„Ongoing” dotyczy nie tyle pamięci, ile przeżywanych chwil. Między czubkiem kciuka i palca wskazującego staramy się wyczuć puls teraźniejszości karmionej przez przeszłość i zawierającej obietnicę na przyszłość – powiedziała PAP Tilda Swinton. Jej wystawę można oglądać w Instytucie Przemysłów Kreatywnych w Warszawie.
PAP: Gra pani właśnie w „Man to Man” w reżyserii Stephena Unwina w londyńskim Royal Court Theatre. Do roli Elli – bohaterki przyjmującej tożsamość zmarłego męża – powraca pani po 38 latach od premiery monodramu. Owo wznowienie i prezentowana w Warszawie wystawa „Tilda Swinton. Ongoing” są okazją, by spojrzeć na siebie sprzed lat?
Tilda Swinton: „Man to Man” – który nazywam „coverem” pierwotnej produkcji z 1987 r. lub w skrócie „M2M” – jest pod wieloma względami bliski „Ongoing”. Można powiedzieć, że to siostrzane projekty.
Pomysł, by przedstawienie wróciło na afisz, łączy się z jubileuszem 70-lecia Royal Court – jednego z najważniejszych teatrów krajów anglosaskich wystawiających współczesne teksty. Możliwość ponownego przyjrzenia się nie tylko sztuce Manfreda Karge’a, ale też czasom, w których powstawała inscenizacja, i relacjom z tworzącymi ją osobami – reżyserem, moim bliskim przyjacielem z czasów studenckich Steve’em Unwinem, scenografką Bunny Christie, oświetleniowcem Benem Ormerodem – wydała mi się naturalną kontynuacją wystawy poświęconej wieloletnim artystycznym współpracom. Postrzegam tę produkcję jako satelitę „Ongoing”. Mam nadzieję, że uda mi się zawrzeć ślad jej znaczenia w kolejnych przedstawieniach, ponieważ niebawem spektakl wyruszy w podróż.
PAP: Wielki polski artysta teatru Tadeusz Kantor zapraszał widzów swoich spektakli do własnego „pokoju pamięci”. „Ongoing” to nie pokój, ale kosmos pamięci. Czy właśnie pamięć o tym, co panią zbudowało, jest nicią wspólną dla tej wystawy?
T.S.: To bardzo ciekawe, właśnie dziś rano myślałam o Kantorze. W latach 80. miałam zaszczyt obejrzeć jego fenomenalny spektakl „Umarła klasa” w Riverside Studios w Londynie. Jakże nieusuwalnie zapadł nam w pamięć! I prawdopodobnie wywarł na nas duży wpływ. Namacalna obecność jego twórczości, znaczenie tego, co „prawdziwe”, i głęboki oddźwięk... Może „Ongoing” nosi w sobie ślad tego oddania? Chciałabym tak myśleć – zwłaszcza że właśnie lądujemy w Warszawie…
Powiedziałabym, że „Ongoing” dotyczy nie tyle pamięci, ile przeżywanych chwil. Wystawa nie jest skierowana ku przeszłości. Między czubkiem kciuka i palca wskazującego staramy się wyczuć puls teraźniejszości, karmionej oraz rozwijanej przez przeszłość i zawierającej obietnicę na przyszłość. Stąd tytuł.
PAP: Jaka była pani pierwsza myśl o tym projekcie?
T.S.: Kiedy Eye Filmmuseum w Amsterdamie wystąpiło z propozycją wystawy poświęconej mojej pracy, w pierwszej chwili odmówiłam. Z perspektywy czasu uważam tę reakcję za przejaw braku wyobraźni. Nie interesowało mnie stworzenie retrospektywy złożonej z fragmentów filmów, w których kiedyś zagrałam, starych plakatów, kostiumów. Potrzebowałam czasu, by wymyślić, jak podejść do tego inaczej, znaleźć niewydeptaną ścieżkę. Rozmowy z artystami, którzy dopiero wkraczają do świata sztuki, uświadomiły mi, że wśród młodszych pokoleń dominuje pewien wzorzec – obawa związana z identyfikowaniem się jako artysta. Brakuje edukacji na temat pracy zespołowej, w którą wpisane są mniejsza indywidualizacja i ekspozycja oraz większe wsparcie w ramach wspólnoty zawodowej. Znalazłam sposób, jak wykonać pomocny gest.
