24 stycznia na Dużej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego zaprezentowane zostanie „Lubiewo” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego. O pierwszej we Wrocławiu scenicznej realizacji twórczości Michała Witkowskiego rozmawiamy z Hubertem Sulimą, autorem adaptacji i dramaturgiem spektaklu.
Michał Hernes: Czym jest dla ciebie powieść „Lubiewo” Michała Witkowskiego?
Hubert Sulima: To na pewno ikona. Do dzisiaj najważniejsza książka literatury gejowskiej w Polsce, ukazała się w 30 krajach, a jej nowe polskie wydanie dostajemy co kilka lat. Bez wątpienia jest lekturą obowiązkową każdego ucznia w polskiej szkole homoseksualizmu. Sam pamiętam czytanie jej pod kołdrą w czasach liceum, stres i wstyd, kiedy kupowałem ją w księgarni, a potem wciąż mieszające się uczucia fascynacji, wyzwolenia i obrzydzenia. A przy tym „Lubiewo” to jedna z najgłośniejszych książek wrocławskich, bo jej akcja dzieje się głównie tutaj. Więc dla mnie, jako wrocławianina i geja, to też jest ważny element historii oraz tożsamości i długo marzyłem o tym, żeby tę powieść u nas zrealizować. Dzięki zaproszeniu od dyrektora Marka Fiedora wreszcie się udało. To, że ten tekst nie miał jeszcze swojej wrocławskiej premiery, uważam za jakieś skandaliczne niedopatrzenie. A może to mówi również coś więcej o nas.
Wokół czego zbudowana jest wasza adaptacja powieści „Lubiewo”?
Witkowski mówi, że jego książka to ciotowski „Dekameron” i tak faktycznie jest. To zbiór anegdot, opowiadań, zasłyszanych historii, plotek, a nie powieść o spójnej linii narracyjnej. Wszystkie one portretują półświatek wrocławskich ciot z czasów komuny, specyficzny gatunek pedała właściwie już dzisiaj nieistniejący. To fikcja, ale dobrze udokumentowana. Niedawno spotkałem aktorkę, która znała jedną z postaci z „Lubiewa”, byli nawet przez jakiś czas w związku. Opowiadała, jak było w barze Orbis naprzeciwko Opery, o toaletach, w których on i jego koledzy urządzali sobie schadzki. Bo wiedziała, że on tam chodzi, mówił jej o tym wprost, ale była tak zakochana, że akceptowała rolę „przykrywki”. Witkowski wyciąga na powierzchnię coś, co było długo ukryte w niemieckich szaletach miejskich, na nocnych pikietach w parkach, na dworcach i parkingach, i opisuje to wprost, odważnie, bez cenzury. A przy tym jest to książka niezwykle nostalgiczna, melancholijna i romantyczna, jak każda wielka literatura – rzecz o miłości i śmierci. My podążamy za tym gestem i – jak na nas – jesteśmy bardzo grzeczni i wierni, nie wywracamy tekstu na opak. W książce jest tyle mięsa, tyle podniecającego materiału, fascynujących scen i wspaniale sportretowanych typów – czy lepiej – typiar spod ciemnej gwiazdy, że można by zrobić kilka spektakli na jej podstawie. To byłby też świetny pomysł na serial, ale jak widać wciąż zbyt kontrowersyjny dla producentów Netfliksa na naszym łez padole.
Czy w waszym spektaklu wchodzicie w dialog z powieścią Witkowskiego?
