„100 lat Teatru Polskiego Radia 1925-2025. Twarze Teatru Wyobraźni”. W toruńskim wydawnictwie kazała się ważna publikacja.
W listopadzie ubiegłego roku placówka uwidoczniona w tytule powyższej - ze wszech miar wartościowej - publikacji świętowała setne urodziny. Jej historię, a nierzadko także sekrety, poznajemy przez pryzmat relacji kilkudziesięciu osób: aktorów, reżyserów, scenarzystów, kompozytorów, akustyków...
Zatem mamy do czynienia z różnymi perspektywami, dzięki czemu praca zyskuje na wnikliwości. Kolejny atut stanowią ilustracje, sugestywnie obrazujące kulisy funkcjonowania Teatru Wyobraźni. Do kanonu krajowej Melpomeny trafiły personalia jego twórców. Pomysłodawca placówki, Witold Hulewicz, poeta i edytor, poniósł śmierć męczeńską w egzekucji palmirskiej. Zapoczątkowane przez niego dzieło kontynuowali: Bronisław Dardziński, Zbigniew Kopalko, Juliusz Owidzki, Janusz Warnecki, Jan Zelnik, Zdzisław Nardelli, Krzysztof Zaleski, że wymienię jedynie zatrudnionych już w radiofonii po drugiej stronie tęczy. Najdłużej szefował instytucji współautor książki.
32 lata działalności TPR pod egidą Janusza Kukuły to okres, który zjednoczył w entuzjastycznych ocenach audytorium oraz krytykę. Bynajmniej nie jest to zjawiskiem częstym. Dyrektor Kukuła za najważniejszego pisarza związanego z TPR uważa Andrzeja Mularczyka. „Oczywiście grono tych wielkich jest bardzo duże, (...) ale niewątpliwie pierwszym wśród równych - primus inter pares - był właśnie Mularczyk. Napisał 80 słuchowisk. (...) Każde było wydarzeniem. (...) Powinny stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich scenarzystów. Nie tylko radiowych". Dodajmy, że współpraca scenariuszowo--reżyserska obydwu panów zaprocentowała przed trzema dekadami radiowym Oscarem, czyii nagrodą Prix Italia („Cyrk odjechał, lwy zostały").
Relacje składające się na tę zajmującą, a częstokroć i odkrywczą, opowieść miewają także wymiar humorystyczny. U progu aktorskiej przygody Stanisławie Celińskiej powierzano - za sprawą głosu o niskim timbrze - role chłopięce. Często spotykała w studiu Janinę Traczykównę, również obsadzaną w rolach milusińskich, gdyż „miała przecudowny, falujący głos, dźwięczny jak dzwonek, wesoły, figlarny, pełen wdzięku i niesłychanego blasku". W latach bierutowszczyzny Wieńczysław Gliński spóźnił się do radia na nagranie pewnej sztuki. Wyjaśniał z uśmiechem, że zaspał, ponieważ śnił mu się towarzysz Stalin, toteż nie śmiał się obudzić. Za ten żart aktora ukarano kilkunastomiesięcznym zakazem obecności przed mikrofonem. Bolesnym finansowo.