„Królowa Śniegu” Nikołaja Rimskiego-Korsakowa w chor. Christophera Hampsona ze Scottish Ballet w Theatre Royal w Glasgow. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Znów znana bajka, a inna, oryginalna, wartościowa i tańczona. Ale nim dotarłem aby ją obejrzeć to Europę pokryła zimowa aura. Bowiem zdarzenia rozegrały się na początku stycznia 2026 roku. Lotnisko w Amsterdamie kompletnie sparaliżowane. Ponad tysiąc lotów odwołanych, śnieg zakrył całe Niderlandy, chaos. Na szczęście dotarłem do miejsca przeznaczenia – Londynu, gdzie przywitało mnie piękne słońce. Jednak już przemierzając Wielką Brytanię pociągiem, a szczególnie przekraczając umowną granicę pomiędzy Anglią a Szkocją pola i łąki począł pokrywać lekki biały puch płatków śniegu. Kolejne przestrzenie dywanów budowały aurę niesamowitości przetykanej złowieszczością tejże pory roku. Dojeżdżając do Glasgow znów odmieniła się pogoda ukazując drugą swoją twarz – bezchmurnego nieba i połyskujących promieni słońca. Szczęśliwy mogłem odetchnąć z ulgą – zobaczę wieczorny spektakl. Mimo dwóch godzin opóźnienia, zwrotów natury, które mogą wpłynąć zasadniczo na realizację zamierzonych planów, udało się dotrzeć do miejsca przeznaczenia. A na scenie miejscowego Theatre Royal – Królowa Śniegu. Jakże idealnie dopasowany tytuł do tego co można obserwować za oknem. A dodatkowo opowieść o rywalizacji dwóch sióstr – tytułowej bohaterce i Księżniczce Lata – zatem pełne współgranie codzienności z fikcją tanecznej opowieści. Rzadko dokonują się tego typu sploty zdarzeń. I zatem to wielka niespodzianka.
Premiera owego przedstawienia miała miejsce w roku 2019 dla uhonorowania pięćdziesięciolecia powstania Scottish Ballet. W roku 1969 został utworzony ten zespół z inicjatywy Petera Darrella jednej z najważniejszych postaci brytyjskiej sceny tańca. Od 2012, jako szef artystyczny, a trzy lata później również jako dyrektor generalny, zespołem zawiaduje Christopher Hampson. Ten wychowanek The Royal Ballet School i tancerz English National Ballet, kontynuuje tradycję zespołu o klasycznym profilu wprowadzając do repertuaru sprawdzone tytuły, ale w nowatorskiej choreografii i innowacyjnej oprawie plastycznej. Świetnym przykładem może być Coppelia z roku 2022 w układzie Morgann Runacre-Temple i Jessica Wright, doskonale przyjętej przez publiczność podczas festiwalu w Edynburgu. To także współgranie z otaczającą wspólnotą choćby dzięki ostatniej premierze Mary, Queen of Scots w realizacji Sophie Laplane, o czym pisałem w recenzji https://benjaminpaschalski.pl/2025/10/06/kontrasty-mary-queen-of-scots-scottish-ballet/. Co ważne i jest to rzadkość w brytyjskiej przestrzeni kultury, grupa wspierana jest przez Scottish Government – lokalny rząd, dla którego ta forma aktywności artystycznej ma niesłychane znaczenie dla utrzymania tożsamości, a także promocji lokalnej kultury w kraju i zagranicą. Formacja liczy obecnie trzydzieści pięć osób z każdego zakątku globu, bowiem jakość jest stawiana na pierwszym miejscu, która buduje dzisiejszy obraz baletowej sceny. Scottish Ballet jest bardzo dobrym przykładem zarządzania instytucją, która łączy innowacyjność z silną tożsamością miejsca. Bowiem głównym polem aktywności pozostaje region, gdzie stale prezentowane są spektakle, a także promocja Szkocji, jej współczesnej kultury na terenie całej Brytanii i w innych zakątkach świata.
