W części drugiej wrześniowej „Miesięcznej Kroniki Teatralnej” garść recenzji ze spektakli prezentowanych w okresie kanikuły oraz w leniwym wrześniowym czasie. Zapraszam do lektury. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie internetowej.
Na ekranie
Król Maciuś Pierwszy, na podstawie Janusza Korczaka, adaptacja i reżyseria: Tadeusz Kabicz
Przypadek czy celowy zabieg? Poprzedni sezon teatralny Teatru Telewizji wieńczyła premiera utworu dedykowanego dla młodego widza, a obecny inauguruje ponownie pozycja adresowana dla tegoż odbiorcy. Tym razem to adaptacja powieści Janusza Korczaka z roku 1923 o młodocianym władcy, który pragnął dobra, a rzeczywistość ukazała swoje prawdziwe oblicze. Gdy rodzice Maciusia umierają pozostaje sam pod kuratelą rządu, który ogranicza go w aktywności. Ale malec pragnie stać się dorosłym i w przebraniu, u boku przyjaciela Felka, walczy z wrogiem o dobro kraju, co buduje jego pozycję wśród poddanych. Dzieląc władzę dla dorosłych i dzieci, zwołuje parlament tych ostatnich, którzy uchwalają nowe prawo – zamiany ról: rodzice do szkoły, latorośli do pracy. To wprowadza anarchię i upadek kraju atakowanego przez obce mocarstwo. Malec zostaje skazany na karę śmierci, w ostatniej chwili zmienioną na wygnanie na bezludną wyspę. Tak pokrótce przedstawia się historia ukazana przez Korczaka, wielkiego pasjonata nowego wychowania, które winno kształtować młode pokolenia społeczeństwa. I można traktować ową opowieść jako rzecz o budowaniu świadomości dzieci, ich prawach, a także podmiotowości, ale nasuwa się jeszcze jedno skojarzenie. To forma utopii politycznej, pewnej wizji ustrojowej, a w niektórych swoich obrazach bliskiej współczesnej demokracji. Tadeusz Kabicz, realizując ów tekst dla Teatru Telewizji, pozostając wierny literze powieści, uczynił rzecz niesamowitą. Dokonał swoistego ukazania mechanizmu władzy, typów charakterów polityki w świecie dorosłych i młodych. Bowiem obraz zgorzkniałych egoistów ze sfery rządowej na czele ze znudzonym premierem (Jan Frycz) i plejadą ministrów (Danuta Stenka, Karolina Gruszka, Tomasz Kot i Borys Szyc), którzy myślą tylko o własnym powodzeniu nie jest odległy od pomysłowości dziecięcego parlamentu. Świetny obraz obrad, przekrzykiwania się, walki o zadziwiające uprzywilejowania oddaje klimat naszego życia z ulicy Wiejskiej. Wiek bohaterów różny, a światy jakże podobne. W tym popsutym i wadliwym obrazie musi odnaleźć się młodociany władca – pełen ambicji, aspiracji, marzeń i wyobrażeń o idealnym świecie. Wydaje się, że jego wartości od samego początku są skazane na porażkę. Dorośli grają swoją grę w obyczaje i konwenanse niegotowi dla zmian, a rówieśnicy pozostali w świecie baśni, piłki i skakanki. Nie można każdego równać do siebie – chce powiedzieć Tadeusz Kabicz. W moim odczuciu to niezwykle pesymistyczna opowieść, która ukazuje porażkę jednostki wobec skostniałego i niedojrzałego świata ukazanego przez dwa bieguny pokoleń. Reżyser tworzy sprawną historię rozegraną w dwóch planach: w miarę realistycznym świecie królestwa w przestrzeniach rezydencji króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie, a także abstrakcji animacji będących niczym wycinanką z bohaterami opowieści. Tworzy się z tego interesująca składanka dla oka. Zasługą głównego realizatora jest sprawna konstrukcja, choć niektóre sceny wydają się zbyt długie i przegadane. Największym walorem stała się umiejętność prowadzenia dziecięcych aktorów co ukazują niezwykle dobrze zrealizowane sekwencje parlamentarne. Można odnieść wrażenie, że niektórzy młodociani artyści oglądają stale programy informacyjne, gdyż perfekcyjnie wcielili się