„Tygrysice” Freda Apke w reż. Anny Oberc z Media Q Art w Scenie Relax w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Czy gwiazdorska obsada gwarantuje dobrą zabawę? „Tygrysice” odpowiadają na to pytanie dość przewrotnie: nie gwarantuje, ale bardzo pomaga. Zwłaszcza jeśli tekst ma komediowy potencjał, aktorki mają temperament, a widownia przychodzi przede wszystkim po dwie godziny odprężenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy energia wykonawców zaczyna zastępować precyzję komediowego mechanizmu.
Na „Tygrysice” poszedłem również z pewnym dodatkowym doświadczeniem: to drugi oglądany przeze mnie spektakl w reżyserii Anny Oberc. Pierwszym było „Tylko miłość. Sceny z życia małżeńskiego” René Heinersdorffa, którego premiera odbyła się gościnnie w Teatrze Komedia w 2025 roku. Tam reżyserska ręka Oberc wydała mi się znacznie mniej przekonująca. „Tygrysice” są krokiem naprzód: mają lepszy rytm, wyraźniejszą konstrukcję sytuacji i – przede wszystkim – materiał, który daje aktorom więcej możliwości. „Tylko miłość” pozostawiało wrażenie komedii dość konwencjonalnie prowadzonej; tutaj przynajmniej pojawia się szansa na coś więcej niż serię efektownych wejść i point.
Nieprzypadkowo. Fred Apke jest bowiem autorem znacznie ciekawszym, niż mogłoby wynikać z samego określenia „komediopisarz”. W jego twórczości komizm niemal zawsze sąsiaduje z czymś mniej wygodnym: samotnością, rozpadem relacji, potrzebą bliskości, społecznym konwenansem czy rozpaczliwą próbą wyrwania się z przypisanej człowiekowi roli. Oficjalny katalog jego sztuk dzieli jego dorobek na komedie, dramaty, utwory dla młodych widzów i teatr muzyczny; charakterystyczne są w nim zarówno tragikomiczne i groteskowe historie, jak i teksty o wyraźnym zabarwieniu surrealistyczno-poetyckim.
Wystarczy spojrzeć na kilka wcześniejszych sztuk Freda Apke – choćby „Kurę na plecach”, „Zimny prysznic”, „Letnisko” czy „Mrożoną papugę” – żeby zobaczyć, że nie jest on autorem, którego można sprowadzić do pisania prostych fars. Komediowa forma często służy mu do przyglądania się ludziom uwikłanym w kryzys relacji, samotność, niespełnienie czy własne wyobrażenia o życiu. Jego bohaterowie próbują coś w swoim położeniu zmienić, choć nierzadko robią to rozpaczliwie i niezbyt zręcznie. W „Tygrysicach” ten charakterystyczny dla Apkego splot śmiechu i bardziej gorzkiej refleksji również jest obecny – szkoda tylko, że inscenizacja nie zawsze pozwala mu wybrzmieć. I właśnie dlatego „Tygrysice” mogłyby być sztuką znacznie ciekawszą, niż są w tej realizacji.
Trzy wdowy i jedno marzenie
Punkt wyjścia jest naprawdę dobry. Trzy zaprzyjaźnione wdowy mają pieniądze, doświadczenie i świadomość własnej sytuacji. Nie muszą walczyć o biologiczne przetrwanie. Muszą natomiast odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: co zrobić z życiem, kiedy społeczeństwo uznało już, że jego najciekawsza część powinna być za nami? Ich pomysł, żeby stworzyć grupę i wystąpić w telewizyjnym talent show, jest absurdalny, ale właśnie dlatego teatralnie wdzięczny. W tej fantazji o sławie jest bowiem coś więcej niż próżność. Jest pragnienie ponownego zaistnienia. Bycia zauważoną. Pożądaną. Potrzebną. To także tęsknota za kimś, kto spojrzy na nie i powie: „jeszcze możesz”.
