„W 80 dni dookoła świata. Tam i z powrotem” na motywach powieści Juliusza Verne'a w reż. Roberta Talarczyka i Mateusza Znanieckiego w Teatrze Capitol w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Spektakl ogląda się dobrze – jest przez obu reżyserów starannie przemyślany, „wszystko się w nim zgadza”. Aktorzy wyraźnie czerpią radość z udziału w tym przedsięwzięciu i trzymają swoje postaci w ryzach, na wypadek gdyby któraś z nich (postaci, nie ryz) próbowała zbyt mocno przycisnąć kredkę, którą została narysowana. Mamy bardzo dobrą muzykę (Chłopcy kontra Basia), a ważną część przedstawienia stanowią piosenki napisane i wykonane z wdziękiem, talentem oraz wyczuciem. Do tego świetna scenografia, dzięki której jednym pstryknięciem przenosimy się z kontynentu na kontynent, a widowiskowości dodaje starannie wypracowana choreografia.
Mam jednak kilka uwag do tekstu.
Oczywiście spektakl powstał na motywach Verne’a i nie jest dosłowną inscenizacją jego powieści, niemniej nie jestem pewien, czy autorski wkład adaptacji uczynił całość lepszą, czy raczej – bardziej czytelną dla docelowego widza (jak czytamy – od 5. roku życia). Bardzo insajderski żart związany z aktorstwem – jak zagrać siedmioosobową obsadą tłum pięćdziesięciu Indian – czy odniesienia do stanów świadomości po zażyciu rozmaitych substancji (wciąż – zdaje się – niedozwolonych w naszych podstawówkach) wydały mi się nieco niekoherentne.
Podobnie śląskie „wycieczki” w dialogach bohaterów czy mrugnięcia okiem do dorosłego widza z odniesieniami do współczesności – proszę o wybaczenie – mało komunikatywnymi dla najmłodszych. Rozpoczynająca spektakl scena z Passepartoutem czytającym gazetę nie wywołała – w przygodowym przedstawieniu dla dzieci – huraganów śmiechu na widowni.
Pewnie byłoby jeszcze kilka drobiazgów, do których mógłbym się przyczepić, ale w sumie oceniam to przedstawienie pozytywnie, aliści z drobnym jednak minusikiem.