„Tramwaj zwany pożądaniem” Tennessee Williamsa w reż. Darii Kopiec w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Moim ulubionym momentem “Tramwaju zwanego pożądaniem” jest ten, w którym Karol Krawczyk wjeżdża tramwajem w Blanche, dzwoniąc dzwonkiem jak potępiony, a w międzyczasie – nie wiadomo skąd – pojawia się Danka Norek i krzycząc “Tadzik, na górę!”, wciąga siłą na piętro biednego Steve’a, który nie broni się przed tym, bo w sekrecie jest fanem silnych postaci kobiecych. Nic z tego, co przed chwilą przeczytaliście, nie miało miejsca; po prostu nie kupiłem biletu miesięcznego i miałem omamy ze strachu, że dostanę mandat, kiedy akurat telepałem się na Scenę pod Ratuszem Teatru Ludowego na prapremierę ich najnowszego spektaklu.
Teatr Ludowy kolejny raz podchodzi do tekstów Tennessee Williamsa – kilka lat temu była to “Kotka na gorącym blaszanym dachu” w reżyserii Jacka Poniedziałka, która przeszła bez większego echa, pomijając echo mojego niemego krzyku z rozczarowania. Tym razem w szranki z tym wybornym pisarzem staje Daria Kopiec i chwyta w reżyserskie ręce “Tramwaj zwany pożądaniem” znany z głośnej adaptacji filmowej z lat 50. w reżyserii Elii Kazana, z Marlonem Brando i Vivien Leigh w rolach głównych. Film – podobnie jak i dramat Williamsa – skupiał się na przemocy wobec kobiet i bezlitosnych zmianach w świecie, ale przede wszystkim traktował o rozpadzie relacji międzyludzkich i następstwach zmasowanych przemian, zmuszając do zastanowienia, czy wobec zaistniałej sytuacji lepsza jest ucieczka w świat fantazji, czy mocne i być może bolesne zderzenie z rzeczywistością.
Daria Kopiec z całego wachlarza wątków dostępnych w tekście Williamsa w głównej mierze, według mnie, koncentruje się na zachowaniach ludzkich z perspektywy tego, jak bardzo są zwierzęce i bezwzględne, wyjmując poza nawias to, czy są to zachowania kobiet, czy mężczyzn i czego one dotyczą. Zwierzęcość widoczna jest w przemocy Stanley’a, której dopuszcza się wobec swojej żony i jej siostry, a jednocześnie ta sama niepowstrzymana żywiołowość wyziera z seksualnej przeszłości Blanche. Identycznie widać to w męskich rozgrywkach pokerowych, gdzie pijani faceci zachowują się jak stado małp walczących o dominację. Spektakl Kopiec stanowi studium upadku człowieka, ale w zupełnie odmiennym kontekście niż eksplorował to film. Tutaj odpychające sięganie dna dotyczy wszystkich postaci bez specjalnego rozróżnienia na płeć czy status materialny. Mamy pokazaną stadność chorych istot trzymających się siebie za wszelką cenę i przyciągających podobne jednostki szukające w tym jakiegoś ukojenia – które nie nadejdzie – i jednocześnie raniących się do głębi w tym toksycznym uścisku. Co istotne, ta inscenizacja nie wykreśla innych kontekstów, takich jak przemoc wobec kobiet czy upadek starego porządku świata, kiedy na przykład obserwujemy, jak jedna z sióstr akceptuje tę zmianę, a druga idąc w zaparte, chce żyć według dotychczasowych zasad. Niemniej miałem poczucie, że te tematy nie były potraktowane na równi z wcześniej wspomnianym motywem odczłowieczenia istoty ludzkiej.
