„Jubileusz” na podstawie filmu „Jubilee” Dereka Jarmana w reż. Macieja Jaszczyńskiego w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Trzeba mieć nielichą odwagę, by świętować jubileusz podczas teatralnego reżyserskiego debiutu. A jednak Maciej Jaszczyński, student V roku Akademii Teatralnej w Warszawie, pokazał, że można. Podczas studiów filmowych na brytyjskiej uczelni zetknął się z rozkładanym na czynniki pierwsze awangardowym kinem Dereka Jarmana, pioniera New Queer Cinema i guru filmowego postmodernizmu. Gdy więc dyrekcja stołecznego Teatru Dramatycznego zaproponowała mu stworzenie spektaklu o kontrkulturze, Jaszczyński wraz z dramaturżką Marią Gustowską, nie znalazłszy ciekawego punktu zaczepienia na polskim podwórku, sięgnął po ekstrawaganckiego artystę z Wielkiej Brytanii. A ściślej mówiąc po film „Jubileusz” z 1978 roku, rzecz kultową za Kanałem La Manche, u nas praktycznie nieznaną, niszową i, co tu dużo mówić, nieźle pokręconą. Dla mieszkającego po skłotach Jarmana, zanurzony w punkowej kulturze „Jubilee”, nazwany tak na cześć roku obchodów 25. rocznicy panowania Elżbiety II, stanowił dystopijną i nihilistyczną krytykę Wielkiej Brytanii, w której uderzał on pospołu w monarchię, jak i w powierzchowność punkowych idei skazanych na komercjalizację. Ale o czym miałby mówić dziś, przeniesiony na teatralne deski polskiego teatru?
Wpierw dwa słowa o osobliwym scenariuszu – brytyjska królowa Elżbieta I, twórczyni Imperium, pragnie poznać przyszłość swego wiekopomnego dzieła. Z pomocą przychodzi jej doradca i magik John Dee, protoplasta Prospera, przywołując anioła Ariela, by zadośćuczynił prośbie władczyni. Z teatru elżbietańskiego, pełnego kryz i szlachetnych szekspirowskich fraz przenosimy się do punkowego londyńskiego skłotu. Lecz nie do lat siedemdziesiątych, tylko nam współczesnych, gdzie wśród zniszczonych krajobrazów, gruzów i walających się śmieci, w obliczu upadku wszelkiej sztuki, ostatnie dinozaury anarchizmu pragną wskrzesić ducha kontrkultury. Na skłocie rządzą panie: piromanka Furia, uzależniona od seksu Menda, mitomanka Azotyna Poppers (bardzo eleganckie tłumaczenie oryginalnego Amyl Nitrate) oraz alter ego królowej, czyli Ela. Powtarzają one buntownicze frazesy Jarmana gloryfikujące bezkrólewie, odrzucenie praw i autorytetów, ale ich próby rewolucyjnych zmian czy nadawania symbolom nowych form grzęzną w pozbawionym szerszych horyzontów pustosłowiu. Wątek przewodni stanowi historia Kida, nowego objawienia punkowej sceny muzycznej, który zostaje wkręcony przez dziewczyny w medialne tryby nowego władcy świata – kontrolującego wszystkie stacje telewizyjne Borgii Ginza. Królowa Elżbieta przypatruje się zamachowi na życie swej koronowanej imienniczki, obserwuje zgniłą przyszłość klejącą się „od śliny, krwi i spermy” i dociera do niej, że każde złoto może pokryć się patyną i skorodować.
Maciej Jaszczyński pragnął uwspółcześnić przekaz Jarmana dodając nieco aktualnych smaczków, ale okazało się, że wizjonerstwo Brytyjczyka niekoniecznie ławo poddaje się takim zabiegom, jeśli w ogóle ich potrzebuje. Władza, w spojrzeniach obu reżyserów, spoczywa w rękach mediów, telewizji i migoczących obrazów. Dziś może bardziej TikToka i Fejs-zboka, niż BBC i MTV, ale schemat pozostaje niezmienny. Historię nadal przepisuje się na nowo i manipuluje faktami dla zaspokojenia potrzeb rządzących. Tak jak Elżbieta I może używać swojej mocy, by przewidywać przyszłość, tak Azotyna może uzyskać dostęp do przeszłości w dowolny sposób, konstruując ją zgodnie ze swą wolą i kompresując w jednej tabletce Xanaxu. Wcielająca się w wiecznie odurzoną historyczkę Helena Urbańska wciąż tańczy zapomniany balet na gruzach Europy, ale zamiast podrasowanej wersji „Rule Brittania” sławi jedność Unii w pastiszowej piosence disco przygotowywanej na konkurs Eurowizji. Brexit nie przeszkadza jej śpiewać: „Stajemy się jednością, dzielimy się miłością, wyrzekam się wartości, lecz kocham przyjemności”. Kontrkultura daje się zamknąć w kapitalistycznych szponach słupków oglądalności i idącej za nimi mamony. Choć pesymistyczne filmowe wizje upadku świata się nie spełniły, moralna zgnilizna i płytka rozrywka rozlewają się na masy, które łykają medialną i algorytmiczną papkę jak pelikany. A co z wolnością? Czy komukolwiek jeszcze na niej zależy? I kto miałby odwagę złamać różdżkę?