Królowa Śniegu wszystkim znana bajka Hansa Christiana Andersena często gości na deskach baletowych. W naszym kraju w repertuarze obecnie posiadają własne wersje zespoły w Poznaniu (choreografia: Robert Bondara) i Wrocławiu (choreografia: Małgorzata Dzierżon) co jest skutkiem wyeliminowania przez kilka sezonów dedykowanego młodym widzom Dziadka do orzechów z muzyką Piotra Czajkowskiego. Przedstawienie Scottish Ballet jest inspirowane duńską opowieścią, ale z nutą oryginalności. Należy powiedzieć, że owa innowacyjność służy wielce logice narracji i dramaturgii całej historii. Bowiem osią jest relacja dwóch sióstr: Królowej Śniegu i Księżniczki Lata. Ta druga postanawia opuścić krainę lodu i udać się na ziemię. Ale w pękniętym lustrze widzi swoje miłosne przeznaczenie, które stanie się wyzwaniem i przekleństwem. Podróż do nowej krainy odmienia dziewczynę. Staje się ona Lexi – kieszonkowcem, małym złodziejaszkiem, który jest postrachem miasta grabiącym z użyciem odłamka lustra. Cały czas bohaterkę śledzą wilki – wysłannicy siostry, która nie może pogodzić się z samotnością. Równolegle obserwujemy świat miłości Gerdy i Kaja, który oświadcza się owej dziewczynie. Przy wtórze cyrkowej fiesty oraz pokazów akrobatycznych i iluzjonistycznych znika chłopak, który przez odłamek wpadający mu do oka, z narzędzia Lexi, staje się opryskliwym, aroganckim odludkiem. To on jest owym wybrankiem serca dla Lexi. Jej siostra dokonuje uprowadzenia, aby odzyskać rodzeństwo. Gerda oddaje pierścionek zaręczynowy Lexi, aby ta pomogła odnaleźć chłopaka. Przez świat wagabundów, lasu trafia ona do lodowego pałacu. Tu we władaniu Królowej Śniegu pozostaje chłopak, którego nie tylko zmieniona twarz, ale i zmarznięte serce nie jest w stanie pokochać nikogo. Kaj nie rozpoznaje wybranki serca, nic nie jest skruszyć jego zaklętego wnętrza. Czyni to pojawienie się ponowne w owej krainie Księżniczki Lata, odmienionej Lexi. Staje się ona ponownie zakładniczką, towarzyszką zimowej pory roku, a w zamian jest w stanie oswobodzić i pobudzić nowe tchnienie miłości Kaja i Gerdy. Owa interpretacja nie jest tylko jednowymiarową opowieścią o poszukiwaniu miłości, poświęceniu, ale także ukazuje specyfikę więzów krwi i nierozerwalności natury, jej mechanizmów i form współżycia.
Opowieść świetnie płynie dzięki muzyce. To utwory Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, rosyjskiego kompozytora, autora choćby trzech symfonii i aż piętnastu oper, niedoścignionego mistrza instrumentacji, którego fachowość podkreślali jego uczniowie. Owa różnorodność utworów świetnie dopasowana do akcji baletu zachwyca, a przecież to nie muzyka dedykowana dla tańca. W owym gąszczu kompozycji można odnaleźć choćby Lot trzmiela świetnie dopasowany nie do obrazu natury, ale świata ludzkiej egzystencji. To zasługa aranżera muzyki Richarda Honnera. Ale na szczególne brawa zasługuje wykonanie muzyki przez Scottish Ballet Orchestra pod kierunkiem Roberta Baxtera. Nie brzmiała ona tylko jako lekki podkład dźwięków, ale jak dojrzała symfonika współgrająca z taneczną opowieścią.