w role krzyczących, sprzeczających się polityków. Wśród starszych aktorów wyróżnia się Ochmistrz (Maciej Musiał) ze zjawiskowym poczuciem humoru i dystynkcją godną pełnionej funkcji. Najbliższymi orędownikami młodego władcy pozostają Guwernantka, jednocześnie narratorka opowieści (Magdalena Popławska) oraz Doktór (Marek Kondrat). W ich osobach kumuluje się dobro, opiekuńczość i zaufanie do mądrości dziecka. To niczym Maryna Falska i Korczak wspierający swoje pociechy może i w nierealnych pomysłach – ale własnych, indywidualnych i świadomych wzięcia za nie odpowiedzialności. Jednak największe brawa należą się tytułowemu bohaterowi – Tymonowi Bitkowskiemu. Jak na młodocianego aktora należy się duży ukłon, gdyż widać przemianę, emocje, a przede wszystkim iskrę w oku, która buduje pozycję królewskiej władzy. Na dodatek świetnie śpiewa, dialoguje i rozumie kim jest w owej opowieści. Kabicz zrealizował z pomysłem i dobrą interpretacją rzecz o niezrozumieniu, które jest aktualne w każdym czasie. To jego trzecia praca w Teatrze Telewizji po Pełnej powadze. Komedia dla ludzi bez poczucia humoru Oscara Wilde oraz świetnym molierowskim Tartuffe, ukazuje jego wielki talent i miłość dla kamery i aktorów.
Ocena: 5/6
Być jak czterdziestolatek, Marta Bacewicz i Damian Kocur, reżyseria: Damian Kocur
Niezwykłym sentymentem darzę dwa seriale telewizyjne, z czasów Polski Ludowej, które ukazywały jej realia, codzienność, a także potwierdzały kunszt aktorski plejady ówczesnych gwiazd. Mowa o Wojnie domowej i Czterdziestolatku. I właśnie do owego drugiego tytułu, nawiązuje, ale wydaje się, że głównie tytułem i nikłymi, dyskretnymi cytatami, jedna z wrześniowych premier Teatru Telewizji. Na swój sposób to inteligentna gra, opowieść o równolatku tytułu, która ukazana jest w realiach naszej współczesności. Owe nawiązania do dawnej opowieści o inżynierze Karwowskim i jego rodzinie, budowniczym warszawskiego Dworca Centralnego i Trasy Łazienkowskiej, mają swój subtelny urok. A to w pierwszej scenie, w formie quasi defilady orkiestry dętej na Placu na Rozdrożu z widokiem na sześciopasmową jezdnię cudu technologii lat siedemdziesiątych XX wieku lub przebija dawna piosenka z czołówki w wykonaniu Andrzeja Rosiewicza, a także przewrotność zawodu głównego bohatera – jest obecnie montażystą filmowym, a dawna postać to inżynier – na swój sposób montażysta, budowniczy nowej rzeczywistości czasów sukcesów Edwarda Gierka. Kluczem dla intencji realizatorów staje się przygotowywany materiał filmowy, z okazji kolejnej rocznicy powstania obrazu, gdzie wypowiada się reżyser serialu – Jerzy Gruza, o powodach realizacji owej wieloodcinkowej opowieści. Otóż to rzecz zrealizowana przez czterdziestolatków o równolatku. Damian Kocur podążył podobną ścieżką. Przedstawienie telewizyjne to swoista multiplikacja – aktora i jego postaci – Stefana (Mateusz Znaniecki), których życiorysy wydają się na swój sposób spójne, podobne, analogiczne. Początkowa i końcowa sekwencja w studio realizacji widowiska ukazuje spóźnionego aktora, który odtwarza dzień z życia swojego bohatera. Jest on w nieustannym „niedoczasie”, wszędzie się spóźnia, jego roztargnienie nie pomaga w zrozumieniu dlaczego jeszcze funkcjonuje i co jest jego celem życia. Owa historia jest niezwykle powierzchowna, gdyż musiała zmieścić się w sześćdziesięciu minutach czasu antenowego. Dlatego wydaje się ona niezbyt udana, przemyślana i chaotyczna. Nieustanny rajd po mieście taksówkami, których kierowcami są obcokrajowcy, początkowo może jest i interesująca, bo prawdziwa, ale dalej już nudzi powielanym schematyzmem. Stefan to rozwodnik (odwrotnie niż serialowa