18.05.2021, 11:17 Wersja do druku

Tomasz Domagała: Piszcie o tym, co widzicie

Uprawiam ten zawód totalnie, o niczym poza nim nie myśląc i nie oglądając się na inne teatralne działania czy możliwości. Może dlatego, że w teatrze robiłem już prawie wszystko i pisanie o teatrze jest końcowym i chyba ostatecznym etapem mojej zawodowej drogi - z krytykiem teatralnym Tomaszem Domagałą, autorem bloga DOMAGAŁAsięKULTURY rozmawia Wiesław Kowalski.

fot. arch. Tomasza Domagały

WK: Nie masz wrażenia, że spory w środowisku teatralnym o krytykę pojawiały się kiedyś dużo częściej niż w ostatnich latach? Czy to może znaczyć, że nie ma dzisiaj wśród ludzi teatru i recenzentów gotowości do wysłuchania argumentów jednej i drugiej strony? A może tak jest po prostu łatwiej?

TD: Myślę, że to znak czasu - zawód krytyka teatralnego mocno się w ostatnich latach zdewaluował, przede wszystkim dlatego, że sami nie traktujemy swojej profesji poważnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, że na pomysł pisania o teatrze wpada co sezon kilkanaście nowych osób; narobią trochę szumu, trochę popiszą i... po paru miesiącach znikają z radarów. Przypomina to sytuację z zawodem kelnera - starych mistrzów fachu jest już niewielu, sporo natomiast młodych, którzy muszą gdzieś zacząć swoją zawodową drogę, zanim załapią się na coś lepszego, a lepsze od usługiwania innym jest generalnie wszystko. W środowisku teatralnym jest podobnie: świeżo upieczeni teatrolodzy zaczynają pisać recenzje, po czym - zniechęceni brakiem afirmacji czy szybkiego fejsbukowego sukcesu, a przede wszystkim gratyfikacji finansowej za ciężką pracę - uciekają na reżyserię, dramaturgię czy inne kierunki artystyczne, do pracy w teatrach, w działach edukacji, PR czy w impresariatach. Część oczywiście zostaje na uczelni, żeby robić karierę naukową. Z drugiej strony zawód recenzenta jest tak niewdzięczny i do tego niepopłatny, że wcale się nie dziwię. Po pierwsze dlatego, że trzeba mieć w nim grubą skórę oraz gotowość na hejt i bycie nielubianym. Zwłaszcza że środowisko jest małe i wszyscy się znają. W branży filmowej mawia się o reżyserach, że są warci tyle, ile ich ostatni film; w przypadku krytyka ta zasada jest jeszcze brutalniejsza: jesteś wart tyle, ile twoja ostatnia recenzja, jeśli dobra – to cię kochają, jeśli zła - nienawidzą. A przecież każdy lubi być głaskany i czuć się częścią wspólnoty. Druga sprawa to pieniądze. Etaty stałe ma tylko kilkunastu krytyków w całej Polsce, a do teatrów trzeba jeździć. Oglądanie jest oczywiście za darmo, ale już akomodacja i podróż często nie. Inwestuje się więc dużo, wyciąga mało. Z samego pisania recenzji - zazwyczaj nic. Pierwszą więc przyczyną braku sporów jest według mnie to, że nie ma ich za bardzo z kim prowadzić.

WK: W takim razie jak ty sobie radzisz?

