„Kopista Bartleby” Hermana Melville'a w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Agnieszka Loranc w Teatrze dla Wszystkich.
W krótkim opowiadaniu Hermana Melville’a Bartleby, the Scrivener. A Story of Wall Street punkt wyjścia jest zaskakująco prosty: w uporządkowanym świecie kancelarii pojawia się pracownik, który na kolejne polecenia odpowiada jedynie „wolałbym nie”. Nie jest to jednak bunt w klasycznym sensie. Bartleby nie walczy, nie protestuje, nie próbuje zmienić systemu. Po prostu powoli wycofuje się z uczestnictwa w rzeczywistości.
W spektaklu ten pre-kafkowski konflikt egzystencjalny (bo napisany przez Melville’a trzydzieści lat przed narodzinami Franza Kafki) zostaje rozpisany przez dramaturga Piotra Fronia na dwie postaci: Kancelistę (Sebastiana Grygo) i Kopistę Bartleby’ego (Adama Borysewicza). Aktorzy wyraziście wykładają widzom temperamenty swoich bohaterów.
Sebastian Grygo akcentuje dyskomfort – jego Kancelista tkwi w stanie zawieszenia między racjonalną próbą zrozumienia sytuacji a poczuciem działania jakiejś siły, która steruje machiną absurdu. W tej historii rozpada się przecież nie tylko biurokratyczny system, ale także człowiek – i to w dwóch różnych wariantach. Kancelista, tracąc sprawczość wynikającą z zajmowanego stanowiska, stopniowo gubi się wewnętrznie. Zapowiada to już sposób, w jaki mówi o sobie: jako narrator opisujący własne działania w trzeciej osobie – „Kancelista rozluźnia się”, „Kancelista wychodzi”. Ten zabieg podkreśla jego rozszczepienie i oddalenie od wewnętrznej równowagi.
Z kolei Adam Borysewicz buduje Bartleby’ego na jednej, konsekwentnej linii emocjonalnej. Jego bohater pozostaje zawsze spokojny, zawsze opanowany. Nie ma tu skali szarości, a nawet wyraźnego podziału na biel i czerń – jest raczej jednolita, płytka powierzchnia. Rozpad tej postaci dokonuje się inaczej niż u Kancelisty – nie poprzez wewnętrzne pęknięcie, lecz przez konsekwentną rezygnację i odmowę.
Stopień tworzących się między postaciami zależności trafnie manifestuje scenografia Anny Oramus. Kancelista i Kopista poruszają się po obręczy na środku sceny. Wstępują na tę samą orbitę, ale na każdym możliwym poziomie stają wobec siebie w opozycji. Kancelista próbuje utrzymać porządek systemu, podczas gdy Bartleby uprzejmie wolałby go unikać. I tak do znudzenia. Jak zdarta płyta.
Immanentny letarg tekstowy twórcy próbują przełamać środkami scenicznymi. Klaudyna Schubert poprzez światło potrafi wydobyć zarówno niuanse zawarte w słowie, ale też skutecznie zintensyfikować wrażenie przynależności widza do biurowej hierarchii. Pojawiające się w strukturze spektaklu postaci Indyka, Szczypiec i Pierniczka – przypisane do widzów – rozszerzają przestrzeń kancelarii i symbolicznie włączają publiczność w sceniczny mikroświat. Dzieje się to zarówno przez padające pionowo strugi, jak i przechodzące z obu stron widowni poziome, ostre światło, które niejako skanuje twarze widzów.
Minimalistyczny charakter tekstu sprawia, że dynamika spektaklu w dużej mierze opiera się na środkach scenicznych – świetle, ruchu i dźwięku. W tak oszczędnej dramaturgii to właśnie one przejmują część funkcji narracyjnych i odpowiadają za budowanie napięcia. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy ich natężenie zaczyna przesuwać punkt ciężkości przedstawienia. Zamiast wspierać główną oś dramaturgiczną, zaczynają w niej dominować, kierując uwagę widza przede wszystkim ku formie. Ten problem uwydatnia się w warstwie muzycznej. Kompozycje Nikodema Dybińskiego są wyraziste i krok po kroku budują napięcie sceniczne, jednak ich nadmiar sprawia, że funkcjonują jak osobna linia dramaturgiczna.
Mimo tych zastrzeżeń spektakl Tomasza Fryzła pozostaje dobrą próbą scenicznego przełożenia tekstu Melville’a. Rozbudowana warstwa formalna chwilami przytłacza subtelność materiału literackiego, ale nie unieważnia tego, co w przedstawieniu najciekawsze: pojedynku aktorskiego Sebastiana Grygo i Adama Borysewicza.
6/10