Ostatni bon vivant, bywalec ogródków, ostatni Warszawiak, który potrafił nosić tużurek, tańczyć walca, robić oko do dam, jeździć wytwornie dorożką – 17 kwietnia 1981 r. zmarł Ludwik Sempoliński, artysta estrady i kabaretu, profesor warszawskiej PWST.
„Charakterystyczna sylwetka, ogromna sprawność ruchowa, utanecznienie i muzykalność oraz naturalna vis comica uczyniły zeń jednego z najwybitniejszych aktorów estrady, podnoszących ten gatunek do rangi sztuki wysokiej” - napisał Tomasz Mościcki (culture.pl, 2011). „Największe swoje sukcesy odnosił Sempoliński w rolach nawiązujących do tradycji teatru dziewiętnastowiecznego jeszcze, jednak z tego przebrzmiałego już wówczas stylu uczynił nową i żywą artystyczną jakość” - podkreślił.
„Ręka muskająca wąsik, ruch laski, błysk monokla, odwinięcie jaskółki fraka, elegancja każdego pas w popisach kunsztu wodzireja…” - wspominała artystę Kira Gałczyńska.
Warszawiakom jawił się jako „ostatni bon vivant, ostatni bywalec ogródków, ostatni obywatel miasta, który potrafi nosić tużurek, tańczyć walca, robić oko do dam, jeździć wytwornie dorożką, wtrącać dla elegancji francuskie wyrazy” – tak go opisał Olgierd Budrewicz w książce pt. „Zdumiewająca Warszawa” (1968). Po prawie 60 latach można chyba śmiało powiedzieć, że nie ma już w stolicy, ani na całej kraju połaci, takiej postaci jak Ludwik Sempoliński.
Ludwik Agapit Sempoliński urodził się 18 sierpnia 1899 roku w Warszawie jako syn Antoniego (1870–1951) i Stanisławy z domu Subirre (1868–1954). Wychowywał się na Starym Mieście, naprzeciw katedry św. Jana. O tym, że został aktorem zdecydowało „tylko i wyłącznie powołanie”. „A kiedy się ono pojawiło i w jakich okolicznościach to już inna sprawa” – pisał Sempoliński w książce pt. „Wielcy artyści małych scen” (1968).
Wyjaśnił, że mógł to sprawić Bolesław Leszczyński jako król Sobieski w „Odsieczy Wiednia” Wincentego Rapackiego – którego ujrzał mając lat 5 albo 6. A może Stefan Jaracz „starzejący się” o 55 lat na scenie Teatru Polskiego w „Trzech pokoleniach”… „Było to niezapomniane dla mnie wrażenie” – wspominał. A może wreszcie stało się to na balu, na którym 12-latek i zobaczył „po raz pierwszy i ostatni wodzireja z prawdziwego zdarzenia”.
„Na skutek rozmaitych widowisk zacząłem spisywać sobie z płyt gramofonowych monologi nagrane przez Fertnera i Hryniewicza, jak »Szmul swat« czy »Dorożkarz warszawski«” – wspominał Sempoliński. „Wyuczyłem się ich na pamięć wraz ze wszystkimi akcentami i załamaniami głosów artystów, i później przy wygłaszaniu tychże przed licznym gronem bliższej i dalszej rodziny, i zaproszonych gości, podczas jakichś uroczystości familijnych, odnosiłem szalone sukcesy. No bo proszę sobie wyobrazić dziesięcioletniego smarkacza deklamującego z całą powagą »Szmula swata«, naśladującego Fertnera i nie rozumiejącego wielu dowcipów. Wszyscy pokładali się ze śmiechu, nie wiadomo, czy z kontrastu między pikantnym tekstem i wygłaszającym go pętakiem, czy z wykonania” – napisał.
W warszawskiej Szkole Zgromadzenia Kupców przy ul. Waliców - posłał go do niej ojciec, który szczęśliwą przeszłość syna widział w roli handlowca – Ludwik założył kwartet „Sygnał”, „zalążek przyszłych rewelersów”, z którym występował na „rozmaitych koncertach amatorskich”. W efekcie rosnącej popularności kwartet znalazł się w chórze kościoła Bernardynów na Krakowskim Przedmieściu.