TD: Uprawiam ten zawód totalnie, o niczym poza nim nie myśląc i nie oglądając się na inne teatralne działania czy możliwości. Może dlatego, że w teatrze robiłem już prawie wszystko i pisanie o teatrze jest końcowym i chyba ostatecznym etapem mojej zawodowej drogi. Jestem recenzentem i kropka. Nasz znakomity kolega, Łukasz Drewniak tłumaczył to kiedyś tak: jeździsz, oglądasz i piszesz, żeby środowisko teatralne oraz widzowie dzięki twoim tekstom uważali cię za recenzenta, a gdy już to się stanie, korzystasz z tego, że jesteś krytykiem, jeździsz na festiwale, prowadzisz spotkania, piszesz teksty do programów, robisz wywiady. Im więcej oglądasz i piszesz, tym więcej masz pracy. Gdybym miał receptę na swoje zawodowe życie podsumować w dwóch słowach byłyby to: praca i konsekwencja. Wracając zaś do twojego pytania, drugą przyczyną braku rozmowy artystów z krytykami, nie mówiąc już o sporze jest fakt, że artyści nas nie szanują i z naszymi opiniami się nie liczą, a to dlatego, że my sami się ze sobą nie liczymy i tego, co piszemy, nie traktujemy poważnie, wymieniając to zbyt łatwo na walutę, która przynosi zyski na różnych poziomach. Lista grzechów polskiego recenzenta jest długa: autotematyzm, brak merytorycznego przygotowania do oglądania spektakli, brak uważności, nieumiejętność odkrywania i interpretacji znaków teatralnych, trywialność tekstów, które sprowadzają się raczej do opinii niż merytorycznej analizy, wreszcie koteryjność i środowiskowe uwikłania oraz przechodzenie recenzentów na drugą stronę granicy czwartej ściany, żeby po katastrofach (na przykład na stanowisku dramaturga) wracać do pisania, jakby nic się nie stało. Nie mówię już o koszmarnej „poprawnościowej” nowomowie i sztampie odfajkowywania modnych tematów, szumnie nazywanych dziś „krytyką XXI wieku”. I tu mamy pat - artyści nas nie lubią i nie szanują, ale potrzebują. Krytyk bowiem pisze przede wszystkim teksty dla widzów, ale z założenia powinny one być także lustrem dla artystów. Niestety w większości są zwierciadłem, w którym przegląda się sam autor ku własnemu zadowoleniu. Jak tu więc prowadzić intelektualny spór? Jeśli co drugi artysta mówi po przeczytaniu recenzji: ten człowiek chyba w ogóle nie oglądał mojego spektaklu, ale za to dowiadujemy, jak twórcy obrazili uczucia autora tekstu, jakich końcówek aktorzy nie używają i dlaczego to jest skandal, wreszcie co z danym tekstem zrobił Swinarski i Jarocki. Tylko kogo to obchodzi?

WK: Twoja droga do zawodu krytyka teatralnego nie była chyba wcale tak oczywista. Z tego, co wiem, najpierw próbowałeś poznać tajniki techniki aktorskiej...

