16.04.2021, 08:19 Wersja do druku

Warszawa. VI tom "Dzienników" Agnieszki Osieckiej - pożegnanie szalonej młodości

Lakoniczne zapiski z lat 1956-58 i komentarze do tamtego, najgorętszego etapu życia Agnieszki Osieckiej napisane w 1970 roku, znalazły się we właśnie wydanym, ostatnim, szóstym tomie jej młodzieńczych "Dzienników". Potwierdzają one przypuszczenia, że Jerzy Giedroyc był w swoim czasie poważnym kandydatem do serca poetki.

fot. mat. Prószyński i S-ka

Ostatni tom młodzieńczych dzienników i zapisków autobiograficznych Agnieszki Osieckiej jest eklektyczny. Najważniejsze części to notatki poetki z lat 1956-1958 oraz komentarz do nich, napisany w latach 70. Połowa lat 60. była chyba najintensywniejszym okresem w życiu Osieckiej – studia, STS, pierwsza wielka miłość, liczne romanse, pierwsze podróże. pewnie dlatego zapiski z tego czasu są bardzo lakoniczne, więcej czytelnik dowiaduje się z komentarza pisanego po 20 latach.

W tych latach Osieckiej przytrafia się pierwsza wielka miłość. "Ten chłopiec ma twarz najpiękniejszą ze wszystkich twarzy i niełatwo przestać na nią patrzeć, kiedy się już zaczęło" – napisała Osiecka o poecie Witoldzie Dąbrowskim. Mieli swoją świątynię – wielkie odeskie schody na tyłach placu Trzech Krzyży. Z wieży spadochronowej na Powiślu patrzyli na rzekę i "bali się siebie dotknąć” – jak wspomina te czasy Osiecka. "Prędko nauczyliśmy się z Witoldem słówka wyjątkowo. To prawda. To nie był flirt, to była modlitwa. Pierwszy raz się pocałowaliśmy. To był najdziecinniejszy i najważniejszy ze wszystkich moich pocałunków" – pisała poetka. Witold był w tamtym czasie ideowym komunistą, niedawno rozczarowanym rozliczeniami zbrodni stalinizmu, liczącym na odnowę w partii i surowo oceniającym otoczenie. Ale to właśnie on przyprowadził Agnieszkę na spotkanie Studenckiego Teatru Satyryków.

"Było to w jakiejś knajpie, zdaje się w Rycerskiej. Siedzieli przy długim stole, pili kawę i straszliwie wrzeszczeli. Tego wieczoru nie nauczyłam się jeszcze ich rozróżniać, zwłaszcza że nie było tam wcale dziewczyn. Te są zawsze bardziej kolorowe. Zrobili na mnie ogromne wrażenie: Witold uprzedził mnie, że będzie to zebranie ludzi z teatru poświęcone teatrowi. Tymczasem to, czego byłam świadkiem, podobne było prędzej do zebrania zetempowskiego czy do jakiegoś spotkania konspiratorów niż do dyskusji artystycznej. Mówiono niemalże wyłącznie o polityce".

Na zebraniu wybierano tytuł przedstawienia, zdecydowano się na "Myślenie ma kolosalną przyszłość", Osiecka stała się jednym z filarów STS-u. Natomiast wielka miłość z Witoldem zaczęła się psuć, w pewnym momencie Agnieszka zupełnie otwarcie wdała się w równoległy romans. Balansowanie pomiędzy dwoma chłopakami, wobec których miała poczucie winy, doprowadzało ją do rozpaczy – uciekała więc w kolejne związki.

Z Markiem Hłasko poszła na bal maskowy w warszawskim liceum im. Stefana Batorego. Niedługo potem oświadczył się jej, w obecności obu matek. Związek zaczął się rozpadać, gdy w 1958 roku Marek wyjechał na stypendium do Paryża. Później chciał nawet brać ślub "przez granicę", zaocznie, ale kiedy Agnieszka się zgodziła, przestał się odzywać. "Przecież gdybym była wtedy naprawdę bardzo zakochana, to on kompletnie by mi złamał serce. Na szczęście nie byłam bardzo zakochana. Tylko trochę" - po latach. Został jej po Hłasce biały kożuch, listy i maszyna do pisania, która stała na jej biurku do końca życia. Jak pisze we wstępie Agata Passent, "tom ten rozwiewa mity, które narosły wokół związku poetki z Hłaską. W zapiskach Agnieszka więcej miejsca poświęca ocenie prozy i filmów (…) niż herzklekotom wokół ich romansu. Miejscami miałam wrażenie, że w Marku Hłasce najbardziej Agnieszce podoba się mama, pani Maria Hłasko".

Ciekawe okazują się zapiski Osieckiej z 1957 roku z wyprawy za granicę – wyjechała z kolejnym bliskim mężczyzną, Andrzejem Jareckim, najpierw do Francji, potem – do ciotki, do Londynu. Autostopem z południa Francji, gdzie z grupą studentów pracowała przy winobraniu, przybyła do Maisons-Laffitte, siedziby paryskiej "Kultury", aby dostarczyć przemycony przez granicę rękopis "Cmentarzy" Hłaski. Mieszkańcy domu zachwycili się Agnieszką, w pełną wzajemnością, bezdzietni Hertzowie bardzo szybko zaczęli traktować ją jak córkę. Ale najgorętszy zachwyt, bynajmniej nie ojcowski, Osiecka wzbudziła w Jerzym Giedroyciu.

