przez pracę, role, wybory artystyczne i te bardziej zarobkowe, bo – nie oszukujmy się –są rzeczy, które robię wyłącznie dla pieniędzy. Jednak staram się pracować nad marką, a nie nad takim internetowym awatarem, który pokazuje, jak mieszka, czym jeździ i gdzie jeździ na wakacje. Zależy mi na tym, aby oddzielić sferę prywatną od zawodowej. Dodam jeszcze, że nie wartościuję swoich ról ze względu na objętość. Tak samo cenię sobie wartościowy epizod jak i pierwszoplanowego bohatera.
Czyli Andrzej Konopka, z którym dziś rozmawiam, nie odsłania się w stu procentach.
Nie ma co ukrywać, że spotykamy się jednak w sytuacji festiwalowej, czyli takiej studżbowo-zawodowej. Nie jesteśmy przyjaciółmi, ale staram się pogadać w pełni szczerze. W takich momentach oczekuję tego samego od drugiej osoby.
Podobno zazwyczaj wolisz rozmawiać o czymś, promując np. projekt, niż umawiać się na wywiad bez żadnego pretekstu.
Zgadza się. Rozmawiajmy o nowym projekcie, z którym się identyfikuję, o postaci, w którą właśnie się wcieliłem. Dla mnie to będzie o wiele bardziej interesujące.
Czyli raczej nie zdecydowałbyś się na wywiad rzekę?
Nie wiem, bo to bardzo zdradliwa konwencja. Wszyscy zakładamy, że od pierwszej do ostatniej strony pozostajesz w pełni szczery, że nie boisz się zdradzać swoich największych tajemnic. Czasami ludzie nie są szczerzy sami ze sobą, a co dopiero mówić o uczestnictwie w czymś tak intymnym. Dla mnie wywiad rzeka ma w sobie coś z ekshibicjonizmu. Obnażasz się, ale na swoich warunkach.
To znaczy?
Ostatecznie i tak czytelnik miałby do czynienia ze swoistą manipulacją. Przecież redagowałbym tekst, część rzeczy poskreślałbym, a do tego coś poddawałbym. A ja nie przepadam za tego typu pomnikowymi działaniami. Jeśli jesteś aktorem, to twoja praca sama powinna się obronić. Nie raz i nie dwa pojawiały się tego rodzaju propozycje, ale zawsze odmawiałem.
Z taką narracją mamy teraz do czynienia w branży dziennikarskiej. O aktorach i twórcach należy mówić pozytywnie albo wcale. Inaczej nici z rozmowy. Panuje pełna kontrola nad tym, co się mówi, a głos dziennikarzy schodzi na drugi, może nawet trzeci plan.
To znowu zależy od pokolenia: to młodsze, do którego należysz Ty i moje młode córki, jest wobec siebie o wiele bardziej wyrozumiałe, akceptując swoje niedoskonałości. Stąd też to twoje pytanie, ono z tego właśnie się bierze, z ciekawości i akceptacji zarazem. Kiedy obserwuję moje dzieci, widzę, że one czują w sobie sprawczość. Mają poczucie, że są silne, pomimo wszelkich wad i trudnych cech, nad którymi pracują. Natomiast moje pokolenie stosuje tzw. poprawność polityczną jakoś tak kwadratowo, w zależności od tego, jak im akurat pasuje i co będzie na rękę. Do tego ta cała kontrola w branży bierze się z nowego rodzaju krytyki, który pojawił się wraz z narodzinami internetu. Teraz każdy może się wypowiedzieć. Wystarczy, że pokażesz swój pierwszy film w kinie, i chwilę później już znajdziesz komentarze na ten temat. A te zazwyczaj są negatywne. Tam sprzedają się krótkie komunikaty, najczęściej zjadliwe, dosłownie w kilku słowach. Dziś na spotkaniu po filmie jeden z widzów rzucił nam, że zamiast wybrać się na seans, mógł „pójść nad Wisłę”.
I ta osoba jest z siebie zadowolona, czuje się lepsza, bo akurat wpadła na tak „błyskotliwy” komentarz. W sieci taka uwaga zdobyłaby pewnie sporo reakcji.
