EN
28.03.2022, 10:04 Wersja do druku

To nie nasz Sondheim…

„Company” Stephena Sondheima w reż. Michała Znanieckiego w Warszawskiej Operze Kameralnej. Pisze Agnieszka Serlikowska w Teatrze dla Wszystkich.

fot. mat. teatru

26 listopada 2021 r. zmarł Stephen Sondheim, jeden z ojców nowoczesnego amerykańskiego musicalu. Człowiek – legenda, kompozytor i autor słów do spektakli niebanalnych, inteligentnych, muzycznie nieoczywistych, o charakterystycznym, zabójczym dla wielu aktorów rytmie sprowadzającym się raz po raz do konieczności wyśpiewywania słów z prędkością karabinu maszynowego przy jednoczesnym przeskakiwaniu z oktawy na oktawę. Mimo całego wybitnego dorobku i niezliczonych nagród w świecie anglosaskim, w Polsce nazwisko Sondheima kojarzy się przede wszystkim z mieszanym przyjęciem przez krytykę ekranizacji „Sweeneya Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street” oraz „West Side Story”, do którego napisał słowa piosenek.  Tym bardziej ucieszyła zatem zapowiedź realizacji polskiej inscenizacji „Company” – jednego z najbardziej kultowych musicali tego autora. Radość ta była jednak przedwczesna. „Company” w wersji Basenu Artystycznego Warszawskiej Opery Kameralnej, w reżyserii Michała Znanieckiego, to spektakl, na który jak najszybciej powinno się spuścić zasłonę milczenia.

Zaprezentowane po raz pierwszy w 1970 r. „Company” opowiada historię Roberta (Bobby’ego) – nowojorskiego singla z wyższej klasy średniej, osiągającego sukces w każdej dziedzinie życia poza odnalezieniem tzw. drugiej połowy. Bohatera poznajemy w dniu przełomowych urodzin, które w zamierzeniu mają zmotywować go do ustatkowania się. Roberta odwiedza liczne grono znajomych –  tytułowe „towarzystwo” (choć to nie jedyna, a wręcz poboczna interpretacja tego tytułu). Składa się ono przede wszystkim z czterech par w różnym wieku i – co bardziej istotne – na różnych etapach relacji ich związku. Poszczególne sceny spektaklu to wycinki z życia tych par, na podstawie których Robert próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zalety płynące z małżeństwa przewyższają jego wady. Kolejne kłótnie, ataki paniki czy zazdrości, których bardziej lub mniej aktywnym uczestnikiem jest główny bohater, przeplatają się tu z jego randkami i przygodami na jedną noc. Obraz dopełnia atmosfera wielkiej, anonimowej metropolii.  

Według portalu Money.pl w 2018 r.  było w Polsce 192,6 tys. ślubów i 65,2 tys. rozwodów. W 2019 r. liczby te wynosiły odpowiednio 183,5 i 65,4, w 2020 – 144,9 i 51,2. W artykule z 2020 r. miesięcznik „Focus” wskazywał, że w naszym kraju jest 7,5 mln singli, tym samym niemal 20% Polaków „wiedzie samotne życie”. Problemy opisane przez Sondheima ponad pięćdziesiąt lat temu w „Company” pozostają nie tylko realne, ale mocno aktualne w dużych miastach dzisiejszej Polski. Szczególnie biorąc pod uwagę zaakceptowane przez autora zmiany w inscenizacji westendowskiej z 2018 r., w której główna rola męska stała się żeńską, a jedna z heteroseksualnych par – homoseksualną.  Jak wskazywał Sondheim na krótko przed śmiercią: „To, co utrzymuje teatr przy życiu, to możliwość robienia go zawsze inaczej, nie tylko ze świeżymi obsadami, ale ze świeżymi punktami widzenia. Nie chodzi tylko o zmianę zaimków, ale postaw”. Dlaczego więc spektakl tak aktualny i podatny adaptacji w inscenizacji Michała Znanieckiego szeleści papierem? Do tego stopnia, że podczas premiery po  15 minutach od rozpoczęcia przedstawienia z sąsiedniego rzędu usłyszałam męski szept: „już się nudzę”, a zafascynowane musicalem instagramerki pisały dzień później, że „to nie jest spektakl dla nich”?