TD: To droga pełna paradoksówZawsze chciałem być aktorem, ale po maturze nie mogłem nawet zdawać na PWST, bo moja mama (mój jedyny sponsor) życzyła sobie, żebym najpierw skończył „normalne studia”. Teatr był moją pasją od czwartego roku życia, postanowiłem więc przechytrzyć los i po wielu perypetiach znalazłem się na teatrologii UJ. Tam spędziłem kilka lat, spotykając na swojej drodze największe nazwiska ówczesnej polskiej teatrologii: Ewę Miodońską-Brookes, Jana Michalika, Joannnę Walaszek, ks. Józefa Tischnera, Jacka Popiela czy moją mistrzynię, która jednym zdaniem otworzyła mi na głucho zabite dotąd przede mną dechami okno teatru - Małgorzatę Sugierę. I choć zaliczałem semestry, czytałem, chodziłem do teatru (było łatwo, bo pracowałem kilka sezonów w szatni NST), ciągle marzyłem o aktorstwie. Zdawałem trzy razy i w końcu się dostałem do łódzkiej filmówki, z której prof. Ewa Mirowska po roku po prostu mnie wyrzuciła! Z tej katastrofy życiowej leczyłem się kilka lat, grając między innymi w objazdowych teatrach (cztery spektakle w Domu Kultury od ósmej rano). Wychodziłem przed publiczność (niechętną z założenia) i musiałem grać, za wiele jeszcze nie umiejąc. Ratuj się, kto może, to dopiero była szkoła teatralna! Proroctwo Mirowskiej spełniło się szybciej, niż myślałem – przez kilka lat doświadczałem krwi, potu i łez. Wielu łez. Aż na mojej drodze pojawiła się specjalistka od amerykańskiej Metody - Elizabeth Kemp z Lee Strasberg Actors Studio z Nowego Jorku. Uczestniczyłem w jej warsztatach aktorskich budowania postaci i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, moje zdewastowane przez szkołę skrzydła zostały naprawione. Wróciła radość życia i odzyskałem wewnętrzną pewność, ale nadal brakowało mi pomysłu na siebie. Potem nastąpiła choroba mojej mamy i moje miotanie: asystentury reżyserskie w teatrach i filmach, role w serialach, praca ze scenariuszami filmowymi, tłumaczenie musicalu dla Opery Śląskiej, wreszcie wyjazd do Hiszpanii i będąca jego pokłosiem iberystyka. Gdy sprawy prywatne się rozwiązały, znajomi namówili mnie na pisanie o kulturze, doceniając fachowość moich opinii, wygłaszanych w wąskim gronie i publikowanych na FB. Burze życiowe minęły, a ja poczułem pustkę. To był najlepszy moment, żeby zacząć pisać. I tak powstał blog DOMAGAŁAsięKULTURY. Próbowałem dostać się do jakiejś redakcji, ale – jak to wypomniał mi ostatnio jeden z prawicowych kolegów – nigdzie mnie nie chcieli. Trudno, pomyślałem, recenzent pisze dla widzów, jeśli oni zaczną mnie czytać, to nie będzie mi potrzebne kolesiostwo. Rachunek w zawodzie krytyka jest prosty – albo cię czytają, albo nie. I okazało się, że czytają, choć proces budowania własnej marki trwał w sumie jakieś cztery lata. Piękny czas! Ironiczną puentą całej tej drogi jest chyba to, że w czasie studiów na teatrologii – o ile dobrze pamiętam – byłem na moim roku jedyną osobą, tak otwarcie i buńczucznie deklarującą, że strona teoretyczna teatru zupełnie mnie nie interesuje, po latach zaś okazało się, że recenzowaniem spektakli na taką skalę zajmuję się tylko ja! (śmiech). Wielka to dla mnie lekcja ironii losu. I pokory.

WK: Jak ty sam definiujesz fachowość, kompetencję zawodową, jaką powinni się wykazywać krytycy teatralni? Nie wydaje ci się, że jest to wciąż termin jednak bliżej niezdefiniowany?

TD: Profesor Miodońska-Brookes powiedziała kiedyś, że wolałaby, gdyby recenzenci, zwłaszcza jej studenci, pisali o tym, co widzą na scenie, a nie o tym, co przeczytali, albo co chcieliby zobaczyć - to po pierwsze. Po drugie, recenzent musi - zwłaszcza w przypadku recenzji negatywnej - wytłumaczyć się merytorycznie ze swoich zarzutów, powinien też uzasadnić swoje zachwyty. Opinię podoba/nie podoba się wygłasza widz, od recenzenta wymaga się profesjonalnego podejścia do tematu. Pisanie recenzji nie polega tylko na obejrzeniu spektaklu i napisaniu tekstu, to często długie godziny, dni, a czasem nawet tygodnie rozmyślań, drobiazgowych analiz i interpretacji, dodatkowych lektur, rozkładania teatralnego dzieła „w głowie” i składania go na nowo. Tekst o spektaklu – podobnie jak sam spektakl - to tylko efekt końcowy długiej, wyczerpującej pracy, odbywającej się gdzieś „za kulisami”. Autor musi się pomęczyć, żeby czytelnik nie musiał. Ważne też, żeby ustalić, dla kogo się dany tekst pisze. Inaczej powinna wyglądać recenzja do pisma branżowego, inaczej skierowana do widzów, chodzących na co dzień do teatru. W tej dziedzinie mamy plagę tekstów, które popadają w skrajności: albo są trywialne: aktorka używa bardzo wiele bardzo sugestywnych środków, albo pseudointelekualne: Ich konsekwencją jest przedkładanie pragnienia, aby nasze sceptyczne antycypacje przyszłości się zrealizowały. Moja metoda jest prosta: opisuję to, co oglądam, umieszczam w kulturowych kontekstach i piszę przede wszystkim dla widzów, których spotykam w teatrze. Nie chwalę się wiedzą, ale używam jej jako narzędzia do lepszego zrozumienia spektaklu. No i nie realizuję ideologicznych recept według sezonowej mody. Nie udaję też, że to, co piszę, jest obiektywne, bo recenzja nigdy taka nie będzie. Virginia Woolf rozróżniała w dziedzinie literatury krytyka od recenzenta. Krytyk według niej – w dużym uproszczeniu - zajmuje się tekstem literackim w tradycji, kulturze i historii literatury, recenzent – w kontekście tu i teraz. Często o tym rozróżnieniu myślę i choć zazwyczaj odwołuję się w swoich tekstach do imaginarium teatru czy kultury, czuję się bardziej recenzentem niż krytykiem.

