EN
19.01.2022, 14:27 Wersja do druku

Trudne sprawy

"Kordian i cham" wg Leona Kruczkowskiego w reż. Joanny Bednarek w Teatrze Polskim w Poznaniu. Pisze Witold Mrozek w Dwutygodniku.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

W „Kordianie i chamie” w reżyserii Joanny Bednarczyk chodzi o to, co dziedzictwo patriarchalnego feudalizmu robi z emocjami i ciałami dzisiaj. Jak wpływa na prywatne relacje późnych wnuków folwarku.

Pomysł wystawienia „Kordiana i chama” jest bardzo charakterystyczny dla Teatru Polskiego w Poznaniu pod artystyczną dyrekcją Macieja Nowaka. Przyświeca jej ambicja poszukiwania reżyserskich debiutów – a spektakl to reżyserski debiut dramaturżki Joanny Bednarczyk, oraz języka teatralnego odmiennego od tych spotykanych na innych scenach, które stawiają na szeroko pojętych „młodych” sceny – bliższego klasyce dramatycznej czy linearnej opowieści. Wreszcie widać w kolejnych sezonach Nowaka zacięcie polityczne oraz ambicję reaktywowania tekstów uznanych za ramoty (dopiero co miała tu przecież premierę „Cudzoziemka”).

Powieść „Kordian i cham” jest ramotą modelową – niegdyś głośna i dyskutowana, w III RP ożyła dotąd tylko w wygłoszonym z sejmowej mównicy żarcie Joanny Senyszyn, opisującym polityczny sojusz PiS-u z Andrzejem Lepperem („W II RP był «Kordian i cham», w IV Kordiana zastąpił warchoł. Teraz w koalicji czekają na swojego Kruczkowskiego, żeby ich opisał”). Powieść Kruczkowskiego, późniejszego posła PZPR na cztery kolejne powojenne sejmy, członka Rady Państwa i laureata Leninowskiej Nagrody Pokoju, ukazała się w 1932 roku – gdy autor pracował jeszcze w Zagłębiu Dąbrowskim jako skromny nauczyciel o socjalistycznym światopoglądzie. Oparta na autentycznym pamiętniku chłopskim Kazimierza Deczyńskiego, wydanym w 1907 roku jako „Żywot chłopa polskiego na początku XIX stulecia”, szybko zdobyła rozgłos. „Kruczkowski podjął temat sprzed stu lat, a mimo to «Kordian i cham» stał się najżywszą książką współczesną ostatnich lat” – pisał Jerzy Andrzejewski na łamach ONR-owskiego „Prosto z mostu” w 1938 roku.

W powojennej Polsce „Kordian i cham” miał 28 wydań – ostatnie na początku lat 80. – i co najmniej siedem adaptacji teatralnych, w tym dwie telewizyjne. Ostatnią inscenizację, w Teatrze Żeromskiego w Kielcach, zrobił w 1983 roku Bogdan Augustyniak. W duchu romantycznych polemik, stawiała w centrum sprawę sprzecznych interesów niepodległościowo nastawionej szlachty, łącząc powieść Kruczkowskiego z fragmentami „Kordiana” Słowackiego.

Ułożyć się na nowo

PRL interesuje Joannę Bednarczyk jeszcze mniej niż kwestia zaangażowania chłopów w sprawę powstańczo-niepodległościową. „Prawie każdego dnia będąc naocznym świadkiem gwałtów chłopom wyrządzanych, nie mogłem nie żywić nienawiści ku szlachcie polskiej” – mówi co prawda w poznańskim przedstawieniu Kazimierz Deczyński, odsyłając nas do trwających obecnie intensywnych dyskusji wokół ludowej historii Polski. Jednak tematem poznańskiego „Kordiana i chama” niekoniecznie jest historia społecznych i politycznych konfliktów wewnątrz powoli rodzącego się nowoczesnego polskiego społeczeństwa. Chodzi raczej o to, co dziedzictwo patriarchalnego feudalizmu robi z emocjami i ciałami dzisiaj, tu i teraz, jak wpływa na prywatne relacje nas, późnych wnuków folwarku. Pisał o tym trochę już Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji”, Kacper Pobłocki rozwijał wątek patriarchatu i przemocy w „Chamstwie”. Reżyserka Joanna Bednarczyk natomiast odwołuje się bezpośrednio do serii przedstawień inspirowanych pisarstwem Didiera Eribona, co zresztą wprost zaznacza w tekście spektaklu.

Powieść „Kordian i cham” jest ramotą modelową. Niegdyś głośna, w III RP ożyła dotąd tylko w żarcie Joanny Senyszyn.