PAP: Co chciała pani powiedzieć zwiedzającym?
T.S.: Ekspozycja skupia się na dziełach stanowiących owoce długotrwałych, inspirujących relacji twórczych. To przestrzenie bezpieczeństwa i zaufania, które zaprocentowały niezapomnianymi przygodami i nadal umożliwiają artystyczne poszukiwania oparte na stabilnej więzi. Marzyłam o tym, by widzowie, opuszczając wystawę, myśleli: „Wow, tylko tyle potrzeba? Zwykła przyjaźń z – w wypadku Luki Guadagnino – telefonem komórkowym? Z kamerą Super 8 jak u Dereka Jarmana? Albo – w wypadku Apichatponga Weerasethakula – z kamerą Bolex 16 mm? Właściwie domowe filmy? Tyle wystarczy, by zacząć? Po prostu wspólna zabawa z przyjaciółmi? Zero budżetu, zero planu?”. Odpowiedź brzmi: oczywiście, to może być tak łatwe, skromne, tanie. I naprawdę może wystarczyć na 40 lat, a nawet więcej. Z dobrej zabawy z przyjaciółmi nie trzeba wyrastać.
PAP: Czy spojrzenie wstecz na pani życie i pracę wydobyło na pierwszy plan momenty, którym nie przyznawała pani szczególnego znaczenia lub posłużyło do osobistych przewartościowań?
T.S.: Jedyne, co w tym momencie przychodzi mi do głowy, to moje zdumienie tym, jak wcześnie odkryłam własne fundamenty i jak niezawodnie wspierają mnie od tamtej pory. Ogromne szczęście. I odrobina zrozumienia, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
PAP: Co by pani powiedziała dziś młodszej Tildzie?
T.S.: Jest mi bardzo bliska z wielu powodów. Po pierwsze, moje dzieci mają obecnie dwadzieścia kilka lat, więc niemal nieustannie wracam myślami do tożsamego rozdziału mojego życia. Poza tym dzięki „M2M” mogę – najdosłowniej – ponownie wejść w buty, które nosiłam jako 26-latka… Dostrzegam, co się zmieniło, a co pozostało takie samo. Niemal 40 lat po premierze spektaklu uświadamiamy sobie, jaki ładunek emocjonalny niesie tekst Manfreda Karge’a. Przypominamy sobie, że w latach 80. nie zwracaliśmy uwagi na smutek i tragiczną ofiarę zawartą w tej sztuce. Może byliśmy zbyt młodzi, by w pełni to zrozumieć.
Sądzę, że młodsza Tilda była niezwykle bystra, energiczna, ale też doprowadzona niemal do traumy przez swoje dzieciństwo. Była powściągliwa — stawiała kolejne kroki, nie zdradzając zbyt wiele. Jednak nie zmieniłabym niczego – nawet nie przyszłoby mi do głowy, by udzielić jej jakiejkolwiek rady. Powiedziałabym jej jedynie, że jest na dobrej drodze, może czuć się bezpieczna, ma wszystko, czego potrzebuje. I że będzie dobrze.
PAP: Wystawa jest kroniką spotkań z artystkami i artystami, z którymi połączyła panią przyjaźń i pasja do sztuki. Jakie są pierwsze skojarzenia – słowa lub barwy – z nimi związane?
T.S.: Derek Jarman – Niebieski
Luca Guadagnino – Pomarańczowy
Pedro Almodóvar – Czerwony
Jim Jarmusch – Czarny
Apichatpong Weerasethakul – Żółty
Tim Walker – Srebrny
Joanna Hogg – Brązowy
Olivier Saillard — Różowy
PAP: Szczególne miejsce w pani sercu zajmuje Derek Jarman. Sama zaprojektowała pani część jemu poświęconą. Kim jest dla pani dzisiaj – po ponad 30 latach od jego śmierci?
