„Power Play” wg scen. Szymona Adamczaka w reż. Samary Hersch w TR Warszawa. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Teatralne eksperymenty TR Warszawa stały się wizytówką sceny przy Marszałkowskiej. Jak to z eksperymentami bywa, jedne wychodzą całkiem nieźle, drugie wychodzą bokiem. Mieliśmy tu już body horror, był spektakl zagrany na niemal ciągle obracającej się scenie, były przedstawienia włączające osoby z niepełnosprawnościami oraz próby adaptacji współczesnej trashowej antyprozy. Co jakiś czas do wymiany doświadczeń zapraszani są zagraniczni twórcy młodego pokolenia, jak ostatnio Lina Lapelytè czy Emma Hütt. Tym razem wybór padł na Samarę Hersch, reżyserkę pochodzącą z Melbourne, która w swą praktykę teatralną włącza działania społeczne, często konfrontując spojrzenie dorosłych z nastolatkami i dziećmi. Jej twórczość wpisała się w międzynarodowy nurt kuratorski „Do kogo należy teatr?” Marty Keil, w ramach którego postanowiono zaryzykować z kolejnym eksperymentem i dopuścić do kształtowania teatralnej przestrzeni i formy nieskrępowaną wyobraźnię osób małoletnich. Zgodnie z projektem ośmioro uczniów warszawskich szkół podstawowych przystąpiło do dwutygodniowych warsztatów z aktorami TR Warszawa, by wspólnie stworzyć i zrealizować spektakl „Power Play”, inspirowany powieścią „Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka. Ale jako się rzekło, eksperymenty lubią żyć własnym życiem.
Dworska, symfoniczna muzyka Karola Nepelskiego przy dominujących dźwiękach klawesynu zaprasza nas do pałacu Króla Maciusia, czyli wielkiego patchworkowatego namiotu rozstawionego na środku sceny. Akcja dzieje się wewnątrz, lecz oglądamy ją okiem kamery transmitującej na bieżąco obraz na wielki ekran. Dla teatralnych purytan może być tu za dużo techniki kosztem obcowania z żywym teatrem, ale awangarda ma swoje prawa i można jej to wybaczyć. Aktorzy wraz z dziećmi odgrywają zabawną pantomimę w rytm zabarwionego emocjami i równie humorystycznego tekstu podawanego przez uskrzydlonego narratora w osobie Tomasza Tyndyka. Maria Maj schowana za wielkimi wąsiskami wciela się w przerażającego premiera. W rolach ministrów towarzyszą jej dzieci, a młody Vincent Kalita-Porcari staje się nawet schorowanym królem-ojcem. Rezolutnego Maciusia bawiącego się radośnie przytulanką po przebudzeniu, a wkrótce stojącego przed pokusami władzy przedstawia w wyrazistej mimice Dobromir Dymecki. Uwagę zwracają pomysłowe kostiumy Marty Szypulskiej stworzone w imię dbałości o planetę z materiałów z recyklingu – królewska peruka z korków po winie czy sędziowska z papierowych rolek, elementy strojów wycięte z plastikowych butelek spoza systemu kaucyjnego oraz szereg zwariowanych rekwizytów, jak korona udekorowana sterczącymi sztućcami czy kolorowe karabiny na wodę pooklejane balonami i właściwie czym popadnie. Wnętrze namiotu ozdobiono ilustracjami i dziecięcymi malunkami, które w połączeniu z wielobarwnymi tkaninami tworzą oszałamiający świat nieograniczonej wyobraźni.
Maciuś przeżywa znane nam wszystkim przygody wychodząc w końcu na zewnątrz namiotu i psioczy słowami narratora na dorosłych, którzy jednego dnia traktują go wciąż jak dziecko, a gdy im to nie pasuje, rozkazują mu być równie dorosłym, co oni. Wybierając się wbrew woli ministrów na wojnę, dzięki radom sprytnego Felka poszukuje kukły, manekina lub sobowtóra, który go zastąpi i niepokojąco przygląda się publiczności. „Wojna to jednak nie zabawa, wojna to wojna”. I choć na scenie TR-u przypomina nieco rozświetlaną rozbłyskami grę komputerową, to w połączeniu z intensywną muzyką i donośnym larum Tyndyka staje się czymś namacalnym i groźnym. Ale przynajmniej zwycięskim. A pokonani trzej królowie znoszą Maciusiowi dary, w tym przejmująco smutną piosenkę o samotności władzy i życiu, w które wpisane są także porażki. Chwilę później warsztatowa praca nad tekstem Korczaka rodzi słuszny skądinąd bunt młodzieży. Bo jakże to, dorośli udają na scenie dzieci i lepiej niby wiedzą, co one czują i myślą? Wciąż opowiadają te same nudne historie, nie dając się ponieść fantazji. I zakładają jeszcze te durne kostiumy dla sześciolatków. Fakt faktem, umotylowiony Tomasz Tyndyk prezentował się bardziej jak pszczółka Maja, niż młody Bóg.