Pomimo sprytnego podejścia do tekstu wyjściowego, świadomości, że nie ma sensu stawać w szranki z kultowym filmem, a co za tym idzie, pomimo zdystansowania się od interpretacji Kazana, spektakl Teatru Ludowego mocno się rozjeżdża i to chyba niestety z winy reżyserki, która stara się złapać w tym wystawieniu zbyt wiele srok za ogon. Miałem wrażenie, że podejmuje się tutaj próbę wystawienia klasyki w sposób bardzo zachowawczy, idąc tropem przypominającym odrobinę to, co Małgorzata Bogajewska zrobiła w swoim wspaniałym „Wujaszku Wani”, gdzie przy minimalnej ingerencji w materię tekstu otrzymano piorunujący efekt końcowy. Kopiec stara się na początku obrać podobny kurs, jednak brak jej najwyraźniej wyczucia, jakie ma Bogajewska i Kopiec gubi się w tym, dodając do klasycznego trzonu niepasujące do siebie elementy, takie jak sekwencje śpiewane i tańczone, które zupełnie nie kleją się w całość i wypadają co najmniej osobliwie w kontrze do realistycznej części inscenizacji. Dodatkowym problemem fragmentów muzycznych jest to, jak źle są wykonane, co rozczarowuje podwójnie, bo Teatr Ludowy ma naprawdę uzdolnionych wokalnie aktorów. Przez ten rozstrzał estetyczny i niezdecydowanie momentami robi się na scenie zbyt dosłownie.
Jednocześnie bardzo boli średnie poprowadzenie młodych aktorek grających role Blanche i Stelli. Jak jeszcze jestem w stanie kupić Marię Chojnacką i jej interpretację Blanche, która w ogólnym rozrachunku dźwiga ciężar tej postaci i w finale mocno staje na aktorskich nogach, tak niestety nie jestem w stanie poczuć czegokolwiek pozytywnego do zagrywającej się potwornie Doroty Goljasz. Wyglądało to tak, jakby reżyserka nie dała jej żadnych wskazówek, czego oczekuje od postaci Stelli, a jedynie zażyczyła sobie telenowelowej wydmuszki z nadzieją, że jakoś to będzie. Zupełnie to nie działa, przez co miałem wrażenie, że obie siostry grają obok siebie i w zupełnie różnych kluczach interpretacyjnych.
Kupił mnie jednak na sto procent Patryk Palusiński w roli Stanley’a – bardzo brutalna rola, zupełnie odmienna od tego, co proponował Marlon Brando w filmie, gdzie mieliśmy pewne zawoalowanie postaci. W interpretacji Palusińskiego od samego początku wiemy, z jak bezwzględnym typem mamy do czynienia – jest niebezpieczny i chociaż czarujący, to w bardzo chłodny i nieprzystępny sposób. Można zrozumieć, czemu Stella go pokochała i jednocześnie od pierwszych scen wiadomo, że zawsze był tym łobuzem, który kocha najbardziej. Bardzo dobra rola, przemyślana i wyegzekwowana na scenie w efektowny sposób. Miło było znowu zobaczyć Palusińskiego w takiej formie, bo dawno nie miałem przyjemności go oglądać. Nie ukrywam, że to, co proponuje, jest jednym z mocniejszych elementów “Tramwaju zwanego pożądaniem”.
Mocną stroną inscenizacji jest również scenografia, za którą odpowiadała reżyserka. Mieszkanie ze ścianami z przezroczystego materiału, które stwarzają jedynie pozory prywatności, staje się pretekstem, a wręcz zachętą, do podglądania bezwzględnej gry głównych bohaterów. Dodatkowo, interesującym elementem jest niemalże sterylna czystość przestrzeni zestawiona z brudnymi i odpychającymi zachowaniami ludzi. To niedosłowne i niezdefiniowane miejsce stanowi świetny kontrast z realistycznym przedstawieniem bohaterów. Za pracę scenograficzną ciepły uśmiech z mojej strony.
W tym całym zestawieniu plusów i minusów nie chcę, żebyśmy się zafiksowali tylko na tym, co rozczarowujące, bo „Tramwaj zwany pożądaniem” Darii Kopiec nie jest złym spektaklem, jest niekonsekwentny i nie pozostaje z widzem na dłużej niż do końca oklasków. Tekst Williamsa parzy na papierze, a w inscenizacji na Scenie pod Ratuszem wydaje się być jedynie lekko odgrzany w mikrofalówce. Jednocześnie fakt, że ten spektakl się nie wykoleił, wynika z tego, że nie pozwolił sobie do końca wyjechać z zajezdni. Ewidentnie twórczyni o coś chodziło, ale zatrzymała się w połowie drogi pomiędzy teatrem środka, czyli obejrzeniem i zapomnieniem, a aspirowaniem do czegoś więcej i zadaniem granicznego pytania: „CZEGO STOISZ NA TORACH?!”.