Warto zauważyć, że po ludowo-peryferyjną genealogię sięgają w polskim teatrze przede wszystkim reżyserki. Nadają jej intymny wymiar. Spektakle z tego nurtu są nie tyle o radykalnych zerwaniach – jak opowieści z Francji – ile o negocjowaniu nowych warunków relacji z tymi, którzy „tam” zostali. Małgorzata Wdowik we „Wstydzie” – opowieści o powrocie do matki, do trudnej historii i do rodzinnej miejscowości – operuje autobiograficznym filmowym dokumentem, poetyckimi obrazami oraz nieoczywistym przenikaniem planów filmowych i scenicznych. Klaudia Hartung-Wójciak w „VHS. Visual Homemade Stories” układa z fraz nagranych w latach 90. na rodzinnych taśmach (własnych i swoich aktorów) formalne, muzyczne partytury. Natomiast Katarzyna Minkowska w „Cudzoziemce” rozpracowuje wzorzec toksycznej rodziny, sięgając z jednej strony po tematy zakorzenione w rozpoznawalnej dziś kulturze terapeutycznej, a z drugiej po uwspółcześnioną konwencję melodramatu, w bardzo atrakcyjny scenicznie sposób grając z ostentacyjną, niby to staroświecką, psychologiczną „teatralnością”.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Bednarczyk ma na rozliczenie się z tym tematem własny, oryginalny pomysł. Inscenizacyjny koncept „Kordiana i chama” przypomina momentami telewizyjne docusoapy czy paradokumenty w rodzaju „Trudnych spraw”. Grubą kreską zostają tu zarysowane konflikty i postaci – społeczne typy w odgrywanej niby „dramatyzacja” konfliktowej sytuacji. Przykład? Córka studentka (Aleksandra Samelczak) ma jechać na stypendium do Szanghaju, ojciec (Jakub Papuga) siedzi na kanapie i narzeka, że w Chinach brud i zaraza, i odradza wyjazd, ewidentnie uprzedzony do tego, co obce. Ale już przed sąsiadem pokazuje dumę z sukcesu dziecka. Edukacja, stosunek do zwierząt, alkoholizm, przemoc, przyjazd do Warszawy, braki w lekturach z tak czy inaczej rozumianego w danym kręgu kanonu – to tematy kolejnych scenek, przeplatanych cytatami z Kruczkowskiego i Deczyńskiego.

W ramach poetyki teatralnej recenzji powyższa uwaga o paradokumentach mogłaby być odczytana jako jadowita czy pogardliwa – oznaczałaby tyle, że aktorzy grają jak amatorzy, a reżyserka im na to pozwala. Tyle tylko, że znając wcześniejsze prace Joanny Bednarczyk jako dramaturżki oraz rozumiejąc, jakie tematy wzięła w Poznaniu na warsztat i w jaki sposób z nimi pracuje – trzeba się wstrzymać z kategorycznymi i łatwymi sądami. Dlaczego? Telewizyjny paradokument jest być może najważniejszym dziś kodem, za pomocą którego władcy medialnych przemysłów próbują dotrzeć do wyobrażonego przez siebie „ludu” – nieważne, czy to „Kasta” od Jacka Kurskiego, czy „Sędzia Anna Maria Wesołowska” z TVN-u. Tymczasem Bednarczyk próbuje ten język rozebrać i przeanalizować – nie tyle powtórzyć, ile przetworzyć.

Inscenizacyjny koncept „Kordiana i chama” przypomina momentami telewizyjne docusoapy czy paradokumenty.

Kolejne obrazy „Kordiana i chama” mimo pewnej uspójnionej teatralnej konwencji widzimy jakby przez różne obiektywy – różnią się stopniem ekranowej konwencjonalności czy emocjonalnym zagęszczeniem. Wspomniana scena rozmowy o wyjeździe na chińskie stypendium nakreślona jest naprawdę grubą kreską i sprawia wrażenie pastiszu. Ale już wieńcząca „Kordiana i chama” scena konfrontacji syna (Alan Al-Murtatha) i matki (Ewa Szumska) – nie polega tylko na wyrzucaniu starszemu pokoleniu przez młodsze braku aspiracji, emocjonalnego zblokowania czy braku „troski o samą siebie” (by użyć popularnego zwrotu z kultury terapeutycznej). Szumska broni tu swojej postaci i kwestionuje zbyt łatwe ocenianie decyzji sprzed lat z perspektywy roku 2021. Jej postać zdobywa się ostatecznie na konfrontację, a nawet na jakąś próbę ustanowienia bliskości na swoich zasadach. „Słuchaj, zrobiłam w życiu to, co mogłam zrobić, rozumiesz? To, co było możliwe. I teraz też robię to, co jest możliwe” – odpowiada matka synowi.

W 2019 roku, jako adaptatorka „Serotoniny” Michela Houellebecqa (w reżyserii Pawła Miśkiewicza), Joanna Bednarczyk potrafiła poświęcić wiele ze scenicznej atrakcyjności przedstawienia na rzecz swojego krytycznego i dosadnego konceptu, płynącego ze sceptycznej lektury powieści. Z „Kordianem i chamem” może być podobnie. Sceny niby to zbyt proste, typowe, schematyczne w nagromadzeniu i dramaturgicznym zderzeniu znaczą coś więcej, niż wynikałoby z samych opowiedzianych w nich historii.

W pewnym sensie spektakl Bednarczyk jest być może najbliżej wspomnianego Eribona. Jeśli podstawowym doświadczeniem płynącym z niepewności awansu społecznego, obok lęku, jest zażenowanie, to może zamiast w duchu polskiej tradycji iść w groteskę (jak robi to np. Katarzyna Kalwat w „Powrocie do Reims”), kreśląc przerysowane sylwetki niewystępujących w polskiej przyrodzie zamożnych ultralewicowych dziennikarzy celebrytów – warto faktycznie zagrać z przaśnością i żenadą. I to odpinając linkę asekuracyjną.