WK: Myślę, że powstające dzisiaj jak grzyby po deszczu teksty na blogach różnych ludzi piszących o teatrze i o kulturze tak naprawdę niewiele mają wspólnego z krytyką teatralną, bo ograniczają jej zadania do funkcji informacyjno-użytkowej czy reklamowo-dokumentalnej, a nie wykorzystują możliwości prowadzenia z teatrem dyskusji światopoglądowych. Twój blog bardzo szybko został dostrzeżony i zyskał uznanie w środowisku i świecie teatru. Od razu mierzyłeś tak wysoko?

TD: Jestem zagorzałym fanem tenisa, więc użyję tenisowej metafory. Gdy Agnieszka Radwańska przegrała w 2015 roku w półfinale Wimbledonu, polscy komentatorzy (Polacy są w tej dziedzinie najlepsi na świecie) mówili: półfinał Wimbledonu to wielki sukces! A mnie trafił szlag. Myślałem: jaki „wielki sukces”?! To klapa! Na Wimbledon jedzie się po to, by go wygrać, i tylko wtedy się go wygrywa. Oczywiście teatr to nie turniej, więc nie mierzyłem wysoko, bo wtedy nie wiedziałem, co miałoby być nagrodą. Zacząłem to robić i okazało się, że choć od dzieciństwa nie lubię pisać tekstów, przynoszą mi one satysfakcję i są czytane. Pierwszy raz wtedy pomyślałem: poddaj się temu, co się dzieje, nie wymyślaj kolejnego życiowego skrótu, bo znowu się znajdziesz na manowcach. Znajoma, która patrzyła na tę moją działalność z punktu widzenia marketingu, wyznaczyła mi prosty plan: pracujesz na swoją markę a po dwóch latach się zobaczy, czy „zażarło”. I faktycznie, gdy minął ten okres darmowej, choć konsekwentnej pracy, w odstępie dwóch tygodni napisało do mnie dwoje wspaniałych Ludzi teatru, „rodziców chrzestnych” mojego teatralnego życia: Joanna Puzyna-Chojka oraz Bartosz Szydłowski. Były to niezobowiązujące maile, doceniające jakieś moje teksty. Wtedy się uśmiechnąłem, bo wiedziałem, że ten proces „budowania marki” rozwija się w dobrym kierunku. A dokąd mnie to wszystko zaprowadzi? Nie wiem, bo nie dość, że ciągle jestem w drodze, to idę nią po raz pierwszy!

WK: Dzisiaj jesteś jednym z najważniejszych ludzi piszących o teatrze, do tego selekcjonujesz spektakle na różne festiwale, jesteś jurorem, prowadzisz spotkania twórców i aktorów z publicznością, festiwalowe dzienniki, jeździsz na premiery po całej Polsce…. Nawet z samochodu łączysz się ze swoimi czytelnikami i informujesz o tym, gdzie jedziesz, czy co oglądałeś…. Jak sobie logistycznie z tym radzisz?