postać – przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci), który zostaje z córką na kilka dni, gdyż jego była żona wyjeżdża do Tajlandii z nowym partnerem. Dużo nawiązań do naszych czasów i realiów wydaje się atutem. Jednak to raczej rwane, niestety bez rytmu i napięcia, spotkania z kolejnymi pojawiającymi się postaciami, a nie rzeczywisty rys psychologiczny człowieka w średnim wieku. Nieznośna wizyta u rodziców, poszukiwanie kostiumu dla córki z nową dziewczyną Paulą, a także scena w szkole nie są atrakcyjne, a jedynie ukazują pewną możliwą sekwencję zdarzeń-epizodu z życia mężczyzny. Wartością jest relacja z Zosią, kilkuletnią córką (świetna Marika Zielińska), dla której nowa rzeczywistość rozwodzących się rodziców jest czymś nowym, nieznanym i nieoczywistym. Ich więź, nowe okoliczności stają się szansą dla skonstruowania interesującego partnerstwa między rodzicem a dzieckiem. Przewrotność twórców polega na tym, że realizowany spektakl to lekcja dla aktora-postaci, aby walczyć o swoją rodzinę, co ukazują wieńczące sceny. Powstał interesujący obraz, choć miejscami wymykający się jednoznacznej ocenie, który cechuje – ze szkodą dla ostatecznego efektu – powtarzalność i niepogłębiona schematyczność. Walorem pozostanie multiplikacja postaci Stefana, która ukazuje, że teatr może dawać do myślenia czterdziestolatkom – ludziom w wieku kryzysu i rozterek własnej ścieżki życiowej.
Ocena: 4/6
Na scenie
Damy i huzary, Aleksander Fredro, reżyseria: Karolina Labahua, Teatr Klasyki Polskiej, premiera warszawska: lipiec 2026
Letnia aura winna sprzyjać prezentacjom teatralnym pod gołym niebem. Marzą się czasy widowisk na świeżym powietrzu jak miało to miejsce w dwudziestoleciu międzywojennym - to musiały być spektakularne zjawiska artystyczne. Obecnie niewiele scen decyduje się na ów eksperyment letniego pleneru, a wszystko za sprawą kapryśnej aury, która w nieobliczalny sposób odmienia się z pięknego słońca w ulewny deszcz. Owym naturalnym okolicznościom nie oparł się Teatr Klasyki Polskiej – państwowa instytucja kultury, funkcjonująca bez sceny, w nieustannym objeździe, której celem jest docieranie ze sztuką sceniczną do najmniejszych zakątków naszego kraju. Owe pielgrzymowanie ma swój niebagatelny sens, choć można oczywiście kręcić nosem na jakość prezentowanych przedstawień. Ale chyba istotą nie jest wybujała inscenizacja, ale umiejętność przybycie do najszerszego odbiorcy, który wielokrotnie spragniony prostej, nawet konserwatywnej formuły widowiska, może obcować z jej namiastką w żywym wykonaniu. Korzystając z czasu wakacji scena zorganizowała mini festiwal Aleksandra Fredry obierając za przestrzeń stołeczne Łazienki Królewskie. To niesłychana frajda, że ponownie ożył Amfiteatr w parku, który przecież jest dedykowanym miejscem pod chmurką dla aktywności teatralnej ku radości publiczności. Z dawnych lat pamiętam pokazy Teatru Nowego pod wodzą Adama Hanuszkiewicza, ale była to druga połowa lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a także przedstawienie w ramach Festiwalu Mozartowskiego. Ów powrót to narodziny na nowo, a lato ma swoje prawa, dla którego sztuki naszego mistrza komedii wydają się idealnym, naturalnym tłem lekkości i zwiewności. Podczas owego przeglądu nowym spektaklem stały się Damy i huzary. Jedna z moich ulubionych pozycji z bogatego katalogu twórczości komediopisarza. Na pewno do tego przyczynił się Janusz Nyczak z jego niezapomnianą wersją z Teatru Nowego w Poznaniu, gdzie błyszczały kobiece role (Daniela Popławska, Kazimiera Nogajówna i Sława Kwaśniewska), a Zosię grała Danuta Stenka. Wersja Teatru Klasyki Polskiej przygotowana przez