Logo
Recenzje

Toń

5.10.2026, 14:24 Wersja do druku

„Toń” Ishbel Szatrawskiej w reż. Damiana Josefa Necia w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Jerzy Szczudlik.

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Po obejrzeniu spektaklu „Toń” w teatrze Jaracza, nie sposób nie zadać sobie pytania: skąd jestem? Stale migrujemy, jak nie my, to nasze dzieci lub wnuki. Szukamy lepszego miejsca do życia, z powodu wojny, zmiany klimatu, klęsk żywiołowych, czy chęci poprawy sytuacji ekonomicznej. Stajemy się obywatelami Europy, świata. Ale asymilacja do nowych warunków często trwa pokolenia, napotyka na ostracyzm, odrzucenie, obcość. Nawet gdy w rodzinie mamy emigrantów, a to przecież dość powszechne w naszym kraju, tych, którzy postanowili u nas poszukać szczęścia, traktujemy z wyższością, odmawiamy im tych samych praw, zniechęcamy w mniej lub bardziej brutalny sposób do zamieszkania wśród nas.

Przez długi czas po wojnie starano się zakłamywać historię, by udowadniać niepodważalną polskość regionu Warmii i Mazur. Pomagał w tym fakt, że po latach Polska stała się niemal jednolita etnicznie. Zdecydowana większość ocalałych niemieckojęzycznych mieszkańców uciekła do Rzeszy przed armią radziecką, innych w kolejnych latach w różny sposób nakłaniano do wyjazdu. Ich miejsce zajmowali Polacy z ziem wschodnich, które na mocy porozumienia mocarstw przypadły ZSRR. Minęło sporo czasu i ta niejednoznaczna tożsamoś

dla wielu stała się inspiracją do poszukiwań. Pochodzenie, wieloetniczność, pograniczność stały się pożądane, pozbawione wstydu, wolne od strachu. Dlatego powstała „Toń” Ishbel Szatrawskiej i inne prace na temat historii naszego regionu, w tym upadku Prus Wschodnich. I dlatego olsztyński teatr wystawił adaptację tego utworu na swojej scenie.

Historia wciąż nam udowadnia, że przedstawiciele różnych nacji, wyznań i kultury mogą całkiem dobrze przez wieki współegzystować, dopóki politycy nie wmówią ludziom, że ich rasa jest lepsza, ich religia ważniejsza, ich obyczaje bardziej szlachetne. To rodzi pretensje, nieporozumienia, nienawiść, a w konsekwencji gwałty, zabójstwa, wojny. Po wielkich tragediach trudno na nowo współżyć, wybaczyć, puścić w niepamięć, szukać wspólnego języka. Stąd wielkie migracje, przesiedlenia i potrzeba oswajania nowych miejsc.

Tytułowa toń to głębia, z której nie jest łatwo się wydobyć. A żeby w nią nie wpaść, trzeba umieć określić w sobie granice, których nie powinno się przekraczać. Inaczej trudno liczyć na szczęśliwe zakończenie, bez rozdrapujących rany rozliczeń, tak by życie mogło toczyć się dalej. Trzeba też czasem skoczyć w głębinę rodzinnych losów, by odnaleźć swoje korzenie, przemilczane, ukrywane, czasem wstydliwe, politycznie podejrzane, dla niektórych przodków nieistotne. I wtedy może się okazać, że jesteśmy z daleka, z bliska, ze środka historii, z pogranicza. Mając mocne korzenie, nawet jak okażą się niespodziewane, łatwiej będzie zrozumieć świat i pojąć ludzkie losy. Historia lubi się powtarzać, stare odchodzi, przychodzi nowe, a każdy człowiek chce przetrwać. Okazuje się, że jesteśmy zdolni wytrzymać wiele zła, krzywd, by móc żyć dalej. Ludzkie relacje zawsze są skomplikowane, a różnice narodowościowe, czy kulturowe jeszcze bardziej je gmatwają.

Nie jestem specjalistą teatrologiem, tylko widzem. Wielokrotnie pisałem o wysokim profesjonalizmie całego zespołu aktorskiego olsztyńskiego Jaracza. Tym razem pochwalę kilka postaci. Gościnnie wystąpił Maciej Raniszewski, który gra lekarza, Maxa Kruschkę. Jest prawdziwy, mieści w sobie i dobro i zło, usprawiedliwiane strachem. Wrażliwość, powołanie, ale i apatia oraz ślepe podporządkowanie nieludzkiemu prawu czy władzom. Bez woli walki, bez refleksji, że zasada „primum non nocere” powinna odnosić się nie tylko do leczenia, lecz również, a może przede wszystkim, do zapobiegania ranom i chorobom powodowanym wojną. Możemy odczuwać podziw, a nawet strach przed potęgą przyrody i ogromem świata, lecz jako rozumne istoty, powinniśmy być wewnętrznie wolni, kierować się nakazem sumienia, zgodnie z Kantowskim „niebem gwiaździstym nade mną i prawem moralnym we mnie”. I z całą mocą rozumu, siły charakteru oraz pozycji w społeczeństwie musimy przeciwstawiać się wszelkim próbom zamachu na wolność i życie innych. Przeciwstawić się również własnemu ojcu, Horstowi, którego kreuje Cezary Ilczyna. Bo to on jest zagorzałym nazistą, to on wierzy w wyższość swojej rasy i do końca nie przyjmie do wiadomości, że jego świat właśnie się zawalił, bowiem był niesprawiedliwy i bestialski. Ale to on, gdyby przeżył, kiedy czas ukoi serca i zagoi rany, znowu byłby wśród tych, co innym wmówią krzykiem i terrorem, że ich flaga ma jedynie słuszne barwy, a orzeł jest prawdziwy, bo jest biały, czarny, z dwoma głowami lub w koronie.