TD: To część tej totalności w uprawianiu tego zawodu. Na pewno pomaga mi to, że jestem klasycznym BIEGUNEM, nie umiem usiedzieć spokojnie na jednym miejscu i kocham podróżować. Plus urodziłem się z talentem logistycznym, co bardzo mi w pracy pomaga. Pamiętam daty, drogi i twarze, gorzej z nazwiskami (śmiech). Jeśli chodzi o nowoczesne formy komunikacji z moimi czytelnikami, to staram się nadążać za rzeczywistością. Oczywiście, towarem klasycznym w moim „sklepiku” jest recenzja, ale to nie przeszkadza mi myśleć o nowościach. Świat szybko idzie do przodu, próbuję więc na razie różnych nowoczesnych narzędzi, żeby znaleźć to swoje ulubione. Nie jestem z pokolenia, które wyssało smykałkę do technologii internetowych z mlekiem matki, muszę więc dużo nad tymi rzeczami pracować. Gdy któregoś razu nagrałem filmiki na Boską Komedię, były one nieporadne i sam czułem, że coś tam się nie do końca udało. Mam też świadomość, że byłem obiektem kpin w stylu „niech ten boomer już przestanie”, ale się tym nie przejmuję. Na początku nikt nie jest alfą i omegą, wszystkiego trzeba się nauczyć. Lajfy z samochodu zacząłem robić z nudów, podczas bowiem czterogodzinnej podróży do głowy przychodzą pomysły dużo gorsze. Odzew był bardzo dobry, więc do nich na pewno wrócę. Bardzo polubiłem radio, z którego zrezygnowałem z powodów, nazwijmy to, pozazawodowych, ale na razie nowych propozycji nie mam, podobnie jak kolegów załatwiających kolejne fuchy. Powrotu zaś do „państwowego” radia sobie w tej chwili nie wyobrażam, zresztą po moim odejściu w geście solidarności z Markiem Niedźwieckim, nikt tam na mnie z otwartymi ramionami nie czeka! Na szczęście jest internet i multum możliwości; mam już nawet pewien plan, ale mówić o tym jeszcze za wcześnie.

WK: Ostatnio dużym zainteresowaniem cieszył się twój trzyczęściowy wywiad z Danutą Stenką. Wierzysz, że krytyka jest w stanie ze znawstwem opisać grę aktorską? Czy też, jak pisał Jan Błoński, skazana jest z natury rzeczy na dyletantyzm?

TD: Trudne pytanie. Z jednej strony uważam, że da się pięknie pisać o aktorach, ale jest to raczej kwestia umiejętności pisarskich recenzenta i jego wirtuozerii w używaniu języka, niż łatwości opisywania aktorstwa czy teatru w ogóle. Z drugiej strony, gdy napiszesz dwadzieścia tekstów, to jeszcze wydaje ci się, że jakoś to wygląda, ale po stu przychodzi taki moment, gdy czujesz, że język nie jest w stanie oddać pełnego wachlarza ludzkich uczuć. Patrzysz na te przymiotniki, jak na stare zgrane karty; no bo ileż razy możesz powtarzać, że aktorka była „wspaniała”, „świetna” czy „znakomita”? Ostatnio nawet pomyślałem, że egzaltacja, uczucie przecież jak każde inne, budzi zażenowanie, gdyż język dysponuje skończoną, a przy tym dość krótką ławką określeń. To zresztą jeden z największych problemów w pisaniu o teatrze: jak zakląć w słowach wielopoziomową metafizykę teatru, całą jego trójwymiarowość i kinetykę, jego piękno i ulotność w tych kilku zdaniach na paru stronach? Z myślą jeszcze z tyłu głowy, że za sto lat po tym całym teatralnym przeżyciu zostaną tylko twoje i kilku jeszcze innych kolegów wypociny… Wychodzi więc, że stary dobry profesor Błoński miał rację – dyletantyzm!

WK: Na Instagramie często zamieszczasz zdjęcia z Kielecczyzny. To tam ładujesz akumulatory obcując z naturą?

TD: Kiedyś nie potrafiłem docenić mojej małej ojczyzny, która znajduje się na północy Ponidzia, teraz, dzięki znajomym z Warszawy, którzy przyjeżdżali do mnie i się nią zachwycali, otworzyły mi się oczy. Mam dom po rodzicach „daleko od szosy” i stanowi on znakomite miejsce do wyciszenia i odpoczynku. Pisanie też mi najlepiej idzie na odludziu, a gdy mam wszystkiego dość, wtedy biorę aparat i idę w pola. Recepta na pandemiczną izolację znakomita. Na nadmiar teatru również!

Tytuł oryginalny

Piszcie o tym, co widzicie

Źródło:

Presto nr 31/2021