Karolinę Labahua stawia w głównej mierze na słowo, jego sens, dźwięczność i brzmienie. I rzeczywiście niektóre sceny, dzięki owemu dialogowi iskrzą dowcipem, a publiczność nagradza je gromkimi brawami oraz uśmiechem. Jednak niekiedy jest ono traktowane nonszalancko, niedbale i zbyt żwawo, aby zrozumieć wszystkie niuanse zawarte w wierszu Fredry. To trochę jak przygotowana naprędce potrawa staropolska, która wymaga precyzji i dokładności. Niechlujność i brak zastanowienia co niesie poszczególny wers pozostawiają plamę niespełnienia. Sama inscenizacja jest niezwykle dyskretna, zgodna z zapisem autora, a scenografia umowna, przestawna, symboliczna, która wzoruje się na epokę akcji opowieści. Sam utwór powstał dwieście jeden lat temu i można traktować go jako dawny bibelot, artefakt muzealny, ale jednak pobrzmiewa w nim wiele smutnych prawd o dziewiętnastym wieku na ziemiach polskich. Analogicznie jak w Fantazym Juliusza Słowackiego rzecz idzie o pannę, która staje się przedmiotem handlu, a nie indywidualnego wyboru. Owa sekwencja przechodzi bez echa, a powinna wybrzmieć, stać się przykładem owego nagannego świata, a nie tylko lukru polewanego na okazały tort naszego zapatrzenia się w czas dawny pełen, niestety, ułomności. Zatem ów spektakl ma nieść zabawę, radość, a nie korespondować, rezonować z tym co minione i zestawiać z tym co dzisiejsze. Szkoda. Niektóre elementy – o świecie kobiet, mężczyzn, stosunek do młodych – mogłyby zostać poddane bacznej analizie korespondującej z naszym czasem. Aktorsko wygrywają panowie – Jarosław Gajewski (Major) i Andrzej Mastalerz (Rotmistrz), którzy świetnie bawią się słowem i własnymi rolami tworząc perełki ku uciesze widowni. Na tym tle panie prezentują się jak bohaterki z pociągu filmu Marka Koterskiego Dzień świra, których dialog przemienia się w gdakanie kur. A dopełnienie stanowi naturalny głos pawia, współgrającego ze scenicznym słowem. I kto wie czy on nie ma najwięcej do powiedzenia, bo mimo pozytywnego nastroju to spektakl bez diagnoz i spostrzeżeń czym może być Fredro dla nas współczesnych.
Ocena: 3/6
Anioł zagłady, tekst i reżyseria: Data Tavadze, Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka w Warszawie, premiera: czerwiec 2026
Owa warszawska scena to jeden z niewielu przykładów w stolicy, że latem warto prezentować przedstawienia. Od dobrych kilkunastu lat lipiec w Pałacu Kultury i Nauki należy do Przeglądu spektakli Teatru Dramatycznego. To możliwy czas nadrobienia zaległości, obejrzenia ostatnich premier. Co ważne publiczność dopisuje, widownia zapełniona do ostatniego miejsca, a przed kasą kolejka oczekujących na wejściówki. Serce się raduje i owa rzeczywistość ukazuje, że wakacje to nie winien być martwy sezon w teatrze, ale próba poszukiwania adekwatnego, a może po prostu różnorodnego repertuaru ku spełnieniu publiczności. Ostatnie nowe przedstawienie instytucji prowadzonej przez Wojciecha Farugę to Anioł zagłady. Przygotowanie owego powierzono Data Tavadze – gruzińskiemu reżyserowi, dramatopisarzowi, aktywiście społecznemu, wyrazistemu twórcy o politycznym zacięciu komentatora tego co wokół nas. Problem polega na tym, że wszystko pięknie wygląda w opisie, ale całkowicie nie współgra z tym co można zobaczyć na scenie. Inscenizator absolutnie nie wie co powiedzieć widzom, dlaczego spotkaliśmy się w teatrze i jaki cel ma ów seans wzorowany filmem Luisa Beñuela o tym samym tytule. Dzieło powstałe w roku 1962 będące satyrą o burżuazji, ukazaną w formie surrealistycznej opowieści, mogło zachwycać w dawnym czasie. Działo się to poprzez korespondowanie z rzeczywistością, zanikającym światem, ułomnością systemu i