„Moviestar” Petera Quiltera w reż. Tomasza Sapryka w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Robert Trębicki.
Kiedy pomysł nie wystarcza
Już w pierwszym akcie „Moviestar” zacząłem zerkać na zegarek (zresztą nie tylko ja). Nie dlatego, że nie rozumiałem, dokąd zmierza historia. Przeciwnie, dość szybko stało się dla mnie jasne, jaki będzie jej kierunek. Problem polegał na tym, że spektakl potrzebował bardzo dużo czasu, żeby tam dotrzeć.
Peter Quilter sięga po sprawdzony komediowy mechanizm: zwykły człowiek zostaje przypadkiem wciągnięty w świat celebrytów, gdzie prawda ma mniejsze znaczenie niż dobrze sprzedana historia. Justin (Aleksander Sajewski), piekarz z Bronxu, trafia do luksusowego hotelu i niespodziewanie staje się elementem planu ratowania kariery hollywoodzkiego gwiazdora Tylera (Grzegorz Daukszewicz). Tyler znalazł się w poważnych tarapatach po niefortunnym incydencie podczas gali Złotych Globów, kopnął w twarz Meryl Streep. Wizerunkowa katastrofa wymaga równie spektakularnego rozwiązania. Ashley (Katarzyna Zielińska), jego asystentka, wpada więc na pomysł, który w świecie celebryckiego PR-u ma zastąpić jedną sensację drugą: Tyler ma zostać przedstawiony jako gej, a jego partnerem, przypadkowo poznany Justin.
Sam pomysł jest na tyle absurdalny, że można było z niego zbudować naprawdę sprawną farsę. Tymczasem kolejne rozmowy, narady i próby skonstruowania medialnej „story” zamiast przyspieszać akcję, często ją zatrzymują. Komediowy potencjał sytuacji pozostaje niewykorzystany, a dialogi nie zawsze mają siłę potrzebną, by utrzymać tempo. Najbardziej odczułem to w drugim akcie. Pojawiają się w nim kolejne zwroty i pomysły, ale spektakl kilkakrotnie dochodzi do miejsca, w którym mogłaby już nastąpić puenta, po czym prowadzi historię dalej. To niepotrzebnie rozciąga przedstawienie i osłabia efekt scen, które wcześniej miały szansę wybrzmieć mocniej.
Świat, w którym liczy się „story”
Szkoda, bo za komediową intrygą kryje się temat znacznie ciekawszy niż sama historia o hollywoodzkim gwiazdorze. Quilter pokazuje świat, w którym rzeczywistość można dowolnie przepisać, jeśli tylko nowa wersja okaże się bardziej atrakcyjna dla mediów. Wystarczy odpowiednio efektowna historia, by publiczność przestała interesować się tym, co wydarzyło się naprawdę. W tym sensie „Moviestar” dotyka mechanizmu doskonale znanego również poza Hollywood: popularność sama staje się wartością, a zainteresowanie odbiorców napędza kolejne medialne sensacje.
Ciekawie wypada na tym tle Justin. Człowiek z pozoru całkowicie niewidoczny nagle dostaje swoje pięć minut. Przez chwilę może zobaczyć, jak wygląda życie kogoś, o kim wszyscy mówią. Ten wątek mógłby nadać przedstawieniu więcej emocjonalnej głębi. Justin nie jest przecież tylko przypadkowym partnerem do PR-owej mistyfikacji, jego sytuacja otwiera pytanie o potrzebę bycia zauważonym i o cenę, jaką można zapłacić za chwilową popularność. W spektaklu ten potencjał pozostaje jednak raczej sygnałem niż rzeczywiście rozwiniętym tematem. Komedia nie próbuje zatrzymać się przy nim na dłużej.
Aktorzy mają pod górę
Najbardziej szkoda aktorów, bo wyraźnie próbują wydobyć z materiału więcej niż ten jest w stanie zaoferować. Katarzyna Zielińska, jako Ashley, gra energicznie i zdecydowanie. Jej bohaterka jest całkowicie skoncentrowana na zadaniu, ma rozwiązać problem Tylera i nie dopuścić, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Komediowa ekspresja Zielińskiej chwilami jest bardzo intensywna, ale trudno odmówić jej scenicznej energii.
Aleksander Sajewski ma chyba najbardziej niewdzięczne zadanie, bo Justin jest postacią, która musi jednocześnie być naiwnym outsiderem i uczestnikiem coraz bardziej absurdalnej intrygi. Aktor prowadzi tę postać z sympatią i bez przesadnego przerysowania. Grzegorz Daukszewicz, jako Tyler, również nie próbuje ograniczyć się do stereotypowego obrazu rozpieszczonej gwiazdy. Jest w nim pewna poczciwość, która łagodzi jego celebrycki wizerunek. Tym bardziej szkoda, że postać nie została wyposażona w materiał pozwalający rozwinąć ten potencjał.
Nie mam poczucia, że problemem jest brak zaangażowania aktorów. Przeciwnie. Próbują znaleźć dla swoich postaci dodatkowe znaczenia, których sam tekst nie zawsze im dostarcza. I właśnie dlatego trudno obciążać ich odpowiedzialnością za moje rozczarowanie spektaklem.
Scenografia robi swoje
W tym wszystkim bardzo dobrze wypada scenografia Wojciecha Stefaniaka. Hotelowa przestrzeń z efektownym, elektronicznym basenem, w którym pojawiają się między innymi rekin i krokodyl, jest pomysłowa i wizualnie atrakcyjna. Światło Macieja Iwańczyka oraz multimedia Hektora Weriosa dopełniają wakacyjnego, kalifornijskiego klimatu. To jeden z tych przypadków, kiedy forma przyciąga uwagę szybciej niż sama historia. Basen, światła i wizualne efekty mają własną sceniczną energię. Niektóre rozwiązania dźwiękowe związane ze zwierzętami budziły jednak moje wątpliwości, momentami bardziej kojarzyły mi się z rykiem lwa niż z tym, co miały przedstawiać. Scenografia pozostaje dla mnie najmocniejszym elementem przedstawienia. Ale nawet bardzo efektowna przestrzeń nie jest w stanie zastąpić dramaturgii.
Zabrakło mi puenty
„Moviestar” ma wszystkie składniki, z których można było przygotować udaną komedię: gwiazdę uciekającą przed skandalem, asystentkę próbującą kontrolować sytuację, przypadkowego człowieka wrzuconego w świat celebrytów i medialną mistyfikację, która zaczyna żyć własnym życiem. Mnie zabrakło jednak tego, co w farsie czy komedii najważniejsze: precyzji i tempa. Zbyt wiele scen wydaje się prowadzić do puenty, po czym zamiast niej pojawia się kolejna rozmowa, kolejny pomysł albo następna zmiana sytuacji. W efekcie historia, która mogła być lekka i dynamiczna, staje się rozwleczona.
Nie mam pretensji do „Moviestar” o to, że nie jest komedią psychologiczną ani szczególnie głęboką analizą świata celebrytów. Teatr Kwadrat ma swoją publiczność i swoją komediową specyfikę. Oczekiwałem po prostu przedstawienia, które będzie sprawniej wykorzystywało własny pomysł. Tym razem z teatru wyszedłem przede wszystkim z poczuciem niewykorzystanej szansy. Pomysł był, aktorzy dali z siebie dużo, scenografia przyciąga uwagę. Zabrakło jednak tekstu i dramaturgii, które potrafiłyby te elementy naprawdę połączyć.