Logo
Recenzje

„Mąż i żona” w konwencji romantycznej

28.10.2026, 11:55 Wersja do druku

„Mąż i żona” Aleksandra Fredry w reż. Michała Zadary w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Ewa Mecner na blogu Artystyczne spojrzenie.

fot. Mikołaj Pływacz

Komedia „Mąż i żona” napisana przez Aleksandra hrabiego Fredrę w 1821 roku pokazana na Scenie na Świebodzkim przez Teatr Polski, nie przypomina klasycznych inscenizacji fredrowskich z przeszłości. Co prawda piękne wersy napisane w XIX wieku przez Fredrę zostały zachowane niemal idealnie, jednak ani bohaterowie, ani ich otoczenie z dziewiętnastowiecznymi realiami nie mają wiele wspólnego.

Fredrowska czwórka uwikłana jest w miłosne intrygi i pożądania, które tak naprawdę są bardzo współczesną psychologiczną rozgrywką interesownych pań i panów, z których każdy kocha kogoś innego i czegoś innego po ukochanym oczekuje.

Wacław, majętny, nobliwy sześćdziesięciolatek (Dariusz Bereska) ożeniony z równie zamożną co kochliwą Elwirą (Martyna Witowska),  mimo iż od roku trwa w małżeńskich więzach, wciąż szuka nowych erotycznych podbojów w myśl powiedzenia "w starym piecu diabeł pali". Smali cholewki do młodziutkiej służącej Justysi (Marta Kulas), ale o żonę też jest zazdrosny. Taki bogaty pies ogrodnika, który nie domyśla się, że jego najbliższy przyjaciel hrabia Alfred (Ernest Nita) przyprawia mu podwójne rogi - uwodzi mu nie tylko żonę, ale i Justysię. 

Przez cały spektakl łącznie z przerwą słyszymy stanowiącą leitmotiv muzykę klubową w wykonaniu duetu Skalpel sączącą się z głośników, a w trakcie zaiste groteskowych scenek, w których każdy chce każdego oszukać, aktorzy i aktorki zmieniają muzykę z winylowych płyt gramofonowych.

Akcja toczy się nieco sennie i powoli. Nie ma tu żadnych ekscesów, a choć w pierwszych scenach widzimy stworzone ze stołu łóżko ze zmiętym prześcieradłem, to nic zdrożnego się tu nie dzieje, a potencjalne bezeceństwa giną ukryte w ciemności, podczas gdy bohaterowie i bohaterki, jak można się domyślać, rozgrywają  sfingowane sceny łóżkowe. Oczywiście czynią to nie porzucając fredrowskich fraz, które najlepiej słyszalne i najlepiej wykonywane są przez Dariusza Bereskiego, który jako jedyny wygląda tu jak stworzony do grania klasyki. 

Scenografia jest symboliczna i ma nam przypominać, że to spektakl  fredrowski, acz współczesny. Elwira pracuje na laptopie, ale listy pisze tradycyjnie na papierze. Alfred nawet nie udaje dżentelmena - bezwstydnie uwodzi Elwirę i Justysię siłą swego pożądania. Jednak chemii między bohaterami brakuje.

„Mąż i żona” to właściwie farsa w wykonaniu ludzi wyrachowanych i interesownych, w której każdy dba jedynie o zaspokojenie własnych potrzeb. Doskonale odnalazł się w tej konwencji kamerdyner, który przez cały spektakl milczy usługując swojemu zamożnemu państwu. Ta rola w wykonaniu Marka Feliksiaka doskonale odzwierciedla ducha Fredry, który w tym nowoczesnym psychologicznym skomplikowanym układzie, chyba jedyny poza Wacławem, jest tu na swoim miejscu.

Spektakl w reżyserii Michała Zadary jest przedstawieniem bardziej w typie filmowej komedii romantycznej, zwłaszcza że ma typowo hollywoodzkie zakończenie. Próżno tu szukać jakichś głębokich, intelektualnych treści, za to jako rozrywka na sobotni czy niedzielny wieczór sprawdza się całkiem nieźle. 

Spektakl obejrzałam 25 października.

Tytuł oryginalny

"Mąż i żona" w konwencji romantycznej

Źródło:

artspojrzenie.blogspot.com
Link do źródła

Autor:

Ewa Mecner

Data publikacji oryginału:

27.10.2026

Sprawdź także