Kiedy student Wyższej Szkoły Handlowej – ojciec był w swoich planach względem syna konsekwentny i nieugięty twierdząc, że aby zostać aktorem trzeba mieć talent, natomiast urzędnikiem można być „bez tego dodatku” - trafił w 1918 roku na przesłuchanie w teatrzyku „Sfinks”, na wszelki wypadek zostawił fałszywy adres. Mimo tego asekuracyjnego wybiegu, już w kilka tygodni później śpiewał w „Sfinksie” piosenkę o inflacji pt. „Lecą mareczki, lecą, lecą”. Wysokość uzyskanego honorarium rozbroiła ojca i kariera Ludwika mogła się rozwijać dalej.
Ze „Sfinksa” w 1920 roku trafił na scenę warszawskiej operetki „Nowości” gdzie występowały takie gwiazdy jak Ćwiklińska, Messal czy Fertner. Grywał w kabarecie „Morskie Oko”
„Najczęściej byłem tym drugim amantem, tzn. amantem lekkim, utanecznionym. Choć nie tylko. Jeśli mogłem grać inną rolę - np. jakiegoś wujcia idiotę - chętnie oddawałem rolę wodewilisty. Zawsze pasjonowały mnie role charakterystyczne" - wspominał Sempoliński.
„Był w Polsce pierwszym wykonawcą i popularyzatorem charlestona” – przypomniał Wojciech Dąbrowski w „Gwiazdozbiorze polskiej piosenki”.
W filmie zadebiutował rolą księcia von Lampenstein w filmie „Manewry miłosne” (1935), ponadto wystąpił m. in. w: „Jaśnie pan szofer" (1935), „Róża" (1936), „Barbara Radziwiłłówna" (1936).
Bohaterowie jego szlagierów często byli wzięci z życia - którego Sempoliński był bacznym obserwatorem.
„Kiedy dostałem tekst piosenki »Tomasz, skąd ty to masz« głowiłem się jak pokazać jej bohatera, bufona, który przechwala się swymi sukcesami u kobiet. Przyszedł mi wtedy do głowy mężczyzna, którego poznałem kilka lat wcześniej w kawiarni w Wilnie. Starałem się wtedy siadać blisko niego, słuchałem intonacji głosu, gdy opowiadał o swych podbojach, podpatrywałem gesty i mimikę. W sześć lat potem - w 1930 roku - powstała postać Tomasza z piosenki" - opisywał aktor.
Podobnie było z „Ostatnim posłańcem”, który ujął publiczność wzruszającą frazą: „ja przecież wcale nie przeszkadzam miastu”.
„Przechodząc co dzień w drodze do teatru koło Hotelu Europejskiego zauważyłem posłańca staruszka, któremu z całego umundurowania pozostała tylko czerwona czapka, a jedynym zajęciem rozdawanie za groszową opłatą ulotek reklamujących się firm. Żałosny jego wygląd natchnął mnie do odtworzenia scenicznego takiej właśnie postaci. Zaproponowałem więc Włastowi taki numer” – wspominał Sempoliński. „W ten sposób powstał i wszedł do mego repertuaru jeszcze jeden przebój. Na generalną próbę i na premierę sprowadziłem tego posłańca i do złudzenia upodobniłem się dzięki charakteryzacji do niego. Już na premierze odczułem rezultaty moich wysiłków. Kiedy ukazałem się przed kurtyną w czasie przygrywki, wstał z krzesła jakiś wysoki, starszy pan, podobny do Wojciecha Kossaka, i donośnym szeptem, który cała sala słyszała, opowiedział: to mój posłaniec. Okazało się, że przypadkowo wybrałem jako model posłańca, który przed czterdziestu laty, kiedy przyjeżdżał ów gość do Warszawy na hulanki, był przez niego angażowany do wszystkich poleceń na cały okres jego pobytu” - relacjonował. „Gdyby zakłócił mi występ tylko na premierze, darowałbym ten entuzjazm, ale przychodził stale na ten program ciągle z innymi znajomymi, których szeptem (zawsze dostatecznie głośnym dla całej sali) informował o mojej postaci” – skarżył się odtwórca „Ostatniego posłańca”.
Zdarzył mu się jeden „prototyp”, który najpierw stał się sukcesem a zaraz później przekleństwem. W programie „Orzeł czy Reszka”, pokazanym po raz pierwszy 31 maja 1939 roku w teatrzyku „Ali Baba”, elementem przedstawienia było „Panopticum”, w którym „figury woskowe” przedstawiające Mussoliniego, Francję, Becka, Hitlera i Chamberlaina „ożywały” i śpiewały ostre satyryczne kuplety. Sempoliński był „Hitlerem”.
