„Lisa” Jolanty Janiczak w reż. Wiktora Rubina w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Są reżyserzy, którzy z każdym kolejnym spektaklem próbują odnaleźć nowy język. Wiktor Rubin od lat pozostaje wierny temu samemu sposobowi myślenia o teatrze. Bardziej interesuje go rozbijanie scenicznej iluzji niż budowanie świata, w który widz miałby wejść bez oporu. Jego przedstawienia przypominają eseje sceniczne – nie tyle opowiadają historię, ile proponują jej interpretację. „Lisa” w Teatrze Powszechnym jest kolejną odsłoną tej konsekwentnie rozwijanej estetyki.
Inspiracją spektaklu stały się losy Lisy M. Montgomery – kobiety skazanej na karę śmierci po dokonaniu zbrodni, do której prowadziło życie naznaczone doświadczeniem nieustannego upokorzenia i społecznego opuszczenia. Rubin i Jolanta Janiczak świadomie odsuwają na bok sensacyjny wymiar tej historii. Interesuje ich przede wszystkim proces narastania katastrofy i mechanizmy obojętności, które przez lata pozwalały jej dojrzewać. To interesujący punkt wyjścia. Problem w tym, że przedstawienie bardzo szybko zamienia pytania w gotowe diagnozy.
Od pierwszych scen spektakl konsekwentnie podważa własną iluzję. Aktorzy wychodzą z ról, komentują grane postaci, multimedia dopisują kolejne perspektywy, a scenografia przypomina raczej laboratorium niż miejsce dramatycznej akcji. Rubin nie pozwala zapomnieć, że każda scena jest tylko próbą zmierzenia się z cudzym losem, nigdy jego wiernym odtworzeniem. Problem w tym, że spektakl znacznie bardziej zajmuje się analizowaniem własnych narzędzi niż losem bohaterki. Paradoks polega na tym, że właśnie ta nieustanna autorefleksja osłabia siłę samej historii. Im częściej przedstawienie mówi o niemożliwości pokazania cudzego doświadczenia, tym trudniej naprawdę je odczuć.
Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy Rubin podporządkowuje bohaterów z góry przyjętej koncepcji inscenizacyjnej, rezygnując z budowania ich psychologicznej wiarygodności. Podobnie było w bydgoskich realizacjach, takich jak „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” czy „Detroit. Historia ręki”, a także w łódzkim „Dobrze ułożonym młodzieńcu” i w kieleckiej „Carycy Katarzynie”. Bohaterowie funkcjonują tam przede wszystkim jako nośniki określonych idei. W „Lisie” ten sposób budowania postaci wydaje się szczególnie wyraźny. Tytułowa bohaterka pozostaje figurą społecznego wykluczenia i dziedziczonej traumy, ale stosunkowo rzadko staje się człowiekiem, którego los potrafi wybrzmieć poza ramami przyjętej koncepcji.
Nie sposób odmówić przedstawieniu precyzji realizacyjnej. Łukasz Surowiec tworzy przestrzeń jednocześnie chłodną i klaustrofobiczną, kostiumy Marty Szypulskiej świadomie balansują na granicy groteski, a multimedia pozostają integralnym elementem dramaturgii. Równie konsekwentnie pracuje zespół aktorski, utrzymując trudną równowagę między obecnością w roli a jej komentowaniem. To przedstawienie zrealizowane z dużą dyscypliną formalną.
Właśnie ta dyscyplina okazuje się jednak jego największym ograniczeniem. Spektakl zdaje się bardziej wierzyć własnym rozwiązaniom formalnym niż sile opowiadanej historii. Każdy kolejny zabieg natychmiast zostaje opatrzony komentarzem; każdy dystans zabezpieczony następnym poziomem interpretacji. W rezultacie coraz mniej pozostaje miejsca na zwykłe milczenie, które w teatrze często mówi więcej niż najbardziej błyskotliwa koncepcja.
Twórcy podejmują ważkie kwestie odpowiedzialności społecznej, wykluczenia i zbiorowej obojętności wobec tych, którzy wypadają poza wspólnotę. Nie jestem jednak przekonany, czy teatr zawsze musi dopowiadać sens własnych obrazów. Najbardziej poruszające przedstawienia pozostawiają widzowi przestrzeń na samodzielną refleksję. „Lisa” zbyt często tę przestrzeń wypełnia gotową interpretacją.
Nigdy nie należałem do entuzjastów teatru Wiktora Rubina. Cenię konsekwencję jego artystycznych wyborów i odwagę podejmowania tematów trudnych, ale od lat mam poczucie, że w jego spektaklach forma zbyt często przesłania człowieka. Tak było w wielu wcześniejszych realizacjach i podobne odczucie towarzyszyło mi również podczas warszawskiej „Lisy”. Nie znalazłem w niej niczego, co skłoniłoby mnie do rewizji tego spojrzenia. Wyszedłem z Teatru Powszechnego nie tyle poruszony losem bohaterki, ile zmęczony sposobem, w jaki postanowiono o niej opowiedzieć.
Historia Lisy M. Montgomery bez wątpienia zasługuje na teatralną opowieść. Pytanie tylko, czy nie większą siłę miałby spektakl, który zaufałby widzowi bardziej niż własnym środkom wyrazu.
Bo teatr nie zawsze wygrywa wtedy, gdy najgłośniej mówi o świecie. Czasem największą odwagą jest pozwolić wybrzmieć ciszy.