Logo
Magazyn

Wacław Kowalski – mieszkaniec Brwinowa albo „Pitu-pitu, panie Waldku!...”

2.03.2026, 11:07 Wersja do druku

Wielki polski aktor komediowy Wacław Kowalski przez ponad 40 lat był mieszkańcem Brwinowa, trwale wpisał się w pamięć i w pejzaż miasta, stał się bohaterem dokumentu filmowego Adama Gzyry (we współpracy z reżyserem teatralnym Waldemarem Matuszewskim). Obydwaj twórcy działają pod szyldem Stowarzyszenia Teatr Na Pustej Podłodze pamięci Tadeusza Łomnickiego, do którego należą. Pisze Waldemar Matuszewski.

fot. ze zbiorów rodzinnych – udostępnione przez Bartłomieja Kowalskiego, syna aktora

Podwarszawski Brwinów miał szczęście do osiedlających się tutaj znakomitych postaci polskiej kultury i sztuki: Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Bartkiewicz, Stefan Kiedrzyński, twórcy „Mazowsza”, Witold Zapała i sam Zespół mający swoją siedzibę w pobliskim Karolinie, Stanisław Grochowiak, Zbigniew Herbert, Wacław Kowalski, reżyser teatralny Henryk Baranowski i inni.

W brwinowskiej Bibliotece im. Wacława Wernera trwa przegląd filmów brwinowskiego artysty – Adama Gzyry. Kolejnym jego dokumentem filmowym jest „Wacław Kowalski – mieszkaniec Brwinowa”. Piszący te słowa zaś po raz kolejny służy panu Adamowi swoim teatralnym doświadczeniem reżyserskim w realizacji filmu. 

Obydwaj twórcy odbyli wiele rozmów z mieszkańcami miasta pamiętającymi tę charakterystyczną postać – niewysokiego aktora w niebieskiej maciejówce z daszkiem, ze swym nieodłącznym rowerem typu „damka” marki „Ukraina” – przemierzającego ulice Brwinowa. Zwykle rano udawał się pan Wacław po świeże pieczywo do piekarni przy brwinowskim Rynku i po mleko do brwinowskiej filii SGGW. Po drodze wstępował do kościoła i jeśli w kazaniu pojawiły się jakieś błędy językowe, to po nabożeństwie w zakrystii nie omieszkał ich wytknąć wikaremu, który je wygłaszał i który z pokorą te uwagi przyjmował. Wzrusza opowieść starego czapnika z pobliskiego Grodziska Mazowieckiego, który był autorem maciejówki pana Wacława, którą poznała cała Polska, bo aktor nosił ją „na życie”, ale i na ekranie. Wszystkie te obserwacje znalazły się w filmie, tak jak i opowieści o częstej wspólnej z małżonką Stanisławą obecności aktora na widowni miejscowego kina „Wiosna”. 

Jedna z tych kinowych opowieści dotyczyła projekcji „Casablanki”. Przytacza ją brwinowski regionalista Grzegorz Przybysz. Pan Wacław chodził do „Wiosny” wraz z żoną Stanisławą na wszelkie kinowe nowości. Małżeństwo miało nawet tam swoje stałe miejsca „za filarkiem”. Do „Wiosny” uczęszczała niestety także brwinowska żulia i pan Wacław musiał niekiedy stanowczo interweniować – np. gdy dym palonych pod osłoną ciemności papierosów zaczynał już spowijać kinowy ekran lub kiedy chamskie komentarze rzucane podczas scen intymnych na ekranie całkowicie rozbijały filmową iluzję oraz skupienie oglądających. Tak się właśnie zdarzyło podczas projekcji „Casablanki”. Pan Wacław nie wytrzymał – wstał i wygłosił stanowczą mowę, która poszła w pięty rozrabiakom. Od tej pory, kiedy ta niesforna część widowni wiedziała, że aktor z żoną siedzą już na swoich miejscach „za filarkiem”, padała poufna komenda: „Dziś morda w kubeł, Kaszablanka jest na sali!”.