Na pewno podchodzimy do niej z miłością, ale na własnych warunkach, z własnym spojrzeniem – nie da się inaczej, musimy mówić po swojemu. Więc konfrontujemy te historie z tu i teraz, zbliżamy je do tego, jak dziś wygląda świat. Cieszymy się, że Michał Wikowski nam zaufał i pobłogosławił. „Lubiewo” nie jest książką emancypacyjną, ale czytając ją, myślałem o tym, jak niewiele w naszym położeniu się tak naprawdę zmieniło, szczególnie w sensie prawnym. Do dzisiaj każde z nas już od urodzenia jest uczone, że mamy siedzieć cicho, nie wolno nam być sobą, uczy się nas kłamać i tłumić. Mamy ukrywać każdy przejaw naszych uczuć względem drugiego człowieka. Mamy się bać zwyczajnych rzeczy, jak trzymanie się publicznie za rękę. Siłą uczymy się chodzić inaczej, mówić inaczej, inaczej gestykulować. Od urodzenia uczy się nas pogardy do siebie samych, przygotowuje do samotności i życia w lęku, zadowalania wszystkich innych, byle nie narazić się na nieuchronną – jak nam się mówi – karę. Bo wciąż wisi nad nami miecz jakiejś niewidzialnej, okrutnej władzy, która na nas czyha i czeka aż ten lęk nas pochłonie i zepchnie na dno, sprawi że uwierzymy w to, co mówi o nas homofobiczny świat.
„Lubiewo” opisuje to dno. Można oceniać bohaterów tej książki, ale trzeba też zrozumieć, skąd wynikały ich, często tragiczne, ryzykowne wybory. Oni operowali właśnie na dnie dna, nie widząc wyjścia, w ślepej uliczce, gdzie przyjemność i seksualność stały się jedynymi przestrzeniami ucieczki, odreagowania i wolności. Zresztą wystarczy wejść dziś na Grindra, poczytać ogłoszenia, żeby zobaczyć, że wcale daleko od tej jabłoni pikiety i szaletu to nasze queerowe dzisiejsze jabłko nie padło. Witkowski, opisując to wszystko tak odważnie i wprost, pokazuje też, że naszym jedynym wyjściem z homofobicznej matni jest stawianie czoła lękom, mówienie swoim głosem o tym, co myślimy i czujemy. I nie przepraszanie za to, kim i jacy jesteśmy. Amen.
Z jakich konwencji korzystacie w trakcie prac nad tym spektaklem?
Kamp i kicz, którymi posługuje się Witkowski, to woda na nasz młyn. Kochamy z Jędrzejem przerysowanie, sztuczność, czarny humor, więc sięgając po „Lubiewo” idziemy jeszcze dalej niż wyjściowy tekst – będziemy to uniwersum barokizować, upiększać. Ważnym kontekstem jest dla nas, obecny także w powieści Witkowskiego, język opery: kampowy, sensualny, przerysowany. Opera to naturalne środowisko homoseksualistów – miejsce eskapizmu, ucieczki od podłości życia i opresyjnego świata. Obowiązuje tam kulty diwy, adoracja takich person jak Maria Callas (dla najmłodszych: operowy odpowiednik Lady Gagi), ich biografie często łączą w sobie talent, publiczne cierpienie, siłę i tragizm. Opera – ze swoją przesadzoną teatralnością, sztucznością, intensywnymi emocjami i dramatyzmem – idealnie wpisuje się w kampowość „Lubiewa”.
W bardzo ciekawej książce „The Queen’s Throat: Opera, Homosexuality, and the Mystery of Desire” amerykański poeta i krytyk Wayne Koestenbaum analizuje obsesję gejów na punkcie opery i stawia bezpośrednie pytania o związek głosu z seksualnością. Bada gardło jako „miejsce ukrycia seksualnych sekretów”. Akt śpiewu operowego – czyli intensywna, fizyczna produkcja dźwięku z wnętrza ciała przez usta i gardło – staje się dla niego potężną, naładowaną erotycznie metaforą oralności i pożądania, które w kulturze homofobicznej musiały być ukrywane lub wyrażane w sposób zakodowany – na przykład poprzez utożsamienie się z diwą.
To, co opisuje Koestenbaum, można też przyłożyć do sytuacji ciot z powieści Witkowskiego, mówiących do siebie w formie żeńskiej, przybierających kobiece imiona (Anna Jantar, Zdzisława Sośnicka, Alexis) i spędzających życie w parku Szczytnickim albo na Wzgórzu Polskim w nadziei na spotkanie luja…