Kilka razy w spektaklu wspomina się o gwałtach i okrucieństwach żołnierzy radzieckich, ale jedynym ich przedstawicielem jest tu pułkownik Kaługin, grany przez Macieja Mydlaka. To doświadczony przez życie oficer, pojmujący prawa wojny, która zwycięzców często zamienia w przegranych. A skoro jest dobry Rosjanin, to po drugiej stronie jest też dobry Niemiec, doktor Hans von Lehndorff, w którego świetnie wcielił się Grzegorz Gromek. Swoją imponującą wiedzą muzyczną, filozoficzną i naukową, zbędną w zdehumanizowanym świecie, dzieli się z operowanymi ofiarami wojny, jakby chciał wspomnieniem Beethovena, Kanta oraz innych luminarzy uśmierzyć ich ból.

Na szczególne wyróżnienie zasługują w „Toni” role kobiece. Ishbel Szatrawska wyposaża swoje bohaterki w cechy niezłomności, zaprzeczając tym samym, że są przedstawicielkami płci, jakże niesłusznie, nazywanej słabą. Kobiety, dla których wojna jest nie mniej dotkliwa niż dla walczących na frontach głównie mężczyzn, znajdują w sobie więcej siły i determinacji, by zapewnić byt swoim rodzinom i funkcjonowanie państwa w czasie działań wojennych. Ale i po ich zakończeniu, to one biorą na swe barki powrót do normalności. Agnieszka Giza-Gradowska jest dziś w szczytowej aktorskiej formie. Jej Gudrun to kobieta wyzwolona w dobrym tego słowa znaczeniu, przeczuwająca upadek swojego pruskiego dobrobytu, rozumiejąca zmienność świata, co pozwala jej, mimo przeżytego dramatu, nie poddać się losowi, tylko go kształtować w nowych warunkach. Podobnie Małgorzata Rydzyńska w roli Janki Jakut. Z konfrontacji z pruskimi panami, ta chłopska dziewczyna nie stoi na przegranej pozycji. Instynkt samozachowawczy i ludowa mądrość pomagają jej w walce o nowe miejsce do życia. Wojenne doświadczenie przekształci tę szczerą i prostolinijną dziewczynę w pewną swych praw kobietę. Możemy przypuszczać, że zrobi wszystko, by z uchodźczyni stać się autochtonką. I wraz z m. in. babką Piekutową (graną przez obdarzoną pięknym głosem Alicję Kochańską) uczynią dawne pruskie ziemie ojczyzną.

Mimo olbrzymiej tragedii wszystkich bohaterów dramatu, realizatorzy chcą, byśmy wyszli z teatru nastawieni optymistycznie, byśmy nie porzucili nadziei na lepszy świat. To normalne, gdy jakikolwiek konflikt dobiega końca, wszystkie jego strony łączy strach, przed nieznanym, przed gwałtem, śmiercią, wypędzeniem, przed nowym życiem. Ale dojście do porozumienia jest możliwe, tak jak różne formy wspólnoty, w tym i miłość.

Symboliczna spadochronowa scenografia wydaje się wystarczająca, by nasza wyobraźnia dotarła do miejsc akcji dramatu. Przyznaję, że nie jestem zwolennikiem wykorzystywanej ostatnio niemal w każdym przedstawieniu teatralnym projekcji video. Nawet jeśli wspomaga scenografię i opowieść, czasem zakłóca odbiór słów, które na scenie powinny być najważniejsze. Potrafię jednak docenić niebanalny pomysł i wkład pracy Patrycji Superczyńskiej i Macieja Czychryta.

Nie jest łatwo udramatyzować powieść, nawet jeśli to przedsięwzięcie bierze na siebie autorka, która ma w swoim pisarskim dorobku również sztuki teatralne. Chwała Ishbel Szatrawskiej, że nie uległa pokusie wykorzystania na scenie wszystkich wątków powieści. Ograniczenie czasu akcji do końcowego etapu wojny nie ujęło dziełu ani trochę uniwersalności i nieprzemijalności. Scenarzystka w duecie z reżyserem, Damianem Josefem Neciem, pozostawiają nas w zachwycie i niepokoju, emocjach i rozdrażnieniu. I ten mętlik w naszych głowach pozostanie na długo. Aż dotrze do nas, że przecież każdy z nas jest skądś. I nawet jak wyrwie się nas z korzeniami z jednego miejsca, to w innym mamy szansę zakwitnąć na nowo.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także