Wypowiada się także syn pana Wacława – lekarz – Bartłomiej. Od niego dowiadujemy się o dwóch jeszcze talentach wybitnego aktora: do gry na gitarze i do robienia zdjęć. W rodzinnych zbiorach pozostały – jego gitara i stary aparat fotograficzny marki Schneider. Sekwencja filmu pokazująca sesję zdjęciową nad rzeką z udziałem żony Staszki wykonaną przez zakochanego w niej bez pamięci męża należy do najczulszych i najpiękniejszych, te zdjęcia przepojone są ich najpierwszą miłością i późniejszą dojrzałą przyjaźnią. Żona była zawsze pierwszym i najsurowszym krytykiem jego ról.

Wnuczka Olga opowiada o miłości dziadka do niej (tu: ich ulubiona zabawa w „misie – patysie” nad pobliskim strumieniem), miłości tak wielkiej, że babcia Staszka mogła być o nią zazdrosna, i o miłości dziadka Wacława do… pszczół. Pan Wacław urządził w ogrodzie przy swojej brwinowskiej willi „Boży Dar” pasiekę i każdego roku miał z niej wiele litrów miodu. Kilka glinianych dzbanków tego miodu przeżyło gospodarza pasieki… Film ukazuje więc artystę w nieznanych szerokiej publiczności domowych wcieleniach.

fot. ze zbiorów rodzinnych – udostępnione przez Bartłomieja Kowalskiego, syna aktora

Waldemar, współtwórca filmu, jako mieszkaniec Brwinowa znający osobiście pana Wacława po linii zawodowej, przysłużył się filmowi także swoimi opowieściami o wspólnych z aktorem porannych podróżach pociągiem podmiejskim do Warszawy, do Teatru Na Woli, w którym obydwaj pracowali. Najpierw jako młody asystent reżysera spotkał tam Wacława Kowalskiego przy realizacji „Podróży po Warszawie” w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego (Wacławowi Kowalskiemu partnerowała w spektaklu Hanka Bielicka; premiera 30 XII 1977 r.). Później obaj brwinowscy ludzie teatru – młody i starszy – spotkali się na tej samej scenie przy dyplomie reżyserskim Waldemara „Sędziowie” i „Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego (premiera 15 X 1980 r.). Pan Wacław grał w spektaklu małą rolę Piwosza, ale podczas prób, między swoimi wejściami na scenę, nie przesiadywał w teatralnym bufecie (teatralnych plotek nie lubił) – wolał siedzieć na widowni i obserwować pracę kolegów i reżysera. Kiedy próbowana scena szła niemrawo, tzn. koledzy aktorzy nie dawali z siebie wszystkiego, pan Wacław podchodził do jeszcze nieopierzonego reżysera – i szeptał mu do ucha: „Pitu-pitu, panie Waldku!...”, co znaczyło, że na scenie jest nudno, że nie ma energii. To była zawsze cenna podpowiedź.

Na planie „Samych swoich” – o którym w filmie brwinowskich twórców opowiada grający u boku pana Wacława jego syna Witię, aktor Jerzy Janeczek – było tak samo. Pana Wacława roznosiła twórcza energia – aktor sypał jak z rękawa pomysłami i rozwiązaniami kręconej właśnie sceny i chciał wypróbować je wszystkie. Taki aktor to dla reżysera prawdziwy skarb, wiedział o tym najlepiej reżyser kultowej trylogii o Kargulu i Pawlaku – Sylwester Chęciński. (Panu Sylwestrowi bardzo się podobał dokument filmowy o panu Wacławie autorstwa dwóch brwinowskich twórców.)

Film Adama Gzyry i Waldemara Matuszewskiego o wielkim polskim aktorze komediowym kończy przejmująca opowieść o ostatnich latach Artysty, który po tragicznej śmierci młodszego syna Macieja, całkowicie odsunął się od zawodu i już tylko przesiadywał codziennie przy jego grobie. Dziś Wacław Kowalski i jego żona Staszka spoczywają obok syna na brwinowskim cmentarzu.

Link dający możliwość obejrzenia filmu w internecie można znaleźć na stronie internetowej Biblioteki Publicznej im. Wacława Wernera w Brwinowie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także