nadchodzącą zmianą – jeżeli uzmysłowimy sobie, że 1968 rok już za sześć lat. Pomysłowość ukazania pewnego przyjęcia, które przeradza się w nieustanne trwanie, nieopuszczanie pomieszczenia, nakręcało spiralę przemocy, dygresji, komentarzy i współzależności. Ale co począć gdy nie ma się do czego odnieść i postawiło się na wyczerpanego konia, który dawno rezyduje w stajni a nie na torze wyścigowym? Wychodzi papka megalomanii artystycznej przyprawiona bełkotem słowa. I tak wygląda ów spektakl. Zlatuje się owe luksusowe towarzystwo niczym drapieżne ptaki, co wielokrotnie podkreślają sami zainteresowani, na swoisty żer, ale jest on tak delikatny i mdły, że nikt nie naje się ową padliną. Toczy się ów dramat zamknięcia dwunastu postaci jak podczas Ostatniej Wieczerzy, ale nie ma on zacięcia, przełamań, siły napędowej kształtowania spełnionego spektaklu. Słowa padają w pustkę. Z czasem człowiek się wyłącza, nie słucha, patrzy na kolejne obrazki z myślą: „Ale to nudne!”, „Ale to już było”. I trwa ten seans niczym nieudana kołysanka usypiająca nie snem pozytywnym, ale bólu i zmęczenia. Z niewiadomych powodów powstała rozbuchana scenografia (Agata Skwarczyńska), ukazująca lustrzane odbicia postaci z realistyczną kuchnią i niewiadomym po co kranem, z trzema wyświetlaczami ukazującymi niby polityczne sensy poszczególnych scen – a tak naprawdę to urabianie na siłę tez pobrzmiewających niemrawym echem. Tavadze chce stworzyć świat owych drapieżnych ptaków, co podkreśla muzyka Nikoloza Pasuri i elementy dekoracji w formie sitowia. Tylko kompletny to niewypał, gdyż owe towarzystwo zgromadzone w jednym miejscu jest przeszyte własnym bełkotem, a nie siłą działania. Umiera, odchodzi, a nie chce walczyć, zasypia i usypia wszystkich wokół. Jaki ten teatr może być męczący...
Ocena: 2/6
Było niegorąco, scenariusz i reżyseria: Aleksandra Bielewicz, Muzeum Powstania Warszawskiego, pokazy: sierpień 2026
Jak każdego roku, w dniach obchodów kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, muzeum poświęcone wydarzeniu, prezentuje nowy spektakl. Kontekstem, znaczeniem ma on nawiązywać do ówczesnych sześćdziesięciu trzech dni walczącej stolicy. Z owymi założeniami bywało różnie, a przecież przedstawienia realizowali najwięksi współcześni inscenizatorzy. Pierwsza premiera miała miejsce w 2006 roku, zatem minęło dwadzieścia lat od projektu Marcina Libera, a po nim w murach instytucji, gościli z własną koncepcją, ujęciem, spojrzeniem na dzień walczącej stolicy m.in.: Jan Klata, Paweł Łysak, Michał Zadara, Krystyna Janda, Agata Duda-Gracz, Iwan Wyrypajew, Agnieszka Glińska czy Katarzyna Szyngiera. Do owego grona, w tym roku dołączyła Aleksandra Bielewicz – nowa postać reżyserskiego świata, nie tak dawno przygotowująca Trojanki w warszawskim Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera. Przystępując do pracy nad przedstawieniem, odwołującym się do pamiętnych wydarzeń Warszawy z roku 1944, trzeba mieć na nie pomysł i koncepcję. Nie chodzi o to aby opowiadać o nim na kolanach, z nabożnością i wtórnością, ale ukazać nowe wątki, znaczenia, zjawiska, oceny, polemiki, konteksty. I niestety w tym roku absolutnie nie miało to miejsca. Na dodatek tytuł Było niegorąco idealnie pasuje do oceny całego wydarzenia. Nawet można powiedzieć, że owej realizacji przyświeca brak pomysłu, grafomania formy i niestety powtarzalność oczywistych oczywistości. Nie ma najmniejszego sensu powtarzać utartych schematów o kanałach, pożodze, ofiarach. Ważne jest aby teatr odkrywał nowe pola. A w owej propozycji absolutnie tego nie ma. Na swój sposób to stracona szansa, gdyż można było pozostawić wątek spotkania postaci