Pojawia się więc Julio Torres (Kamil Piotrowski) – młody instruktor, wokalista i samozwańczy specjalista od robienia z ludzi gwiazd. To on staje się katalizatorem całej historii. Zawodowa relacja szybko zaczyna mieszać się z fascynacją, erotyką i rywalizacją. I tutaj Apke trafia na bardzo wdzięczny temat: kobiety dojrzałe, które nie chcą być przezroczyste. Polska kultura popularna nie ma zbyt wielu historii, w których kobiety dojrzałe są przedstawiane jako osoby mające prawo do seksualności, flirtu, ambicji i zwyczajnej potrzeby podobania się komuś. „Tygrysice” mogłyby więc być całkiem interesującą komedią o odzyskiwaniu podmiotowości. Problem w tym, że przedstawienie chwilami nie ufa własnemu tekstowi.
Kiedy komedia za bardzo chce być śmieszna
Największym problemem spektaklu jest dla mnie przerysowanie aktorskiej ekspresji. Małgorzata Królikowska, Anna Samusionek oraz Małgorzata Lewińska mają wszystkie narzędzia potrzebne do stworzenia trzech wyrazistych bohaterek. Jest między nimi temperament, jest sceniczna energia, jest gotowość do zabawy konwencją. Tyle że komedia nie zawsze potrzebuje podkręcenia. Czasem wystarczy pozwolić tekstowi wybrzmieć. A Apke potrafi być zabawny sam z siebie. Kiedy aktorka wypowiada absurdalną kwestię z pełną powagą, publiczność może sama wykonać ostatni krok. Kiedy natomiast każda kwestia zostaje opatrzona odpowiednią miną, gestem, intonacją albo reakcją, żart przestaje być odkrywany przez widza, a zaczyna być mu oznajmiany. To różnica niby niewielka, ale dla komedii fundamentalna.
W „Tygrysicach” zdarzają się momenty, w których miałem wrażenie, że aktorki grają o pół tonu za wysoko. Zamiast pozwolić, by śmieszność sytuacji wynikała z kontrastu między powagą bohaterek a absurdem ich działań, przedstawienie często samo podkreśla: „teraz ma być zabawnie”. Szkoda, bo właśnie większa powściągliwość mogłaby tę komedię uczynić znacznie śmieszniejszą.
Mam też zastrzeżenie bardziej fundamentalne: tekst został w obecnej realizacji mocno podporządkowany potrzebom współczesnego spektaklu objazdowego. Nie jest to zresztą nowy materiał przygotowany specjalnie dla tej obsady. Polska prapremiera „Tigergirls” odbyła się w lutym 2023 roku w Teatrze Korez w Katowicach, a spektakl wyreżyserował sam Fred Apke. To komedia z piosenkami, a więc tekst od początku pomyślany jako coś więcej niż ciąg dialogowych gagów. Jest w nim rytm farsy, ale jest też pewna melancholia i groteskowe spojrzenie na ludzi, którzy próbują odzyskać młodość, atrakcyjność i poczucie sensu.
W „Tygrysicach” oglądanych na Scenie Relax ta wielowarstwowość chwilami zostaje przykryta przez mechanizm komediowego widowiska. Mam poczucie, że tekst został momentami zbyt mocno dostrojony do oczekiwania natychmiastowej reakcji widowni: szybciej, mocniej, bardziej dosadnie, bardziej „telewizyjnie”. A przecież nie każda scena potrzebuje dopalacza. Co ciekawe, im mniej przedstawienie próbuje być efektowne, tym lepiej działa. Są momenty, w których bohaterki po prostu rozmawiają, a pod komediową powierzchnią pojawia się coś autentycznego: lęk przed samotnością, potrzeba bycia kochaną, świadomość przemijania. Wtedy „Tygrysice” przestają być tylko lekką farsą i zaczynają przypominać to, czym Apke bywa w najlepszych swoich tekstach – komediopisarza zainteresowanego ludźmi trochę bardziej niż wymagałaby tego sama konwencja.
