„Strach przed lataniem” Eriki Jong w reż. Weroniki Szczawińskiej w TR Warszawa. Pisze Mateusz Leon Rychlak na swojej stronie.
Oddaję Ci serce, oddaję Ci ciało
Ty czekasz i mówisz: „To mało, to mało!”
– Maanam „To tylko tango”
Do pierwszego spotkania z teatrami zwykle podchodzę z ostrożnym entuzjazmem. Jednak na doświadczenie, jakie zafundował mi TR w Warszawie, nie byłem zupełnie gotowy. Czerwcowa premiera spektaklu „Strach przed lataniem” w reż. Weroniki Szczawińskiej rozłożyła mnie na łopatki, rozbrajając z asortymentu krytycznej amunicji dawką nieskrępowanego humoru i wysokogatunkowej reżyserii.
Nieczęsto pierwsze spotkanie z publicznością okazuje się na tyle udane, by widz miał świadomość powstawania na jego oczach nowego hitu. Spektakl na podstawie powieści Eriki Jong, z dramaturgią Piotra Wawra, to wulkan wartkiej i pikantnej akcji rozgrywanej przez piątkę wspaniałych aktorów.
Za główną kreację odpowiada Marta Nieradkiewicz, wyróżniona za swoją rolę w tym spektaklu Nagrodą im. Aleksandra Zelwerowicza dla najlepszej aktorki w sezonie 2025/2026, przyznaną przez miesięcznik „Teatr”. Ta bezpruderyjna kreacja protagonistki – dziennikarki Isadory Wing, promiskuitycznej, feministycznej, a także w równym stopniu tragicznej co humorystycznej – w moich oczach była czymś niezwykle odświeżającym. Ugotowana na oparach absurdu postać, wrzucona w huragan zdarzeń, przechodzi przez kategorie emocji, dla których niekoniecznie jestem w stanie znaleźć odpowiednią nazwę. Nieradkiewicz podchodzi do każdego zadania postawionego przed nią bez nadęcia, sztuczności czy nadmiernego patosu; jest zwyczajna do granic możliwości, a przez to najbardziej wiarygodna.
Historia opowiedziana w tym spektaklu, choć krańcowo nieprawdopodobna, jest jednak zupełnie możliwa. Brak tutaj jakichkolwiek elementów nadprzyrodzonych, wykluczając jedynie pewne zawirowania chronologiczne wynikające z retrospektywnego ukazania niektórych wydarzeń. Dla osiągnięcia efektu absurdalnego realizmu główni dyrygenci tego spektaklu – Weronika Szczawińska i Piotr Wawer – stworzyli artystyczny patchwork wielu gatunków filmowych i literackich, z jednej strony przełamujących czwartą ścianę, a z drugiej podbudowujących siłę komiczną. Lista sparodiowanych w ten sposób komedii romantycznych, dramatów psychologicznych czy dzieł kina moralnego niepokoju jest długa, jednak ten zabieg okazał się fantastycznie sprawdzić w przedstawieniu.
Jednak nie jedną tylko rolą żyje ten spektakl. Choć wyobrażam sobie tę samą historię opowiedzianą jako monodram, to w obliczu zespołowego wysiłku, jaki miał miejsce w omawianym przedstawieniu, jestem przekonany, że efekt byłby o kilkanaście rzędów wielkości mniej interesujący.
Rafał Maćkowiak – partnerujący Marcie Nieradkiewicz w roli męża Isadory – zbudował solidną bazę dla rozwoju akcji spektaklu i stanowi swoisty punkt odniesienia oraz przeciwwagę dla postaci Isadory. Aktor w równej mierze podkręca i ochładza atmosferę w odpowiednich momentach.
Dla odmiany gejzerem energii jest Filip Zaręba, wcielający się w rolę kochanka Isadory, psychoanalityka Adriana. Pojawienie się na scenie tego aktora nie może skończyć się dobrze ani dla przepony narażonej na ciągłe wstrząsy śmiechu, ani dla soczewek wypadających z oczu pod naporem łez rozpasanego humoru. Niemal każda budowana przez niego emanacja postaci – czy to zblazowanego playboya, czy pewnego siebie „pana sytuacji” – jest wyrazem komicznego talentu. Zaręba bezbłędnie rozbraja z przesady każdą scenę, każdy dialog i każdą choreografię, w której bierze udział.
Tej trójce nie ustępuje ani Beata Bandurska w roli matki głównej bohaterki, ani Aleksandra Matlingiewicz, kreująca w sumie kilka postaci. Obie aktorki, podobnie jak Rafał Maćkowiak, budują odskocznie od intensywności właściwej postaciom Isadory i Adriana, oferując nieco bardziej subtelny repertuar (w przypadku Bandurskiej) lub wyginając wskazówkę potencjometru w zupełnie innym kierunku (Matlingiewicz jako siostra/przyjaciółka Isadory).
Kluczowe w tym spektaklu jest też zastosowanie szkieletowej scenografii, pozwalającej skupiać się na najważniejszych aspektach przedstawienia. Wykorzystanie tutaj pełnych, realistycznych dekoracji zupełnie kłóciłoby się z charakterem tego spektaklu, a dzięki wyczuciu Marty Szypulskiej dostajemy funkcjonalne i estetyczne dopełnienie całej wizji. Z drugiej strony, w przypadku kostiumów postawiono na przerysowaną inspirację lat 70. i 80., która wypełniła niedosyt, jaki mógł się u niektórych pojawić po zetknięciu z kadłubowymi dekoracjami.
„Strach przed lataniem” zdążył już zebrać tonę pozytywnych recenzji, do których sam się dołączam, ponieważ nie sposób tego spektaklu nie docenić. Jest to wybitnie radosne przedstawienie, którego dynamika pozwala na ciągłą ewolucję, zatem nieważne kiedy, ale gdy już się na niego wybierzecie, bardzo prawdopodobne jest, że spotkacie się z taką samą, a nawet lepszą energią artystów niż podczas premiery. I choćby widzowie jedli najkwaśniejsze cytryny w trakcie całego przedstawienia, to skrzywić tutaj się można jedynie ze śmiechu, od którego gubi się kolczyki, okulary i zmartwienia.