Choreograf Christopher Hampson przygotował widowisko, którego nadrzędnym celem jest sprawne opowiedzenie historii. Stąd dużo rodzajowości w scenografii Lez Brotherston, która kontrastuje świat realny z imaginacją lodowej krainy przesyconej bielą i połyskującym srebrem budującym blask zimna owego miejsca. Część pierwsza, po krótkim prologu w krainie lodu, to obraz miasteczka przesycony epizodami codzienności. Nie znoszę tego typu sekwencji, gdyż mają one posmak braku pomysłu inscenizatora, tworzą niepotrzebny chaos, który odrywa uwagę widza od głównej osi zdarzeń. A niewątpliwie jest na co zwrócić uwagę. Tu niewątpliwie rządzi Lexi (Rishan Benjamin). To świetne wykonanie. Zawadiacka, nonszalancka, ale świetnie intepretująca postać. I tym tancerka oczarowuje. Jej pewność siebie i zadziorność w pełni odzwierciedla bohaterkę. Co ważne również w partii Księżniczki Lata widać dostojność i powagę, a także lekkość równą owej porze roku. Owa wszechstronność godna jest najnowszej noty. W owym tle miasteczka oczywiście wyróżniają się Gerda (Urara Takata), którą można nazwać przewodniczką po poszczególnych scenach, prowadzących dziewczynę do szczęśliwego finału. Jej delikatność wzbudza współczucie oraz troskę o dobre zakończenie. W pełni jej dorównuje Kaj (Yuri Marques), zarówno emocjonalny i technicznie perfekcyjny. Szczególnie na brawo zasługuje jego duet z Królową Śniegu (Marlen Fuerte Castro). Owa kubańska tancerka jest demoniczna, pełna zimna i niedostępności. Bardzo mocno skupiona na idealnym wykonaniu kroków. I można powiedzieć, że świetnie to współgra z intencjami choreografa rysującego postać tajemniczą i przeszytą mrozem aury, którą reprezentuje.
Niezwykle istotnym jest, że Hampson rozwija nie tylko główny wątek relacji protagonistów, ale także ubarwia, uatrakcyjnia tło. Temu służy wprowadzenie cyrkowego zespołu, którego pokazy to niezwykle interesujące popisy pełne tanecznego kunsztu. Wyróżnia się siłowy układ Siłacza (Thomas Edwards) z Baleriną (Kayla-Maree Tarantolo), a także clownów (Charley Austin i Alfie McPherson). Jednak prym wiedzie Zach (Harvey Littlefield) – właściciel trupy, który popis swoich wielkich umiejętności objawi również w drugiej części u boku wróżbitki, swojej partnerki Mazeldy (Melissa Parsons). I właśnie ów fragment zasługuje na największe uznanie, gdyż błyszczy efektownym pomysłem tanecznym. W świecie wiecznych tułaczy, przy lekko nadwyrężonej muzyce imitującej cygańskie rytmy z obowiązkowym skrzypcowym solo na scenie (Gillian Risi), rozgrywa się istna fantazja ruchu. Króluje technika Littlefielda i Persons, którzy jak prawdziwi królowie taboru wiodą ów taneczny korowód szczęścia. Owe przerywniki, rozwinięcia akcji, niezwykle atrakcyjne dla oka, to również przykład dobrego ruchu, pomysłowości i oczywiście stoją w opozycji do miałkiej pantomimy mieszkańców miasta z części pierwszej. I oczywiście zakończenie, które nie tylko jest szczęśliwym finałem, ale także eksplozją pokazu baletowych możliwości szkockiego zespołu.
Zatem otrzymaliśmy balet ciekawych kontrastów. Dobrych scen kameralnych, pełnych napięcia emocjonalnego, a także świetne obrazy grupowe romskiej ballady. Nie ulega wątpliwości, że siłą przedstawienia pozostanie narracja. Historia, która jest klarowna, spójna i jasna dla odbiorcy. To balet dla całej rodziny, gdzie nikt nie będzie się nudził, z klarownym przesłaniem. To dobrze spędzony czas w familijnym gronie. Mimo zimowego tytułu pełen słonecznego blasku, który zawsze pomaga w ten czas długich nocy i krótkich dni.