„Tina” wg scen. i w reż. Aliny Moś w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Jarosław Ciszek na blogu kulturalnykonferansjer.pl.
Biografia wielkiej artystki, okraszona jej największymi przebojami, ale też teatralna wersja „Domu dobrego” Wojciecha Smarzowskiego – tak można podsumować spektakl „Tina” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Spektakl bardzo dobry, ogromnie ważny i niezwykle potrzebny.
Tina Turner, ikona światowej muzyki, przez lata zmagała się ze swoim przemocowym mężem i właśnie to stanowi trzon opowiedzianej historii. Historii bardzo uniwersalnej, w której poznajemy szczegółowo perspektywę ofiary, ale także psychologiczne meandry, przez które nie odchodzi z toksycznej relacji, a także reakcje otoczenia (a w zasadzie głównie jej brak).
Autorka scenariusza i reżyserka spektaklu, Alina Moś, postanowiła rozpisać tekst na cztery aktorki, jeszcze bardziej uniwersalizując opisywane zjawiska. Każda z aktorek jest Tiną, każda jest przemocowym mężem, każda objawia się też jako jacyś inni, pomniejsi bohaterowie historii. I każda z aktorek robi to znakomicie. To niezwykłe, jak szybko z entuzjazmu gwiazdy albo ze strachu ofiary przechodzą w zimny tryb bycia katem. Nie furiatem – raczej takim o oczach zimnych jak stal. Wstrząsające są opisywane obrazy przemocy, na przekór podawane lekko, jakby chodziło o najzabawniejsze anegdoty z gwiazdorskiego życia. Nie widzimy tej przemocy, nie ma siniaków, bicia, poniżania, kopania. Ale są słowa i oczy, które mówią wszystko. Są drobne gesty bardziej przejmujące, niż najbrutalniejsze obrazy. A całość dopełniają brzmiące znakomicie piosenki wielkiej damy rocka.
Z czterech aktorek najmocniej zapadły mi w pamięć Ewa Dobrucka i Flaunnette Mafa, ale absolutnie nic zarzucić nie można także świetnym Marcie Gzowskiej-Sawickiej i Wiktorii Węgrzyn-Lichosyt. Trzeba pochwalić też oprawę plastyczną – scenografię łączącą domową przestrzeń łazienki ze sceną skąpaną w białych materiałach i dopełnioną kwiatem lotosu, a także kostiumy – wszystko zaprojektowane przez Natalię Kołodziej. Za muzykę w spektaklu odpowiadał Dominik Strycharski, a ruch sceniczny to dzieło Bartosza Bandury.
75-minutowy spektakl nie jest miły, lekki i przyjemny, ale jednocześnie ma w sobie ogrom energii oraz nadziei na zmiany. Jego obejrzenie może też być cenną lekcją, którą warto przypominać - reaguj, nie zamykaj oczu, nie odwracaj głowy. Przemoc przydarza się największym, nie zna narodowości, statusu społecznego, a także płci. I zawsze pozostaje winą kata, nigdy ofiary.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10.