„Część widowni zapełniali Żydzi w chałatach, niewiele rozumiejący po polsku, dla których magnesem była właśnie postać Hitlera. Kiedy stałem na podwyższeniu w charakterze figury woskowej »Wodza«, widziałem podniecenie w tej części widowni i słyszałem szmer: Hitler… Hitler…” – wspominał. „Po miesiącu grania rewii ambasador niemiecki zaprotestował w naszym MSZ przeciwko ośmieszaniu postaci Hitlera” – napisał aktor. „Po obejrzeniu numeru przez specjalną komisję mieszaną niemiecko-polską dyrekcja otrzymała nakaz skreślenia Hitlera. Zapanowała konsternacja, gdyż jedną z największych atrakcji programu była właśnie ta postać. Próbowałem ratować sytuację i zgoliłem Hitlerowi wąsiki, nic nie pomogło. Obserwatorzy z ambasady niemieckiej pilnowali na widowni respektowania nakazu. Musiałem się przecharakteryzować na Goebbelsa. Tego puścili” - opisywał. „Całe szczęście, że w piosence »Ten wąsik« ani razu nie padało słowo Hitler, więc nie mogli się do niej przyczepić, wobec czego utrzymywała się przez cały czas trwania programu” - dodał Sempoliński. „Nie przypuszczałem, że te produkcje już w krótkim czasie będą mnie tyle kosztowały” - podsumował.
Po wybuchu wojny, na rozkaz płk. Romana Umiastowskiego opuścił stolicę. „Po zdobyciu Warszawy hitlerowcy byli w moim mieszkaniu wypytując się, gdzie jestem i kiedy wracam. To samo zresztą było w Wilnie, gdzie się znalazłem z innymi uciekinierami i gdzie przez cały czas mnie poszukiwano” - wspominał Sempoliński.
W latach 1940-41 występował w okupowanym przez Sowietów Wilnie, po zajęciu miasta przez Niemców ukrywał się na Białorusi, pod nazwiskiem Józef Kalina, pracując m.in. jako pastuch koni i dozorca.
Po wojnie grał w łódzkim Teatrze Kameralnym Domu Żołnierza. W 1946 r. związał się z warszawską „Syreną” na scenie której pracował praktycznie do końca. W tym samym roku występował też w krakowskim kabarecie „Siedem kotów”. Zagrał też w kilku filmach m.in. „Skarb” (1948), „Irena do domu!” (1958) i „Niekochana” (1965).
W 1959 roku sam stał się bohaterem filmu dokumentalnego Ludwika Perskiego pt. „Pan profesor” - od 1954 roku pracował bowiem w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej.
„Był Sempoliński także wybitnym pedagogiem warszawskiej PWST. Wykładał sztukę estradową i piosenkę. Spod jego ręki wyszli tak wybitni artyści jak Barbara Rylska, Adrianna Godlewska, Bohdan Łazuka, Jerzy Połomski” – przypomniał Tomasz Mościcki.
„Miałem wielu utalentowanych uczniów; chociażby Połomskiego, Rylską. Myślałem, że moim następcą będzie wielki talent, na miarę znakomitych piosenkarzy przedwojennych: Bohdan Łazuka. Niestety, zamiast pracować, zaczął zbyt szybko odcinać kupony od swego talentu” – powiedział Sempoliński w wywiadzie dla „Perspektyw” (Nr 34, 1978).
„Wśród swoich licznych uczniów miałem kilkunastu wybitnie utalentowanych, ale zaledwie kilku z nich wypłynęło na szerokie wody. Innym pierwsze sukcesy zawróciły w głowie. Zaczęli się powtarzać i używać życia. A aktorstwo wymaga wiecznej pracy nad sobą” – podkreślił w rozmowie z „Kurierem Polskim” (Nr 226, 1978). „Młody utalentowany człowiek musi mieć swego menedżera czy impresaria. Tacy fachowcy byli przed wojną w branży rozrywkowej. I powinni być dzisiaj. Przedsiębiorstwa estradowe powinny dysponować ludźmi, którzy zajęliby się wyławianiem i kształceniem zdolnej młodzieży, a nie tylko eksploatacją piosenkarzy jednego sezonu czy nawet jednej piosenki” – dodał.
Ludwik Sempoliński zmarł 17 kwietnia 1981 roku – miał 81 lat. Jest pochowany na Starych Powązkach w Warszawie.