Gwiazdy są, ale gwiazdorstwo nie rozwiązuje wszystkiego
„Gwiazdorska obsada” to określenie, które w spektaklach komercyjnych często funkcjonuje przede wszystkim jako argument sprzedażowy. I „Tygrysice” są dobrym przykładem, dlaczego nazwiska nie są jeszcze wartością artystyczną. Owszem, nazwiska przyciągają publiczność. Owszem, aktorki mają osobowość i doświadczenie. Owszem, widownia reaguje na nie niemal natychmiast. Ale gwiazda na scenie potrzebuje jeszcze partnera w postaci reżysera, który potrafi powiedzieć: mniej. Anna Oberc tym razem zdecydowanie lepiej panuje nad materiałem niż w oglądanym przeze mnie wcześniej „Tylko miłość”. Nie ma tu wrażenia całkowitego rozjechania między tekstem a inscenizacją. Konstrukcja jest czytelna, akcja płynie, a sytuacje mają swoją dynamikę. Nadal jednak widać skłonność do traktowania komedii jako gatunku, który trzeba nieustannie podkręcać. A przecież Apke sam daje aktorom wystarczająco dużo.
Julio, czyli mężczyzna jako katalizator
Bardzo dobrze działa natomiast Kamil Piotrowski jako Julio. Nie dlatego, że jest najbardziej skomplikowaną postacią spektaklu – przeciwnie. Jego funkcja jest przede wszystkim dramaturgiczna. Wprowadza do zamkniętego świata trzech kobiet element zewnętrzny: młodość, erotyczną energię, obietnicę kariery i trochę współczesnej kultury autopromocji. Jest w tym coś z dzisiejszego świata influencerów: każdy może zostać marką, każdy może stać się produktem, a odpowiedni coach obieca, że wydobędzie z nas „to coś”. Apke wykorzystuje tę sytuację dość przewrotnie, bo jego bohaterki chcą kupić nie tyle karierę, ile potwierdzenie własnej atrakcyjności. I to jest jeden z ciekawszych aspektów spektaklu.
Szkoda tylko, że przedstawienie nie rozwija go mocniej. Można było z tego zrobić naprawdę zabawną satyrę na kulturę wiecznej młodości, coaching, telewizyjne talent shows i rynek, który każdemu obiecuje, że jeszcze może zostać gwiazdą. Zamiast tego „Tygrysice” wybierają bezpieczniejszą drogę farsy. Całość ma tutaj charakter spektaklu, który dobrze odnajduje się poza tradycyjnym repertuarowym teatrem: jest komunikatywny, łatwy do odbioru, oparty na nazwiskach i mocnym temacie. „Tygrysice” są pomyślane jako przedstawienie objazdowe, kierowane do szerokiej publiczności. I nie ma w tym nic złego. Teatr popularny nie musi udawać teatru repertuarowego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy prostotę myli się z uproszczeniem.
„Tygrysice” są więc spektaklem nierównym. Jest w nich dobry materiał, jest kilka naprawdę zabawnych sytuacji, jest energia aktorek i jest temat, który zasługuje na znacznie większą uwagę, niż sugerowałaby etykietka lekkiej komedii. Jest również wyraźny postęp w reżyserskiej pracy Anny Oberc w stosunku do „Tylko miłość”. Ale nie mogę też przyłączyć się do entuzjastycznej tezy, że sama obsada gwarantuje „zabawę do łez”. Nie gwarantuje. Aktorki niewątpliwie potrafią rozruszać widownię, lecz chwilami właśnie ich nadmierna ekspresja odbiera tekstowi część jego przewrotności.
„Tygrysice” mają spory potencjał. Trzy kobiety, które po śmierci mężów odkrywają, że zostało im jeszcze mnóstwo życia, to przecież materiał nie tylko na komedię. To materiał na komedię o samotności, starzeniu się, pożądaniu, próżności i prawie do drugiej młodości. O tym, że czasem człowiek nie chce być młodszy – chce tylko znowu poczuć, że jest żywy. I właśnie tego chciałoby się w „Tygrysicach” więcej. Mniej min, mniej dopowiadania dowcipów, mniej „patrzcie, teraz będzie śmiesznie”. Więcej wiary w aktorki, w sytuację i w tekst. Wtedy ich sceniczna energia mogłaby wybrzmieć bez potrzeby ciągłego podkreślania, że te trzy kobiety wciąż mają w sobie pazur.