Nagła wolta przenosi spektakl w zupełnie nowe rejony. Samara Hersch pragnęła oddać historią króla Maciusia więcej władzy w ręce dzieci, ale udało jej się jedynie o tym oddaniu opowiedzieć. Dlatego, aby zadośćuczynić pierwotnym założeniom, w drugiej odsłonie całkiem realnie oddaje teatr we władanie dzieciom na całe piętnaście minut. W tym czasie dzieciaki mogą robić co chcą, mówić co chcą, zadawać dorosłym zadania aktorskie i rządzić się jak na własnym podwórku. Ten performatywny, chaotyczny i całkowicie nieprzewidywalny kwadrans to prawdziwa erupcja pomysłów, szczerego śmiechu oraz rzeczywisty sprawdzian dla rozumnego wykorzystania posiadanej władzy. Nina, Alicja, Aurelia i Vincent postawili poprzeczkę naprawdę wysoko – widok Dobromira Dymeckiego czołgającego się wśród publiczności jako kaczka z brzydką mordą, Tomasza Tyndyka śpiewającego „Wesołe jest życie staruszka”, zawodzącej psim skowytem Marii Maj i utyskującej na wypalenie zawodowe oraz nieszczególnie atrakcyjne wyzwanie udawania żółwia Moniki Frajczyk, wart był każdej sekundy. Pokonani przez Świnkę Peppę, a także dodatkowe trzy minuty scenicznych tortur, aktorzy opanowali w końcu sytuację i ułożyli towarzystwo do pieca… znaczy się do snu.
Akt trzeci, zanurzony w onirycznych i intymnych wspomnieniach aktorów, poświęcony jest międzypokoleniowym relacjom, zwłaszcza tym z rodzicami. Dzieci, wędrując z kamerą w mroku przez nadmuchiwane wydmy, wydobywają z dorosłych senne zwierzenia. Słuchają opowieści, w których role dziecka i dorosłego przenikają się, czasem odwracają, ukazując zmianę widzenia na przestrzeni czasu. Historii o chwili, w której postrzeganie się w roli dziecka musi ustąpić wobec wyzwań dorosłego życia. Ale głos zabiorą także dzieci, mówiąc o swoich obawach i sprzeciwiając się odmawiania im wejścia w dorosłość na własnych zasadach.
„Power Play” to eksperyment ze wszech miar udany. W tym wypadku to właściwie dziecperyment. Spektakl Samary Hersch stworzony na wypracowanych wspólnie improwizacjach aktorskich przyjmuje różnorodne formy pokazując zmienne granice ról dziecka i dorosłego. Robi to jednak z przenikliwą wrażliwością, wyobraźnią i humorem, bez moralizatorskich tonów i zbędnego zadęcia. Najwięcej uwagi poświęca aspektowi władzy, której nadmiar potrafi zawrócić w głowie niezależnie od wieku. Władzę tę przekazuje z rąk do rąk zestawiając z odpowiedzialnością, wolnością i otwartością na dialog. Nie rości sobie przy tym prawa do komentowania współczesnej polityki, pozostając na gruncie społecznym i czysto ludzkim. Sceniczne współistnienie aktorów z młodymi wykonawcami wytwarza nieokreślony rodzaj bliskiej relacji, dając jednocześnie wybrzmieć oryginalnemu spojrzeniu i prawdzie przedstawicieli różnych pokoleń. TR Warszawa włączając do kreowania teatralnej rzeczywistości nastolatków kontynuuje swój inkluzywny kurs, a mi pozostaje jedynie przyklasnąć tak realizowanym scenicznym eksperymentom.
PS Recenzenckim obowiązkiem wspomnieć należy choćby w postscriptum, że w dublurze zobaczyć można Sebastiana Pawlaka oraz czwórkę pozostałych dzieciaków, a właściwie dziewczynek, czyli Leę, Łucję, Klarę i Olivię. O tym jednak jak rozwinięta jest ich wyobraźnia i jak bardzo panują nad pokusami teatralnej władzy musicie przekonać się już sami.