A dlaczego tak naprawdę mu się nie podobało? Łatwo coś powiedzieć, posłać w eter, ale później trudno to jeszcze uargumentować. Może dlatego ludzie z branży nie chcą uczestniczyć w tym cyrku? Sam przecież lubię udzielać wywiadów, jeśli te zamieniają się w rozmowę i są o czymś. Ale też nie zależy mi na tym, by po raz setny powtarzać te same historie o moich początkach i o tym, jak wówczas było mi trudno.
Wróćmy jeszcze do filmu. Jaką reżyserką jest twoja żona?
Na pewno ma w sobie coś wspierającego, ogólnie jest wrażliwa na aktora. Jeśli widzi, że masz jakąś koncepcję na swoją postać i coś już sobie wymyśliłeś, wtedy cię puszcza.
Nie ogranicza cię?
Wręcz przeciwnie, pozwala proponować, stać się integralną częścią projektu. To nie może być tak, że reżyser ci wszystko z góry narzuca. Inaczej taki twórca prędko straci w tobie współkreatora danej sytuacji. Agnieszka dawała nam wiele przestrzeni, dzięki czemu nadawaliśmy na tych samych falach.
A jak będzie z zaufaniem?
Ono istnieje, ba, musi istnieć od samego początku. Jeśli mówisz komuś „tak”, to znaczy, że decydujesz się tej osobie zaufać, czujesz jej wrażliwość i rozumiesz, z kim tak naprawdę masz do czynienia. Jeśli na starcie łapie cię myśl, że coś tu nie gra, to praca na planie będzie męką. Dlaczego? Bo jesteś w ciągłej niepewności. A przecież to, co robisz, ma jakąś wartość. W takich przypadkach zawsze potrzebne będzie to trzecie oko. I to jest chyba całe nieszczęście tego zawodu, które polega na tym, że potrzebujesz tego człowieka, by cię oglądał, oceniał, modyfikował. Ty coś robisz, wydaje ci się, że wyszło w porządku, a nagle słyszysz, że jednak niekoniecznie. Praca z reżyserami, takimi jak np. Agnieszka, daje spokój ducha. A ten wpływa na swobodę bycia przed kamerą, nad którą pracuje się latami. To trochę jak z jazdą samochodem: przychodzi taki moment, kiedy wreszcie zaczynasz się czuć w nim bezpiecznie. Jeżeli czujesz, że reżyserka ci ufa, możesz dzięki temu pokazać najlepsze strony twojego aktorskiego rzemiosła.
Nazywanie aktora rzemieślnikiem to komplement?
Jak najbardziej. Dla mnie to jest komplement, bo jeśli istnieje obiektywne coś, co się nazywa „sztuką”, to pojawia się, moim zdaniem, bardzo rzadko – czy to w teatrze, czy w filmie, czy jeszcze gdzieś indziej. Żeby osiągnąć coś metafizycznego w każdym z tych mediów, podstawą musi być absolutne rzemiosło. Tylko tyle i aż tyle.
W filmie Konopka rzemieślnik gra po angielsku. Czy wtedy czułeś się trochę inną wersją siebie?
To jest chyba coś takiego, że jak już zaczynasz mówić w innym języku, z automatu przestajesz być sobą. Nie ukrywam, że na samym planie nie było mi łatwo komunikować się z Noomi Rapace i Reiką Kirishimą. Ale jakoś to szło. Nie używaliśmy zbyt skomplikowanych fraz, by przedyskutować nasze wspólne sceny, ale kiedy z Reiką patrzyliśmy sobie w oczy, to rozumieliśmy się bez słów. Jest w aktorstwie jakaś magia, która cię pochłania i sprawia, że zostajesz wprowadzony w pewien stan nie do opisania. W danej chwili oboje czujecie, że wspólnymi siłami potraficie wejść na jeszcze wyższy poziom.
I co się wówczas dzieje?
Wtedy język nie ma nic do rzeczy. Liczy się tu i teraz. Efektem tych wspólnych spojrzeń są nasze sceny w „Hot Spot”.