„Trans-Atlantyk” Witolda Gombrowicza w reż. Łukasza Witt-Michałowskiego w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Pisze Anna Kędziorek w AICT Polska.
W foyer Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie wita nas transatlantycki kontener, zza którego spogląda patron teatru. Patron jednego z najstarszych działających teatrów miejskich patrzy przed siebie, jakby nie miał wątpliwości, że czekająca premiera zabierze widzów w niezwykłą podróż.
W teatrze oddanym do użytku w 1822 roku wnętrze sali teatralnej, choć nie w pełni zachowane w oryginalnej formie, pozwala przywołać atmosferę teatru sprzed ponad 200 lat. Oczekując na podniesienie kurtyny możemy rozsiąść się w pięknych fotelach pokrytych czerwonym aksamitem i podziwiać pozłacane i polichromowane balkony.
Po wybrzmieniu niepokojąco przenikającego gongu padają pierwsze słowa refleksyjnego Gombrowicza, starego już i w innym świecie. I bywa, że później ta twarz Witolda pojawia się jeszcze, ale nie definiuje spektaklu, wydaje się być poza nim i przywołuje raczej ducha Dzienników niż Trans-Atlantyku. Dopowiada. Po zmianie garderoby na scenie Witold jest już na argentyńskim lądzie i żegna się z Czesławem.
Bohaterowie lubelskiego Trans-Atlantyku umieszczeni są gdzieś pomiędzy częściami kontenera w geście wobec współczesności, w sztafażu argentyńsko-polskich ubrań, Polacy pijący mate na beczce. Z polskością prawdziwą, ale nieprawdziwą.
Trans-Atlantyk w interpretacji artystów Centrum Kultury Lublin i Teatru im. Juliusza Osterwy jest niezwykle dynamicznym przedstawieniem, gęsto wypełnionym ruchem scenicznym, słowami, gdzie chwile wytchnienia dają zmiany scen. Choć i wtedy godło bywa wchodząco-wychodzące.
Zmianom scen towarzyszą interludia muzyczne, które również wybijają żwawy rytm podczas gdy trzy segmenty transatlantyckiego kontenera, niczym camera obscura, wypełniają się scenografią i rekwizytami. Transatlantycki kontener spełnia rolę metaforycznej klatki, w którą artyści pakują formy ojczyzny, synczyzny.
Spektakl jest bogaty symboliką rekwizytów: wachlarz pieniędzy, sznurek negocjacji, czy bukiet kwiatów biało-czerwonych, złote bransoletki Gonzalo czy peleryna, oczy nagich chłopców czy wreszcie ostrogi. Sugestywnie uzupełniają czy wręcz definiują poszczególne sceny czerpiąc z tradycji, ale też ze współczesnych punktów odniesienia. Jedne bardziej oczywiste inne subtelniejsze w swej symbolice. Niektóre również służą do opowiadania fragmentów tekstu Gombrowicza, z których reżyser Łukasz Witt-Michałowski oraz Jarosław Cymerman (adaptacja) zrezygnowali. Choćby rzeczy wyciągnięte z kieszeni Pyckala – lub nie Pyckala – będące przedmiotami sporu pomiędzy wspólnikami Polakami w powieści przywołują w szybki sposób naturę relacji polskich przedsiębiorców.
Współpraca reżysera z artystami takimi jak Jarosław Koziara (scenografia), Maria Witt-Michałowska (kostiumy) oraz Anna Godowska (choreografia i ruch sceniczny) daje efekt niezwykle plastycznego, sugestywnego spektaklu przepełnionego groteską i wybitnie oddającego osobliwość tekstu Gombrowicza.
Gonzalo pijący do Tomasza, scena pojedynku z precyzyjną grą pistoletów tych nabijanych i tych wystrzeliwanych, czy gra w Buch Bacha, to tylko przykłady między innymi, gdzie absurd przedstawienia dogania, a może i przegania absurd gombrowiczowskiego tekstu i brakuje jedynie hiszpańskiej inkwizycji, bądź nie brakuje.
Wybór środków scenicznych przez cały spektakl podkreśla myśl nie tylko wyrażoną w samym Trans-Atlantyku co również w Dziennikach. Choćby scena oprowadzania po zamku Gonzalo wzmocniona jest dodatkowo rzeźbami lubelskiego artysty, Jarosława Koziary. Rzeźby poza formą oczywistą, inne, wydają się podążać za postulatem Gombrowicza, by sztuka polska kroczyła buńczucznie swoją własną ścieżką, nie konformistyczną wobec uznawanych na zachodzie kanonów.
Brawurowo potraktowana scenografia oraz ruch sceniczny — niezwykle wartki i przesycony rekwizytami, z plejadą tanecznych absurdów, psów i krawatów — nie byłyby tak przekonujące, gdyby nie warsztat aktorski artystów występujących na scenie teatru w Lublinie. Choć postać Witolda wysuwa się na pierwszy plan, w przekonującej interpretacji Jarosława Tomicy, cały zespół zasługuje na uznanie. Szczególnie że aktorzy w tym wymagającym warsztatowo spektaklu nie byli wspierani mikroportami. Swoje miejsce w spektaklu ma również inspicjentka (Klaudia Wierzchoń), która teatralnym szeptem właściwie otwiera drugi akt.
Rola Witolda jest niezwykle wymagająca — przepełniona emocjami, dynamiką słowa i intensywną zmiennością stanów wewnętrznych — stawia przed aktorem zadanie precyzyjnego balansowania między ekspresją a kontrolą formy scenicznej, z którym aktor poradził sobie w sposób wybitny.
Inne postaci, takie jak Gonzalo grany przez Wojciecha Rusina, hermafrodytyczny Ignac – Maciej Grubich, również tworzą wyraziste, konsekwentnie prowadzone kreacje aktorskie, wypełniające wieloplanową strukturę spektaklu. Warto jednak podkreślić, że na uwagę zasługują wszyscy aktorzy biorący udział w przedstawieniu.
Wspomniana dynamika ruchu scenicznego została poprowadzona mistrzowsko przez Annę Godowską, a podkreślana światłem Piotra Bartoszewicza. W warstwie muzycznej Piotr Bańka dodaje pikanterii bon motami patriotycznymi.
Spektakl bawi i w sposób nienachalny skłania do zastanowienia się nad tym, o co tak naprawdę chodziło Gombrowiczowi i co to ma wspólnego z nami. Zróbmy sobie swój własny Transatlantyk za inspiracją twórców spektaklu, zapakujmy tam swoje formy ojczyzny czy synczyzny – ba, może nawet matczyzny i córczyzny – i wybierzmy się w międzypokoleniową podróż w formie poza formą. Być może Lublin jest blisko, lub nie blisko, ale z pewnością warto się wybrać do Lublina na Trans-Atlantyk w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego. Duch Gombrowicza już tam jest.