Ada Tabisz wyreżyserowała przestawienie, które stawia pytania o to, na ile niepogodzenie się ze stratą najbliższej istoty prowadzi do autodestrukcji, a na ile - do budowania na nim poczucia własnej wartości. A także inne: czy pomaganie komuś całkowicie zależnemu może być ucieczką od swoich nierozwiązanych problemów? - o spektaklu "Hercia" Ady Tabisz w ramach przeglądu "Teatr na faktach" w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk w Teatrze dla Wszystkich.
Zrealizowany w minimalistycznej scenografii i prostymi środkami aktorskimi spektakl, choć o fabule chwilami nazbyt przewidywalnej, dotyczył fundamentalnych kwestii: miłości, przywiązania, samotności, izolacji, ucieczki od relacji z ludźmi. Hercia oczywiście nie mogła być partnerką, narzeczoną czy kochanką, skoro żyła wszystkiego 13 lat i 2 tygodnie, a za życia kładła się pod rododendronami. Codzienne wizyty na cmentarzu i przesiadywanie tam nawet do czterech godzin wydają się ekstremalną formą ekshibicjonizmu, jeśli założymy, że odwiedzający grób ma świadomość bycia obserwowanym, ocenianym. Może jednak nie to było najważniejsze w historii, którą dostaliśmy. Czy przywiązanie sięgające poza śmierć ma jakieś inne funkcje niż autoprezentacyjna? Czy ktoś, kto zamiast pogodzić się ze stratą, spróbować robić coś konstruktywnego dla siebie i dla innych dogląda grobu, fantazjuje na temat bycia doń "przeszmuglowanym" po spopieleniu zwło