Publikujemy rozmowę Małgorzaty Wach z Bartoszem Szydłowskim.
Małgorzata Wach: W materiałach zapowiadających premierę spektaklu „Czekając na barbarzyńców” podkreślasz, że to nie jest opowieść o barbarzyńcach. O czym w takim razie będzie ten spektakl?
Bartosz Szydłowski: To jest opowieść o nas. O społeczeństwie, które potrzebuje barbarzyńców, żeby móc się zdefiniować. Żeby móc powiedzieć: my jesteśmy po tej właściwej stronie. Problem polega na tym, że „barbarzyńcy” najczęściej nie istnieją, tylko są wytwarzani za pomocą języka, procedur, decyzji administracyjnych i medialnych narracji. I nagle okazuje się, że nie opowiadamy historii o „nich”, tylko o mechanizmie, który działa w nas w nas samych.
Ten mechanizm bardzo precyzyjnie opisuje J.M. Coetzee, w powieści „Czekając na barbarzyńców” którą się inspirujemy. Najpierw pojawia się podejrzenie, potem narracja o zagrożeniu, a na końcu – działania, które mają to zagrożenie „zneutralizować”. To proces, który nie dotyczy fikcyjnego świata. On się powtarza w różnych miejscach i momentach historii, również dzisiaj. Dlatego interesuje mnie nie tyle sama fabuła powieści, ile mechanizm, który ona odsłania.
W tym sensie będzie to spektakl polityczny?
Jeśli polityczność rozumiemy jako próbę opisu rzeczywistości, w której żyjemy, to tak. Ale nie interesuje mnie teatr publicystyczny, gdzie literalnie powtarza się agendy polityczne, o wiele ciekawszy jest dla mnie moment, w którym widz przestaje czuć się bezpieczny we własnych przekonaniach.
Chciałbym aby teatr nie potwierdzał obiegowych opinii i nawet gdy ich używa, to po to by odkryć mechanizm który sprawia że są powielane.
W spektaklu pojawia się temat przemocy, ale nie tej globalnej, którą dzisiaj obserwujemy w wielu miejscach na świecie tylko systemowej, którą obserwujemy dzisiaj również w Polsce.
Bo największe zło nie zaczyna się od przemocy. Zaczyna się od lęku. Potem pojawia się język, który ten lęk racjonalizuje i procedury, które go legalizują. I wreszcie, zwyczajni ludzie, którzy – krok po kroku – zaczynają przekraczać granice, często nie widząc w tym niczego złego. I to jest chyba najbardziej przerażające.
W pracy nad spektaklem, bardzo ważnym punktem odniesienia był dla was obraz „Tratwa Meduzy” Géricaulta, przedstawiająca prawdziwą katastrofę francuskiej fregaty Méduse, która rozbiła się 2 lipca 1816 roku u wybrzeży dzisiejszej Mauretanii. Statek wszedł na mieliznę głównie z powodu niekompetencji kapitana, mianowanego politycznie po restauracji monarchii, mimo że od lat nie dowodził okrętem. Brak szalup ratunkowych sprawił, że 147 osób umieszczono na prowizorycznej tratwie – którą początkowo holowały łodzie ratunkowe – lecz szybko ją odcięto. Tratwa dryfowała po morzu przez 13 dni. Panował tam głód, pragnienie, chaos i przemoc. Dochodziło do zabójstw i aktów kanibalizmu. Kiedy w końcu nadeszła pomoc, spośród 147 osób na tratwie zostało tylko 15, z których część zmarła wkrótce po uratowaniu. Katastrofa stała się ogromnym skandalem politycznym we Francji, a obraz Géricaulta jednym z najważniejszych wizualnych oskarżeń systemu, który doprowadził do tragedii.
Tratwa – zaprojektowana przez Małgorzatę Szydłowską – na której znajdują się bohaterowie naszego spektaklu, nie jest obrazem katastrofy, tylko społeczeństwa w sytuacji granicznej – ludzi porzuconych przez system i tych, którzy legitymizują przemoc narzuconą przez system. W rzeczywistości wszyscy płyniemy na tej samej tratwie i – jak się głębiej nad tym zastanowić – wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji.
Pozostaje pytanie o to, kim jesteśmy wobec innych, kiedy przestają obowiązywać zasady? I to jest dokładnie ten moment, który mnie najbardziej interesuje – w którym system się kończy, a człowiek zostaje sam ze swoim wyborem.
Czyli to nie jest opowieść o systemie, tylko o odpowiedzialności jednostki?
Żaden system nie istnieje bez jednostek. On narzuca zasady, ale to jednostki podejmują decyzję, czy wykonają rozkaz albo przepisy, które legitymizują przemoc. Sformułowania takie jak „ja tylko wykonuję swoją pracę”, „takie były rozkazy”, są momentem, w którym odpowiedzialność zostaje rozmyta. Ktoś inny stoi za tym wyborem.
A przecież każda decyzja – nawet najmniejsza – współtworzy rzeczywistość w której żyjemy. Za systemem stoją konkretni ludzie.
„Czekając na barbarzyńców” wpisuje się linię teatru obywatelskiego, którą zapoczątkowałeś w „Procesie Eligiusza Niewiadomskiego”?
W tym sensie, że mocno jest zakorzeniony w tematach naszego życia publicznego, ale myślę że formuła teatru obywatelskiego jest inna, bardziej wprost. Tutaj poszukujemy metafory i teatr przestaje być tylko agorą. Zresztą trudno mi tutaj kategoryzować. Interesuje mnie teatr, który nie opowiada o historii jako zamkniętym rozdziale, tylko traktuje ją jako narzędzie do myślenia o teraźniejszości.
„Proces Eligiusza Niewiadomskiego” nie jest wyłącznie opowieścią o II Rzeczpospolitej i zabójstwie prezydenta Narutowicza, to spektakl o współczesnej Polsce – o podziałach, które wciąż są żywe i o tym, do czego może prowadzić język przemocy.
Podobnie jest w przypadku spektaklu „Czekając na barbarzyńców”. To nie jest opowieść o jakimś odległym imperium, opisywanym przez J. M. Coetzee’go. To opowieść o świecie, w którym żyjemy tu i teraz.
W Twoim spektaklu barbarzyńca nie jest tylko figurą, która niesie zagrożenie, ale też pewnego rodzaju nadzieją na zmianę systemu, który usprawiedliwia przemoc.
Bo barbarzyńca to także ktoś, kto burzy zastany porządek. W tym sensie my artyści też jesteśmy barbarzyńcami, bo wchodzimy w przestrzeń społecznych napięć, rozbijamy schematy i zmuszamy do zadawania niewygodnych pytań.
Żyjemy w czasie, który wielu ludzi odczuwa jako moment kryzysu – politycznego, społecznego i cywilizacyjnego. Wszystkim nam towarzyszy poczucie zbliżającej się katastrofy. Żyjemy w napięciu. Ale teatr nie jest od dawania prostych odpowiedzi. Jest od zadawania pytań, które mogą coś uruchomić i zmienić perspektywę.
Z jakim pytaniem chciałbyś zostawić widzów, którzy przyjdą na spektakl „Czekając na barbarzyńców”?
Bardzo chciałbym rozbić bezgraniczne zaufanie do narracji oczywistości które nas przytłaczają. No i pokazać jak skomplikowane motywacje kryją się za naszymi zdeklarowanymi poglądami. Szukam perspektywy współczucia, a zatem każde pytanie idące za zrozumieniem motywacji bohaterów będzie tym czego oczekuję.