EN
25.10.2022, 17:12 Wersja do druku

W sumie udany remake „Apolla z Bellac”

fot. Jan Bogacz / mat. teatru

„Apollo z Bellac” Jeana Giraudoux w reż. Anny Wieczur w Teatrze Telewizji. Pisze Krzysztof Krzak w „Teatrze dla Wszystkich”.

Telewizja Polska lubi wracać pod każdym pretekstem do tego, co już było. Tym razem padło na jednoaktówkę Jeana Giraudoux „Apollo z Bellac”, która w historii Teatru Telewizji funkcjonuje jako pierwszy i zachowany po dziś dzień spektakl tej największej (przynajmniej kiedyś) sceny teatralnej. Przy okazji powrócono także do prezentowania spektaklu na żywo.

Z tym legendarnym spektaklem w reżyserii Adama Hanuszkiewicza i z jego oraz Kaliny Jędrusik, Jacka Woszczerowicza i Justyny Kreczmarowej udziałem, była swego czasu ciekawa historia. Dostępna w sieci wersja pochodzi z roku 1961, choć premiera telewizyjna „Apolla…” odbyła się trzy lata wcześniej, ale ze względu na słabą jakość techniczną zapisu postanowiono ją powtórzyć i nagrać ponownie. Pretekstem do powstania nowej wersji sztuki francuskiego powieściopisarza i dramaturga było 70–lecie TVP, choć jak pisze administrator facebookowego profilu Teatru Telewizji TVP miało ono uświetnić obchody 70–lecia telewizyjnego teatru, co jest oczywistą nieprawdą, bowiem pierwszy spektakl TTVP wyemitowano w listopadzie 1953 roku. Ale nie bądźmy drobiazgowi…

Reżyserka najnowszej realizacji, Anna Wieczur, mówiła w wypowiedziach przedpremierowych, że podjęła się tej pracy, gdyż „Apollo z Bellac” jest „wspaniałą, uniwersalną historią o potrzebie piękna, o tym, jak my ludzie tęsknimy za pięknem”, co w kontekście poczynań TVP w zakresie propagowania tegoż, zwłaszcza w obszarze stosunków międzyludzkich, brzmi tyleż przewrotnie, co gorzko. Ale skupmy się na sztuce i przedstawieniu…

Sztuka Jeana Giraudoux nie jest zbyt skomplikowana w swojej konstrukcji i przesłaniu. Oto młoda, nieśmiała, a w pewnym stopniu też zakompleksiona dziewczyna, imieniem Agnieszka, spotyka w Urzędzie Małych i Wielkich Wynalazków tajemniczego, pełnego uroku osobistego mężczyznę, owego Apolla z Bellac, miasta, w którym przyszedł na świat autor sztuki. Ona ma tu do załatwienia pewną istotną dla siebie sprawę, ale obawia się, że nie będzie w stanie tego uczynić, bowiem ma pewne zahamowania w stosunkach z mężczyznami, wynikające z – jakby to powiedziała Maria Czubaszek – z nienachalności swojej urody. I wówczas tenże przystojniak zdradza jej sekret, który umożliwi jej sukces w kontaktach z przedstawicielami płci przeciwnej. Ma im po prostu mówić, że są… piękni, nawet gdyby to nie była prawda. Agnieszka rozpoczyna testowanie metody od gburowatego Woźnego w muzeum (gra go Sławomir Orzechowski) i przekonuje się, że istotnie jest tak, jak obiecał pan z Bellac. Dziewczyna zaczyna ją stosować wobec innych spotkanych osób: Sekretarza generalnego (Robert T. Majewski), pana de Lepedury (Henryk Niebudek) i w końcu do apodyktycznego Dyrektora (niezawodnie rewelacyjny Jarosław Gajewski, który nie wychodzi z roli nawet, gdy wypada mu bateria od mikroportu). I okazuje się, iż wobec tych innych osób metoda przekazana przez nieznajomego jest równie skuteczna. Dzięki tej radzie świat Agnieszki nabiera piękniejszych barw. Brzmi jak z bajki? Owszem, ale któż z nas nie tęsknił, by żyć w świecie dobrych ludzi, pozytywnie wobec siebie nastawionych?

Urodę tego świata i jednocześnie przesłanie sztuki podkreśla scenografia Katarzyny Adamczyk utrzymana w jasnych pastelowych barwach, podobnie jak śnieżnobiały garnitur Pana de Bellac. Przemysław Stippa prezentuje się w nim nie tylko elegancko, ale wręcz bosko–anielsko, jak tajemnicza istota z zaświatów. Obsadzenie w roli Agnieszki Moniki Pikuły wydaje się być bardzo trafionym pomysłem. Reprezentuje ona diametralnie odmienny od Jędrusik typ urody i sposób zachowania. Jest przez to bardziej wiarygodna i przekonująca jako zakompleksione dziewczę, naiwnie wierzące w możliwość odmiany swego losu i otaczającego ją świata. Pikuła jest naturalna w każdym geście, minie, nerwowym zmrużeniu oka. Stanowi wyrazisty kontrast w stosunku do zagranych – w mojej opinii – zbyt grubą kreską Teresy (Anna Sroka – Hryń) i panny Chevredent (Natalia Stachyra). Generalnie jednak spektakl ma właściwy dla poruszanej tematyki klimat, podkreślany przez adekwatną muzykę Ignacego Zalewskiego. Został też sprawnie zrealizowany przez Marka Bika i Krzysztofa Mioduszewskiego.

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła