EN
19.08.2020, 09:03 Wersja do druku

Wspomnienie o Ewie Demarczyk

mat. Filmu Polskiego

Koncert Ewy Demarczyk w Poznaniu w 1994 roku organizowała Agencja Taff Art. Agencja zrobiła go z biglem. Ewa Demarczyk olśniła publiczność w Teatrze Wielkim. Zaśpiewała swoje najpiękniejsze piosenki, co brzmi jak truizm, bo innych nie miała w repertuarze. Było magicznie, było wręcz mistycznie: muzycy w tle i ona na froncie - pisze Stefan Drajewski.

 Fascynujący głos, fascynująca interpretacja i niezmiennie magnetyzujące aktorstwo pozbawione ozdobników... Żal było wychodzić z teatru.

Nie przypuszczałem, że ten wieczór będzie miał ciąg dalszy, bo nie liczyłem, że Ewa Demarczyk przyjdzie do Malarni Teatru Polskiego na bankiet. Tymczasem, kiedy goście bawili się w najlepsze, w drzwiach stanęła Ona. Zrobiło się cicho, dostała kwiaty i widać było, że czuje się zakłopotana. Z Beatą Machowską poprosiliśmy, aby usiadła. Odmówiła wina i poprosiła o wodę. I to był początek naszej długiej nocnej Polaków rozmowy. Z wyłączonymi magnetofonami, schowanymi do kieszeni kartkami i długopisami... Towarzyszyli nam w tej rozmowie: Alicja – moja żona i Marek Zaradniak, który zmarł dzień po śmierci Ewy Demarczyk.

Niedostępna Ewa Demarczyk nie chciała rozmawiać o sztuce, śpiewaniu, karierze. Opowiadała nam o kwiatach, które hoduje na balkonie w doniczkach, o remoncie mieszkania, o Pawle (Rynkiewiczu), o kłopotach z właścicielem, który upomniał się o siedzibę Jej teatru...

Nie wiem, gdzie podziała się magia niedostępności Demarczyk, bo z nami siedziała pani, która mogłaby być naszą ciocią, opowiadała z rozbrajająca szczerością o codziennym życiu.

Prosiła nas tylko o jedno, o to, by ta rozmowa została między nami. To była wyjątkowa noc.
Po śmierci artystki odszukałem zapiski, które sporządziliśmy z żoną po tej nocnej rozmowie. Myślę, że Ewa Demarczyk nie będzie miała mi za złe, że niektóre fragmenty ujawnię.

„Mam tę zdolność, że mieszkając w Hiltonie, żyję jak królowa. A wracam tu i jestem zwyczajną babą” – mówiła. „Uwielbiam targi i bazary. Chodzę tam nie tyle po zakupy, ile pooddychać ich atmosferą. A teraz, kiedy pojawili się na nich Rosjanie, nabrały kolorytu. Cudownie jest się potargować”.

Ta niedostępna artystka – wydawać się mogło – skupiona na sobie i swojej sztuce – trzeźwo oceniała otaczająca Ją rzeczywistość pierwszej połowy lat 90. ubiegłego stulecia: „Najgorzej, gdy jeden kolor zastępuje się innym. Czarny jest tak samo straszny jak kiedyś był czerwony”. I opowiedziała nam o tym, jak właściciel – Kościół katolicki – zmusił Ją do opuszczenia kamienicy, w której miał swoja siedzibę Jej teatr.

„Wyrzuciły mnie klechy bez powiadomienia, bez należytego prawem wypowiedzenia. Dostałam nowy lokal na Kaźmierzu. (…) Ale jest to ruina i nie ma pieniędzy na remont. (…) To, co się dzieje z prawami własności, graniczy z paranoją. Właściciele kamienicy, w której mieszkam od urodzenia, dybią na moje 90- metrowe mieszkanie. Mieszkanie jest w dobrym stanie, ale dzięki mnie. Myślę, że będą mnie mogli wykurzyć tylko czynszem”.

Interesowało Ją, jak wyglądają stosunki w Poznaniu  kościół – miasto.
„Kwiaty. Zastanawiam się, czy one są w moim domu, czy ja w ich. Uwielbiam. Są balsamem na mnie starą wariatkę. Odpoczywam przy nich. Rozmawiam z nimi. Gdy nie chce im się pięknie rosnąć, krzyczę i szantażuje, że je wyrzucę”.

Ewa Demarczyk opowiadała o zamykaniu się na media, unikaniu rozgłosu. Narzekała na brak rozwiązań prawnych dotyczących piosenkarzy w Polsce. „Skandal. Jestem wykonawcą, a więc odtwórcą i nie mam praw do piosenki. Ciągle wznawia się moja płytę z lat 60. A ja nadal nie mam „Złotej płyty”.

8 listopada 1999 roku zaśpiewała po raz ostatni w Poznaniu. To był ostatni publiczny występ artystk

Źródło:

facebook.com
Link do źródła