W warszawskim „Company” widać pośpiech i chodzenie na skróty. Otrzymujemy spektakl przypominający objazdową, w dodatku mało śmieszną farsę. Z przydługimi dialogami, niezrozumiałymi tekstowo scenami zbiorowymi, szkolnymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi. Mamy zatem eleganckich bohaterów ubranych w fizelinę, dobranych kolorystycznie pod względem stroju mężczyzn i kobiety (by nikomu nie pomieszało się kto jest z kim), ogromne pluszowe papcie i zawieszone na balkonowej balustradzie zabawki (nie jestem w stanie określić po co), futurystycznego kupidyna/anioła… Symbolem nonkonformizmu głównego bohatera są czerwone skarpetki i zegarek. Ze sceny raz po raz schodzą na widownię „seksowne” tancerki, a Bobby’ego osaczają kobiety w ciąży i z wózkami z dziećmi.

Słabością spektaklu jest również, a może przede wszystkim, tekst. Tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia, a wyświetlane angielskie napisy uzmysławiają ile tracimy jako widzowie.  Trudno nie uciekać się do nich szczególnie we wspomnianych już piosenkach śpiewanych unisono, które są niestety niezrozumiałe. Bogactwo tekstu Sondheima w wersji polskiej jest sprowadzane do monosylab, głębia i wieloznaczność do jednej, konkretnej wizji. Idealnym przykładem może być piosenka „Another Hundred People”, gdzie „city of strangers” (dosłownie „miasto nieznajomych”), niejednoznaczny tekst o anonimowości w dużym mieście, staje się „miastem perspektyw”, w którym Bobby ma niezliczone okazje na seks. Konfuzję, jakich wiele w tym spektaklu, budzi zamienne stosowanie określeń „Nowy Jork” i „stolica”.

Niejednorodna jest także obsada polskiego „Company”, w której znalazło się kilka musicalowych tuzów. I choć kreujący główną rolę Janusz Kruciński dwoi się i troi w kolejnych scenach, dając popis w piosenkach kończących oba akty, nie jest w stanie uratować tego spektaklu. Szkoda Anny Sroki-Hryń, która tak niewiele ma do zagrania. Wreszcie żal brawurowego występu Anastazji Simińskiej w piosence „Getting Married Today”, który zasłużenie otrzymał na premierze burzę oklasków. Choć o wymienionych aktorach można pisać w niemal samych superlatywach, to zdecydowanie nie wystarcza. Szczególnie, gdy na drugiej szali mamy wyświetlany na prompterze tekst, dla litościwie niewymienionych. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak można na ekranie wyświetlać tekst (w dodatku zieloną czcionką, by odróżnić wypowiedź od didaskaliów), który odbija się w niemal wszystkich lustrach scenografii. Przepraszam, jestem. Ale myśl o tym,  że jedno z czołowych nazwisk z obsady nie nauczyło się kilku stron tekstu i musiało go czytać z zielonej czcionki przed widownią, która zapłaciła od 80 do 150 zł za bilet, po prostu nie mieści mi się w głowie.

Co najbardziej boli w tej inscenizacji, to stracona szansa. Utrwalenie stereotypu musicalu amerykańskiego, pogrążenie wybitnego spektaklu Sondheima. I znów jako miłośniczka teatru muzycznego muszę się tłumaczyć. Muszę robić wstęp, opisywać genezę i potencjał, który został tak banalnie zmarnowany.

Tytuł oryginalny

To nie nasz Sondheim…

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Agnieszka Serlikowska

Data publikacji oryginału:

28.03.2022