„Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Przemysław Skrzydelski w Teatrze dla Wszystkich.
„Wyzwolenie” Mai Kleczewskiej pokazuje, że reżyserka zmęczyła się obowiązkiem domknięcia swojego narodowego tryptyku. To niedobre przedstawienie, jedno z najsłabszych w jej dorobku.
Najpierw były przez cały czas podsycane zapowiedzi. Bo jeszcze zanim po głośnych „Dziadach” (2021) Maja Kleczewska w marcu 2024 r. wystawiła w Teatrze Słowackiego „Wesele”, było jasne, że sięgnie w Krakowie również po „Wyzwolenie” jako swego rodzaju epilog zmagań z narodowymi tematami, ale może i najmocniejszą wypowiedź spośród tych trzech. Potem premiera „Wyzwolenia” była przesuwana, choć głównie z tej racji, że reżyserka objęła dyrekcję warszawskiego Teatru Powszechnego i powstała konieczność zgrania planów ważnych instytucji. Jeszcze przecież pięć miesięcy temu oglądaliśmy na Pradze „Sublokatorkę”, spektakl znakomity, refleksyjny, imponujący tym, co Kleczewska potrafi najlepiej: osadzeniem dobrze zaadaptowanej opowieści w abstrakcyjnej, lecz jednocześnie przywołującej wiele uzasadnionych skojarzeń przestrzeni. Wiele wskazuje na to, że czas, który minął od zakończenia pracy nad inscenizacją według prozy Hanny Krall do rozpoczęcia prób „Wyzwolenia”, nie był wystarczający, żeby sprostać tytułowi Wyspiańskiego w trybie reżyserowania w Krakowie i dyrektorowania w stolicy.
Choć może i to wcale nie zadecydowało? Gdy teraz przyglądałem się propozycji Kleczewskiej, z minuty na minutę nabierałem coraz większej pewności, że Kleczewska tego „Wyzwolenia” nie chciała. Że po „Dziadach” i „Weselu” nie ma już nic więcej do powiedzenia w polskich sprawach, jakiekolwiek by one były. Ale to także jeszcze dałoby się wytłumaczyć i nie to byłoby najgorsze.
Tym przedstawieniem rządzi chaos na niemal każdym poziomie. Najwyraźniej Kleczewska przerażona faktem, że Dominika Bednarczyk jednak nie zagra Konrada (to było kluczowe założenie tej realizacji), poddała się i tym samym odcięła sobie inne ścieżki dojścia do przekonującej interpretacji. Bo skąd nagle wzięła się idea, aby niektóre kwestie Konrada rozpisać na kogoś w rodzaju Konrada pierwszego (Mateusz Bieryt), a inne rozdać aktorom, którzy wypowiadają też słowa Masek. W rezultacie możemy tylko filozoficznie przyjąć, że Konradów jest mniej więcej tylu, ile jest Masek. Zatem protagonista prowadzi dyskurs sam z sobą, biorąc na siebie ciężar obłąkańczej retoryki, w której mieszają się polskie postawy, pozy i stanowiska. W tej koncepcji nie ma nawet nic odkrywczego i myślę, że Kleczewska byłaby w stanie ją przeprowadzić, ale do tego trzeba by jeszcze porozumienia z odpowiedzialnym za opracowanie tekstu Grzegorzem Niziołkiem. Z tym że on sam najwyraźniej nie wiedział, jak daleko może się posunąć i jak w ogóle zastąpić pierwotny plan na sceniczną obecność Dominiki Bednarczyk.
Oglądamy więc spektakl składany w całość na ostatnią chwilę, konstruowany metodą prób i błędów, przymiarek i mniej lub bardziej godnych zaakceptowania przez Kleczewską rozwiązań. Jednak niektóre z nich budzą wręcz uśmiech politowania. Reżyser (Krzysztof Głuchowski) wkraczający dumnym krokiem jako Joker w wersji z filmu Todda Phillipsa i próbujący się uwiarygodnić jako spiritus movens widowiska, które miałoby za zadanie spośród wszystkich polskich widowisk najwięcej o Polsce powiedzieć? To dowód bezradności i absurd nie do obrony, nawet jeśli będziemy się wykłócać zarówno o prześmiewczą siłę teatru, jak i nieraz koszmarne oblicza narodowego imaginarium.
Zresztą nic w tym „Wyzwoleniu” nie wybrzmiewa do końca. Tak, jakby zespół Teatru Słowackiego sam nie został przekonany, w jakiej sprawie do nas przemawia i z jakich powodów frazy Wyspiańskiego wypowiada w takiej, a nie innej konfiguracji. No i po co przez dwie godziny na różne sposoby ogrywa te ogromne schody.
Czasem nawet nie wiadomo, czy aktorzy po nich wchodzą czy schodzą.
2/10