T.S.: Nie wyobrażam sobie, że pracowałabym tak jak w ostatnich 40 latach, gdyby nie spotkanie z Derekiem. Kiedy oglądamy fragmenty filmu Super 8, które znalazłam na potrzeby wystawy – a są tu nawet nowe prace Dereka! – widzimy bardzo nieśmiałą 24-latkę, niechętną do występów przed kamerą, zachęcaną do odnalezienia równowagi i bezpieczeństwa w obiektywie Dereka. W spokojnym miejscu ta młoda osoba odnalazła swój dom, wykształciła pewność siebie, a wraz z nią własną praktykę artystyczną. Gdy dziewięć lat później Derek odszedł w tak druzgocący sposób, miała już wystarczająco dużo zaufania zarówno do siebie, jak i do pracy w duchu zespołowym, by z ciekawością i wiarą wyruszyć na nowe przygody. Do dzisiaj Derek pozostaje moim nieodłącznym towarzyszem i orędownikiem. Jest mi bardzo bliski i drogi.
PAP: Ekspozycja – obejmująca też m.in. instalację „Flat 19” rekonstruującą pani dawne londyńskie mieszkanie – została umieszczona w przestrzeni dawnej drukarni Polskiej Agencji Prasowej. Jak ważna jest dla pani pamięć miejsc, ich energia, to, co zaklęte w murach?
T.S.: „Ongoing” dotyczy przede wszystkim duchów. I miejsc. A także zamieszkujących je duchów. To radosne i owocne nawiedzenia. Każdy wkład jest osadzony w konkretnym punkcie – nie tylko mojego życia, ale również świata. Znajdziemy tu kamienny ogród Dereka Jarmana w Dungeness, moje pierwsze mieszkanie – „Flat 19” – kochane również przez Joannę Hogg, wzgórze Luca we Włoszech, zapis ze spotkania z Apichatpongiem w moim domu rodzinnym w Szkocji, portrety autorstwa Tima Walkera, na których razem z dziećmi wcielamy się w naszych przodków, podążamy ich śladami. Jest też współtworzony z Olivierem Saillardem performance „A Biographical Wardrobe” prezentujący zarówno moje ubrania jak i pamiątki rodzinne, kosmiczna — dla mnie — Ameryka Jima Jarmusha oraz film Pedra Almodóvara.
To nie pamięć, lecz współczesne relacje i budowanie wspólnoty mają dla mnie nadrzędne znaczenie. Poczucie ciągłości, nieustannej ewolucji oraz przetrwania. Życie pełne nowości, a jednocześnie pozostające w harmonii z echem przeszłości. Dziedzictwo przestrzeni takiej jak dawna drukarnia Polskiej Agencji Prasowej – stanowiącej oprawę wystawy dotyczącej praktyki zawodowej i wspólnych wysiłków – służy podkreśleniu i zharmonizowaniu tej integracji. Jestem niesamowicie dumna, że mogę pracować w otoczeniu takiej historii.
PAP: Warszawa to trzecie miejsce – po Amsterdamie i Atenach – gdzie pokazywana jest wystawa „Ongoing”. Ma pani szczególny stosunek do Polski i Malta Festivalu?
T.S.: Mieliśmy wspaniałe doświadczenia z Malta Festivalem w Poznaniu. Niezmiernie cieszymy się, że możemy kontynuować tę współpracę w Warszawie. Właśnie to jest podstawą i kwintesencją moich dotychczasowych relacji z Polską. Choć mam też szczęście, że wśród bliskich przyjaciół mojej rodziny są Polacy. Nie mogę się doczekać, by w niedalekiej przyszłości wspólnie z nimi odkrywać ich kraj i kulturę.
Rozmawiała Daria Porycka
Wystawę „Tilda Swinton — Ongoing” można oglądać do 17 stycznia 2027 r. w Instytucie Przemysłów Kreatywnych przy ul. Mińskiej 65 w Warszawie. Organizatorem wydarzenia jest Malta Festival.