17.07.2021, 09:19 Wersja do druku

Wspomnienie o Andrzeju Strzeleckim

fot. mat. Akademii Teatralnej w Warszawie

Strzelec miał duże poczucie ciągłości historii. Czuł się spadkobiercą Bardiniego, Rudzkiego, Łomnickiego, Łapickiego. Powtarzał: po mnie w tej szkole zostaniecie wy - pisze Waldemar Raźniak.

Tydzień temu wróciło do mnie zdanie, które powtarzał: pamiętaj, nie bój się grać z lepszymi. Z lepszym grasz lepiej. To zdanie stało się dla mnie ważne - z jednej strony rozbraja strach przed niektórymi aktorami, z drugiej skłania do tego, żeby sprawiedliwie szukać swojego miejsca - uznać czyjąś wielkość, ale nie czuć się też przy kimś sparaliżowanym, w końcu teatr to sztuka zespołowa. To szalenie ważne znaleźć się w dobrym zespole.

Na pytanie jaki był, na dziś potrafię powiedzieć, że różnorodny. Miał mnóstwo znajomych z bardzo różnych kręgów i z każdym potrafił się dogadać. W trakcie rektorowania spotkało nas wiele niezwykle skomplikowanych sytuacji. Widziałem na przykład jak jeden z reżyserów ze swoją ekipą zaskoczył go jakimiś roszczeniami grożąc skandalem prasowym. Potrafił wtedy przyparty do muru powiedzieć: niech Pan rozmawia ze mną jak z człowiekiem, a nie jak z prawnikiem!  Innego razu musiał zeznawać w imieniu szkoły przed sądem, pytałem się - jak Pan to robi? Skąd bierze Pan siłę? Odpowiedział: to bardzo proste... ja wiem, że nic złego nie zrobiłem, ja to po prostu wiem, więc czym mam się martwić? Jak sytuacja była autentycznie bez wyjścia, to bronił się dowcipem.

Wielu widziało w nim celebrytę, niektórzy mentora, jeszcze innym bardzo w życiu pomógł i są mu do dziś bardzo wdzięczni. Do myślenia dawała mi lalkowa figurka Woody’ego Allena w jego gabinecie. W którymś z wywiadów wspomniał, że czuje, iż drzemie w nim jeszcze jakiś potencjał aktorski, nieodkryty, o którym nieskromnie myśli, że może się komuś przydać. Dawał temu wyraz na senatach, inauguracjach, jego przemowy miały swoich wiernych fanów, a na wykłady inauguracyjne potrafił ściągać urzędujących premierów i byłych prezydentów.

Kiedy zwiedzaliśmy Broadway zabrał Joasię Halinowską, Mateusza Rusina i mnie na musical Memphis. Bardzo lubił się dzielić swoimi pasjami - polem golfowym, meczami koszykówki, no i dobrymi musicalami rzecz jasna. Przedstawienie było wyśmienite, ale najlepsze było to, że mieliśmy wrażenie, że było ono o... Andrzeju. On mógłby i myślę, że chciałby zagrać głównego bohatera.

Jak sam opowiadał, szkoła go właściwie zassała. Jemu się to ogromnie podobało - uwielbiał być na próbach, patrzeć na studentów, rozmawiać z nimi, kręcić się po korytarzach. Jak studenci imprezowali, to potrafił ich asekurować do 4 nad ranem, byle tylko nikomu nic się nie stało. Kiedyś na zajęciach reżyserskich z naszym rokiem - szukając zgrabnego podsumowania, jakiejś puenty wyrzucił z siebie: bo teatr, teatr to jest po prostu... gadanie; no i tak właśnie jest: przecież to dialog, rozmowa, spotkanie - ze sobą i z widzem.