Z zapisków dość szczegółowo poznajemy przebieg kilku dni w Londynie, gdzie młoda poetka, po pobycie w Maisons-Laffitte, spędzała czas u ciotki, brylując wśród elit emigracji londyńskiej. 31 października 1957 roku Jerzy Giedroyc po raz pierwszy i ostatni w życiu przekroczył kanał La Manche – żeby się z nią zobaczyć. "Jego pierwsze zdanie zaczęło się od - nareszcie" – opisuje Osiecka spotkanie w hotelowej restauracji. "Pan Jerzy wyglądał tak, jakby przed chwilą wstał od biurka w Lafficie (…) Był prawie zakłopotany, szczeniacki, lubię go za te minę" – wspomina poetka chwilę, gdy prosił o kolejne spotkanie, nazajutrz.

Kolejnego dnia dostała od redaktora "Kultury" "cztery bukieciki smutnych, londyńskich fiołków", poza tym Giedroycia okradziono, kiepsko też radził sobie z angielskim i czuł się kompletnie zagubiony w londyńskim deszczu. Rozmawiali m.in. o przyjemności patrzenia na siebie nawzajem, "panice śmierci i panice straconego czasu". "gapiłam się na niego bezwstydnie, zachwycona jak cielę" – wspomina, cytując Giedroycia, który powtarzał o ciągłym czekaniu na spotkanie z nią i związanym z tym niepokoju.

Jak poważne było uczucie pomiędzy Agnieszką i o 30 lat starszym redaktorem "Kultury" można się przekonać z tekstu "Moja najtrudniejsza decyzją był powrót do kraju w grudniu 1957 roku" napisanego do szuflady wiosną 1959 roku. "Tamten człowiek nie wiedział, że go kocham. Zatem nie działał. Nie prosił, nie tłumaczył, nie szkodził ani też nie pomagał. Byłam sama, naradzałam się ze sobą" - wspomina Osiecka moment, gdy podejmowała decyzję - czy przyłączyć się do grona domowników Maison-Laffitte czy powrócic do Warszawy. "Ten człowiek był bardzo samotny. Był przyzwyczajony do samotności na tyle, na ile można się przyzwyczaić. Przestał umieć porozumiewać się z ludźmi. Chował się. Bał się ludzi. Był nieufny. Dokonałam w tym jakiegoś wyłomu. Mówił do mnie i wiedział, że rozumiem, o co chodzi. Pokochał mnie (nie należy do rzeczy opowiadanie skąd i jak się o tym dowiedziałam. Wiedziałam - to wszystko), ale nie mówiliśmy o tym. (...) Chyba zależało mu na tym, żebym decydowała sama. (...) Do ostatka nie przestaliśmy do siebie mówić Pan i Pani, chyba myślałam o nim nawet per pan, z tym dystansem, jaki stwarzała między nami sytuacja" - wspomina Osiecka Giedroycia i czas, gdy ważyło się jej pozostanie na emigracji.

Redaktor "Kultury" prawdopodobnie zwątpił w możliwość związku z Agnieszką, gdy zobaczył ją wśród rówieśników z STS-u. Obiecywali sobie wiele wyjaśnić w listach – i na listach ta znajomość się zakończyła. Wymieniali je przez kilkadziesiąt lat, większość z tej korespondencji została zniszczona. W listach Giedroyc nazywał Osiecką Kikimorą – uwodzicielskim demonem z mitologii ludowej, a ona bardzo to metaforyczne określenie polubiła. Agnieszka po powrocie pod koniec 1967 roku do Polski nie dostała paszportu przez kolejnych siedem lat. Nie spotkali się już nigdy w życiu. W ostatnim numerze "Kultury", który ukazał się po śmierci Giedroycia, zgodnie z jego wolą wydrukowano wiersz Osieckiej.

W tekstach pisanych z perspektywy czasu Osiecka podsumowuje: "Jestem młodą kobietą, a koło mnie tylu jest zmarłych, jakby przetoczyło się przez moje łóżko powstanie listopadowe. (…) Czy karcisz nas, Panie Boże, za nasze niedołęstwo? Za to, że cośmy tak pięknie zaczęli po teatrzykach, klubach i wiecach - tośmy pogubili, rozbiegając się w popłochu? Za to, żeśmy zaczynali w kupie, a ratowaliśmy się w pojedynkę? Za to, że się nam zdawało, że jesteśmy nieśmiertelni, wieczni, żelaźni - a byliśmy jak ćmy, jak jątki, turkucie podjadki?" – pisze w czasie, gdy pierwszoplanowi bohaterowie zapisków z szalonych lat 60. – Zbigniew Cybulski, Marek Hłasko, Bogusław Kobiela – już nie żyją. Osiecka określała "pięknych dwudziestoletnich" i "niewinnych czarodziejów" "pancernymi motylami".

"Zapiski autobiograficzne zebrane w szóstym (ostatnim) tomie młodzieńczych dzienników Agnieszki Osieckiej, chociaż stanowią teksty różne (od notatek, przez wpisy do kalendarza, po prozę autobiograficzną) oraz pochodzą z dwu dekad, w istocie oświetlają się wzajemnie, uzupełniają i pointują. Stanowią pewną całość - podsumowanie pierwszej połowy życia, autoportret młodej, acz skomplikowanej kobiety. Kolejny okres jej życia, już nieujęty w tym tomie, rozpoczynają lata 70. czyli czas rodzenia i wychowywania jedynej córki, lata te i późniejsze to jednakże opowieść zgoła odmienna" - podsumowuje redaktorka tomu, Karolina Felberg.

"Dzienniki" Agnieszki Osieckiej ukazały się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. 

Źródło:

PAP