Wrocław od dziś tańczy nie tylko na scenie. Dziewiąta edycja Polskiej Platformy Tańca rozpoczęła się w Centrum Sztuk Performatywnych Instytutu Grotowskiego, w miejscu, którego historia niemal domaga się rozmowy o ciele, obecności i relacji z widzem. Gości i publiczność powitał Jarosław Fret. Nie mogło więc zabraknąć Grotowskiego – przywołanego nie jako zamknięty rozdział historii, lecz jako punkt odniesienia dla współczesnego myślenia o sztukach performatywnych.
O genezie i znaczeniu Platformy mówili Joanna Szymajda, dyrektorka Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca, Maria Opałka i Renata Piotrowska-Auffret z IAM. Przedstawiono program i międzynarodowe jury, a odczytany list minister kultury podkreślał znaczenie wydarzenia, w którym ciało, ruch i emocje stają się językiem sztuki. Głos zabrał również Jakub Mazur, wiceprezydent Wrocławia, wskazując na otwartość miasta na wydarzenia o międzynarodowym zasięgu.
W wypowiedziach jurorów powracało pytanie o to, co właściwie wyróżnia polską choreografię. Nie pojawiła się jednak próba zamknięcia jej w jednej formule. Zamiast tego wyłonił się obraz sceny różnorodnej, korzystającej z różnych języków i reagującej na zmieniającą się rzeczywistość. Ważnym kontekstem pierwszego dnia był program „Wrocław tańczy!”, który przez wiele miesięcy wyprowadzał taniec poza tradycyjne miejsca prezentacji, by podczas Platformy znaleźć swoje festiwalowe zwieńczenie. Ten gest ma znaczenie nie tylko organizacyjne: przypomina, że taniec może funkcjonować również jako doświadczenie wspólnotowe i część miejskiego życia.
Wieczór otworzyły „Ekspozycje” Marii Stokłosy. Siedmioro wykonawców spotyka się tu w ramach precyzyjnie wyznaczonej, ale pozostawiającej im swobodę struktury. Improwizacja nie oznacza więc pełnej swobody. Przeciwnie – najciekawsze okazuje się napięcie między regułą a tym, co można zrobić w jej obrębie. Każda decyzja staje się widoczna: przyspieszenie, zawahanie, zmiana kierunku, wycofanie się z ruchu czy chwilowe pozostanie w bezruchu. Choreografia pozwala obserwować nie tylko ciało w ruchu, lecz także moment podejmowania decyzji.
Stokłosa konstruuje sytuację, w której samo patrzenie staje się rodzajem działania. Obraz sceniczny nie jest stabilny: pozornie nieruchoma figura może za chwilę zostać rozbita przez drobny gest, zmianę ciężaru ciała albo relację z innym wykonawcą. Widz zostaje przy tym pozbawiony wygodnego poczucia, że powinien natychmiast rozpoznać znaczenie oglądanego ruchu. „Ekspozycje” proponują raczej ćwiczenie z percepcji – sprawdzanie, kiedy coś zaczyna przyciągać wzrok i jak długo trzeba patrzeć, żeby dostrzec różnicę.
To spektakl świadomie pozostawiający pewien niedosyt interpretacyjny. Jego stawką nie jest opowiedzenie historii, ale uwrażliwienie oka na proces, z którego ruch dopiero się wyłania. W tym sensie „Ekspozycje” dobrze otwierają Platformę: zamiast od razu definiować współczesny taniec, uczą sposobu jego oglądania.
„Who cares” Agnieszki Brzezińskiej przesuwa punkt ciężkości z samej obserwacji na problem konstruowania własnego wizerunku i nieustannego poddawania go ocenie. W wykonaniu Katarzyny Leszek ciało staje się miejscem, w którym ścierają się potrzeba indywidualności i presja dopasowania. To napięcie szczególnie mocno rezonuje z logiką mediów społecznościowych, gdzie autoprezentacja może być jednocześnie narzędziem budowania własnej podmiotowości i mechanizmem jej ograniczania.
Brzezińska nie buduje jednak tej opowieści wyłącznie poprzez deklaracje. Znaczenia powstają także z prostych gestów, przedmiotów i przekształceń zachowania. Ważna jest tu właśnie skala: zamiast efektownej scenografii otrzymujemy ciało, które musi samo wytwarzać kolejne wersje siebie. Leszek przechodzi między ekspresją a jej parodią, między próbą zwrócenia na siebie uwagi a zmęczeniem koniecznością ciągłego bycia widoczną. W efekcie scena przypomina miejsce nieustannego testowania własnego „ja”. Pytanie zawarte w tytule okazuje się więc pytaniem nie tylko o to, kto patrzy, ale także o to, ile jesteśmy gotowi zrobić, by zostać zauważeni.
Z kolei „Kocham balet” Ramony Nagabczyńskiej bierze na warsztat formę, wobec której trudno pozostać obojętnym. Sam tytuł brzmi jak deklaracja, ale w kontekście doświadczeń czterech artystek – Aleksandry Borys, Karoliny Kraczkowskiej, Ramony Nagabczyńskiej i Izy Szostak – nabiera przewrotnego charakteru. Wszystkie ukończyły szkoły baletowe, a następnie skierowały swoje kariery ku innym praktykom ruchowym. Spotkanie po latach z dyscypliną, która ukształtowała ich ciała, staje się więc nie tyle nostalgicznym powrotem, ile próbą ponownego odczytania własnej przeszłości.
Balet okazuje się tutaj czymś więcej niż techniką. Jest systemem ćwiczeń, hierarchii, wyobrażeń o pięknie i norm dotyczących tego, jak powinno wyglądać taneczne ciało. To również język, który zostaje zapisany w ciele na długo po opuszczeniu szkoły. Artystki sprawdzają więc, co z dawnego treningu pozostało w ich sposobie poruszania się, co nadal działa jak ograniczenie, a co może zostać przechwycone i wykorzystane na nowych zasadach.
Pierwszy dzień Platformy nie przyniósł jednej odpowiedzi na pytanie, czym jest dziś polski taniec. I dobrze. Zamiast definicji pojawiły się różne sposoby patrzenia: na ciało jako obraz, na ciało jako narzędzie społecznej autoprezentacji i na ciało jako archiwum instytucjonalnej dyscypliny. To już wystarczająco dużo, by potraktować pierwszy dzień nie jako deklarację programową, lecz jako zaproszenie do dalszego oglądania.