Myślę, że zawód aktora nie miał dla niego tajemnic - dzięki temu że był aktorem i reżyserem jednocześnie. Potrafił ułożyć ruch do własnych pomysłów, ale tam gdzie wkraczało aktorstwo psychologiczne stawał się uczniem swoich mistrzów, czyli Axera i Hübnera, potrafił być przeźroczysty. Dość sprawiedliwie oceniał własne umiejętności i nad nimi panował, dzięki czemu dobrze widział też innych. Stwierdziłem to, kiedy dwukrotnie pomagałem mu reżysersko zza kamery, jemu i jego rolom w jego spektaklach. Jak każdy rasowy aktor miał wbudowany rodzaj autopilota, potrzebował jedynie poczucia, że ktoś siedzi za sterami - tak na wszelki wypadek. W ten sposób ponoć, jako młody reżyser reżyserował Bielicką i Sempolińskiego.

Na egzaminach wstępnych szukał w ludziach czegoś, co określał mianem personality, powtarzał że wszystkiego możemy nauczyć, tylko nie tego, no więc - czy kupiłbyś na nią/na niego bilet? Nie znaczy to, że się nie mylił, ale w większości wypadków trafnie potrafił kogoś podsumować i to dosłownie po kilku sekundach. Ujmował to zresztą w jakiś błyskotliwy aforyzm - potem wszyscy go za nim powtarzali.

Z chwilą kiedy został rektorem szkoła zaroiła się niemalże od wielkich nazwisk: Janda, Gajos, Pszoniak, Majchrzak, Malajkat, Olbrychski, Lipińska, Zaorski... Dla niego jasne, że w komisji przyjmującej na studia po drugiej stronie powinni być ci znani, wtedy nawet niezdany egzamin pozostaje dla człowieka przeżyciem. Dużo pisał, ponoć głównie w nocy. Niektórzy szczególnie cenili Strzelca za jego poczucie humoru. Ono reprezentuje pewne pokolenie, komunikowało się szczególnie z ludźmi, którzy byli jego widownią - ludzie przychodzili właśnie na niego, na jego poczucie humoru. Jego ironia, pozwalała zestawiać ze sobą rzeczy pozornie niezestawialne... czego kwintesencją były niepodrabialne zapowiedzi konferansjerskie.

Wrażliwość na język i wychowanie w określonej kulturze literackiej, tej inteligenckiej, wywiedzionej z przedwojnia - to było czuć od razu. Wrażliwość Profesora dobrze rymowała się nie tylko ze szlagierami II RP (co można zobaczyć chociażby w jego teatrach telewizji), ale i meandrami stylistyki socrealizmu, czy wreszcie genialnym wyczuciem Młynarskiego. Jego interpretacje Młynarskiego cenię najbardziej, ale teraz zaczynają wracać „Król w krainie rozkoszy” i inne teatry telewizji.

Kiedyś nakryłem Profesora na wygrywaniu gam na pianinie. Zapytałem: chodził Pan do szkoły muzycznej? - Nigdy w życiu. No to jak to? - Wiesz, jak już się dostałem na te studia aktorskie, to w pewnym momencie strasznie się nudziłem. Jedni się zakochiwali, inni imprezowali a ja z nudów nauczyłem się gam. Nie pijam alkoholu, to co miałem robić? Szybko zorientowałem się, że inne rzeczy interesują mnie bardziej. No ale musical i cała ta wrażliwość muzyczna skąd, z domu? Nic z tych rzeczy - odparł Profesor - ja jestem z rodziny dziennikarskiej, bliżej mi nawet do sportu czy socjologii. Miałem to szczęście, że poznałem świetnych muzyków, fantastycznych jazzmanów no i uczyłem się tego metodą podpatrzoną. To oni uczyli mnie muzyki.

Strzelec miał duże poczucie ciągłości historii. Czuł się spadkobiercą Bardiniego, Rudzkiego, Łomnickiego, Łapickiego, powtarzał: po mnie w tej szkole zostaniecie wy. Przez kontakt z nim, miało się kontakt z nimi, dzięki jego opowieściom o wizycie u Łomnickiego w domu na starówce, o Miniu, o kulturze esta-esta, o tym jak szukano nowego Jonkajtysa na Targówku, o Elżbiecie Czyżewskiej - na każdą okazję miał jakąś opowieść. A dzisiaj czuć brak, dojmujący brak.

Źródło:

Materiał nadesłany