Odwagi na pewno nie brakuje aktorom, którzy z zaangażowaniem włączyli się w stworzenie jarmanowskiego chaosu i są najjaśniejszym punktem spektaklu. Pełna dostojeństwa w roli Elżbiety Magdalena Czerwińska, nosi na królewskiej sukni prześmiewczo kapitalistyczny wizerunek samej siebie i zapowiedź ostatecznego końca. Niegdyś wyznaczona na władczynię przez Boga, po latach społecznie spauperyzowana, służy jedynie do reklamy sprzedaży bielizny. Uroczyste obchody Jubileuszu stają się symbolem kiczu, a dla jej drugiego wcielenia, czyli Eli, królewska korona jest już tylko nic nie znaczącym świecącym kawałkiem masowej tandety. W podwójnej roli występuje także Jan Sałasiński wykazując się iście punkowym talentem wokalnym jako Kid i ironicznym dystansem proroka-przewodnika w oldskulowym anielskim wdzianku. Karol Wróblewski w roli Borgii Ginza nie ma w sobie tyle obleśnej ekscentryczności, ile jego filmowy odpowiednik Orlando. Eksponuje raczej bezbrzeżną władzę, splendor i megalomanię, ucieleśniając medialnego potentata, który wie, że „dopóki muzyka jest wystarczająco głośna, nie usłyszymy jak świat się rozpada”. Jako John Dee nabiera szlachetnego rysu, choć i jemu nie obce jest kapitalistyczne zepsucie. Sięgając po puszkę znanego skądinąd napoju zaprzecza słowom Furii, jakoby Ameryka umarła. Uwagę, nie tylko ekstrawagancką fryzurą i makijażem, zwraca na scenie wspomniana już Helena Urbańska, bardzo udanie wpisując się w psychologicznie zwichrowany umysł Azotyny. Oko przykuwa także Menda w wykonaniu Martyny Kowalik, zaangażowana miłośniczka wolnego rynku i świetnych tyłków. Nieco z boku pozostaje Lidia Pronobis, której postaci odebrano sporo filmowej akcji, choć trudno było oczekiwać, by spektakl zamienił się w spowitą płomieniami rzeźnię.
Scenografia Kamili Bukańskiej, odwołująca się do malarstwa Jarmana, pełna jest krwisto-rewolucyjnej czerwieni i wymalowanych anarchistycznych haseł. Popękana ściana, walające się kamienie i cegły, rzucony w kąt kufer z brytyjską flagą ukazują ruiny świata. Skłot zapełnia też zdezelowana pralka, pomazany materac i królewski fotel z napisem „chaos”. Gdzieś z boku stoi osobliwa wizualizacja postmodernistycznej sztuki wykonana z metalowych nóg od krzeseł. Całość uzupełniają będące emanacją władzy ekrany, na których, podobnie jak na całej okalającej scenę dekoracji wyświetlane są wzbogacające akcję obrazy video autorstwa Jakuba Dylewskiego. Na uznanie zasługują kostiumy Bukańskiej, niekiedy dość dosłownie nawiązujące do filmowych odpowiedników, a czasem parafrazujące oryginały w myśl szekspirowsko-punkowego ducha. Mieniąca się różnorodnymi stylami muzyka Michała Puchały stanowi wdzięczne tło dla parodystycznie dworskiej lub wściekle punkowej choreografii Katarzyny Sikory skąpanej w nadających kolorytu scenom światłach Heleny Rakovich.
„Jubileusz” to podróżująca w czasie i migotliwych obrazach opowieść o kondycji świata. Przesycona ironicznym humorem, nihilistyczna w swej konstrukcji i pokazująca, że „każdą formę buntu można zapakować i sprzedać”. Zanurzona w brytyjskości Jarmana i Szekspira, mimo prób uniwersalizacji staje się czasem nieczytelna, przeładowana sloganami i ukrytymi odniesieniami, które wymagałyby wyświetlania libretta. Struktura spektaklu, podobnie jak filmowego odpowiednika, jest fragmentaryczna i epizodyczna, nawet mimo prób nadania jej ram wokół historii Kida. Niekiedy tonie w chaosie myśli, jakby niedopasowana i luźno pospinana samą agrafką. Zgodnie z zapowiedziami Macieja Jaszczyńskiego, „Jubileusz” miał być opowieścią „o końcu wielkich narracji” i próbą ukazania „budowy nowej idei świata”. Tyle że podążając za Jarmanem, mówiąc jego językiem i posiłkując się jego spojrzeniem, a jedynie pudrując ten obraz odpryskami współczesności, spektakl nie prowadzi do niczego nowego. Może jedynie poruszać się w zamkniętym, ironicznym oraz lekko szalonym kręgu negacji i poczucia bezsensu. Ze sceny wybrzmiewa krytyka dzikiego kapitalizmu, imperialnego kolonializmu i monarchistycznej dumy, ale przez zawieszenie w brytyjskich konotacjach, z czasem staje się nam obojętna. I pomimo wizualnych fajerwerków, zaczyna nużyć. „No future”, choć to hasło tak bliskie różnym dzisiejszym strachom, brzmi jak wyliniały slogan z dawno zapomnianej przeszłości. Przyznam jednak, że prawdopodobnie nie jestem tu obiektywny, bo filmu Jarmana także nie byłem w stanie zdzierżyć. A to ponoć arcydzieło.
Teatr Dramatyczny nadaje tym razem na innej, niż moja częstotliwość. Co nie znaczy, że „Jubileusz” nie znajdzie swoich widzów. Ale ryzyko musicie podjąć sami.