„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” Pawła Demirskiego w reż. Pameli Leończyk z Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu na VIII Festiwalu Dramatu Strefy Kontaktu we Wrocławiu. Pisze Ewa Mecner na blogu Artystyczne spojrzenie.
Spektakl "Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty" Pawła Demirskiego po 18 latach od prapremiery wyreżyserowanej przez Monikę Strzępkę, 24 października zagrał zespół Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu w ramach ósmej edycji Festiwalu Dramatu Strefy Kontaktu we Wrocławiu.
Sztukę wystawiono na Scenie Ciśnień Teatru Muzycznego Capitol. Reżyserowała to przedstawienie Pamela Leończyk i zrobiła to zupełnie inaczej niż Strzępka, przesuwając akcenty, zmieniając realia i nieco także fabułę, dając nowej publiczności komedię, gorzką co prawda, ale nie jak czarna, zbyt mocna kawa, lecz jak całkiem smaczna gorzka czekolada z wysoką zawartością kakao.
Spektakl opowiada historię luźno zainspirowaną "Wujaszkiem Wanią" Czechowa, ale przeniesioną w nowe czasy. Sztuka Pawła Demirskiego dedykowana była ludziom, którzy przez całe życie ciężko pracowali, a gdy zmienił się ustrój i nastał hurraoptymistyczny kapitalizm, przestali być potrzebni.
Ta sztuka miała też podtekst lokalny - w Wałbrzychu pozwalniano ludzi z likwidowanych kopalni i starzy pracownicy zostali z niczym. Nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości, nie umieli się przekwalifikować, czuli się gorsi, przegrani i nie umieli znaleźć sobie nowej pracy, z rozpaczy przepijając odprawę.
Taki jest bohater "Diamentów..." Jan Wojnicki (Rafał Kosowski), ale też Astrov (Mateusz Flis), niedowartościowany prowincjonalny lekarz, beznadziejnie zakochany w Soni, którą już do reszty pochłonął wielki świat (Warszawa).
Centralną postacią jest Wojnicki - szalony Wujaszek, pałający żądzą zemsty na Profesorze Sriebriakowie, który nie tylko go wykorzystał, ale też zdołał wyrwać się z biednego prowincjonalnego Wałbrzycha i w Warszawie poślubić młodszą i bardziej urodziwą kobietę, Helenę. To tego właśnie zazdrości mu Wujaszek, zakochany w żonie Profesora. Wojnicki wie, że nigdy nie wyjedzie z Wałbrzycha i że skazany jest właśnie na takie życie, jakie obecnie prowadzi.
Akcja spektaklu toczy się w ponurym zapuszczonym domu, w mieszkaniu, które pamięta lepsze czasy. Na stole nakrytym do suto zakrapianego posiłku, ustawiono samowar jako symbol minionego dobrobytu, kieliszki i butelki wódki. Poustawiane dookoła krzesła są krzywe i pokraczne. W tle stary telewizor i niemal ciągle otwarty kibelek, w którym co jakiś czas ktoś z domowników się zamyka.
Obraz narastającej nędzy i zbliżającego się ostatecznego upadku jest, jak się wydaje, już bardzo bliski. Wujaszek biega po scenie i za kulisami, z nabitą ślepakami bronią. Niania (Urszula Gryczewska) częstuje ziemniakami Tielegina, zniewieściałego wielbiciela filharmonii (doskonały Wojciech Marek Kozak), a bratanica Sonia (Irena Sierakowska), która przyjechała z Warszawy, podobnie jak pozostali, rzekomo czeka na Profesora, choć to czekanie na Godota.
Wujaszek wspomina dawne życie, ale w gruncie rzeczy nie ma już nadziei na jego powrót. Wszyscy żyją w jakimś gombrowiczowskim upupieniu. Wujaszek waha się między życiem zabójcy-anarchisty, a popadnięciem w obłęd (chodzi na terapię), ale w gruncie rzeczy wie, że wszystko się nieodwracalnie skończyło.
Spektakl podany jest z niezwykłą fantazją (apogeum to wjazd na scenę upozowanej jak Lady Godiva Soni w przezroczystym trykocie na sztucznym koniu) i w klimacie mocno groteskowym (Wujaszek jako bokser). Czasy dla wszystkich się zmieniły. Ci którym się nie udało, tkwią w jakimś dziwnym stanie, ni to zawieszenia, ni to nadziei. W każdej chwili i za wszelką cenę, chcą prezentować się od swojej najlepszej strony (Astrov i jego dowcipy). Każdy chce pokazać, że coś jeszcze znaczy, że coś robi - nawet zadziwiająco niestara Niania, która podkreśla z dumą, że sama obrała ziemniaki.
W centrum tych wszystkich działań są pieniądze i dom, który jest spadkiem.
"Diamenty..." ogląda się z przyjemnością, niczym kabaret z podwójnym dnem, w którym wszyscy udają, że są lepsi niż są naprawdę, choć jest w nich jakaś pustka, jakby wraz z pogodzeniem się z klęską dawnego życia zabrakło im zapału do podjęcia nowych wyzwań i chęci do nowego życia. Walec historii, który zmiażdżył ich marzenia pozostawił im jedynie osad goryczy. Aktorzy Teatru Dramatycznego z Wałbrzycha zagrali naprawdę świetnie, i choć spektakl rozpoczął się z opóźnieniem to warto było czekać.