ubranych w role Anny Świerszczyńskiej (Aleksandra Bożek), której poezja mogłaby kontrastować z prozą Mirona Białoszewskiego (Grzegorz Artman). Zestawienie tych dwóch osobowości, ich widzenia tamtych dni, poglądów i wyobrażeń miałby wymiar uniwersalnej opowieści widzianej z dwóch perspektyw. Ale trzeba było inaczej, pseudoatrakcyjniej. Całość rozpoczyna dźwiękowa forma dialogu amerykańskiej stacji kosmicznej z załogą statku odbywającego misję okrążenia księżyca. I już robi się zadziwiająco nielogicznie. W projekcji widzimy postać (Agnieszka Podsiadlik), która przemierza stolicę, będąc wizją odmiennej planety. A konkluzja jest jasna – nie cywilizować świata, gdyż ludzkość to zło i zagłada. Jak na spektakl o Powstaniu Warszawskim wniosek niezwykle głęboki, aż wstyd o tym pisać. Dla ubarwienia dialogu wskazanych postaci dołączono wijącą się jak ogień tancerkę w pseudo-ruchu (Maria Bijak) oraz kontratenora (Michał Sławecki), który wokalizą podbija nastrój trwogi i niebezpieczeństwa. Pomysły nijakie, trochę zapchajdziury, kompletnie nic nie znaczące i zimne jak hałda lodu leżąca na scenie. Bo przecież podobno było chłodno 1 sierpnia 1944 roku. Scenarzystka i reżyserka, w jednej osobie, nie ma nic do powiedzenia tym, którzy przyszli na spektakl. Wątek pogody niknie, dialog duetu literatury gaśnie, taneczne przekładańce nużą, a dźwięki śpiewu nic nie znaczą. To doświadczenie, które boli swoją bez pomysłowością, uwiera niekonsekwencją i drażni kosmicznym zamysłem. Nic tylko rzeczywiście wsiąść w tę rakietę i zamieszkać na księżycu obok Twardowskiego – bez takiego teatru bijącego pustką, trywialnością oraz wtórnością.
Ocena: 1/6
Strach przed lataniem, na podstawie powieści Eriki Jong, reżyseria: Weronika Szczawińska, TR Warszawa, premiera: czerwiec 2026
Ależ to miał być wyborny wieczór teatralny! Zachwyty licznych krytyków, nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza dla najlepszej aktorki w sezonie 2025/26 przyznawana przez czasopismo „Teatr”, wyprzedane bilety z wyprzedzeniem, powodzenie wśród publiczności i… niestety głębokie rozczarowanie. Książka Eriki Jong, amerykańskiej powieściopisarki, przedstawicielki nurtu feministycznego, nie wybrzmiała na scenie w żaden logiczny sposób. Interpretacja realizatorów produkcji warszawskiej zmierza do nieustannej zabawy, satyry czy wręcz farsy, która zbliża ów koncept do położonego również przy Marszałkowskiej innego miejskiego przybytku Melpomoeny - Teatru Kwadrat. Gagi są na podobnym poziomie, identyczne spojrzenia wykonawców i mruganie okiem w stronę publiczności, klasyfikują przedstawienie jako komediowe spotkanie, w którym naprawdę wszystko kręci się wokół jednego tematu. Erotomania jako kanwa narracji podróżującej, na kongres psychoanalizy, do Europy z Nowego Jorku, z mężem psychoterapeutą, głównej bohaterki Isadory. W Wiedniu spotyka ona młodszego mężczyznę, brytyjskiego uroczego psychoanalityka Adriana. Rozpoczyna się romans, który przeradza się raczej w sceniczną spowiedź przemyśleń na temat własnych oczekiwań, przeżyć oraz doświadczeń seksualnych. To na pewno nie jest odkrywanie siebie, poszukiwanie wolności czy też droga ku wyzwoleniu. Isadora jest już świadomą swoich pragnień i oczekiwań kobietą, dążącą do eksperymentowania oraz poznawania, a nie przełamywania kolejnego tabu własnego wstydu. Absolutnie nie tędy droga! To raczej spowiedź nimfomanki rozdartej między powinność żony, a chęć doznania nowego. Szczawińska konstruuje spektakl złożony z wielu mikroscenek, które czasem są od siebie całkowicie oderwane, ale na szczęście główny wątek jest wyraźnie zarysowany. Szczególną rolę odgrywa ruch sceniczny – pulsacyjny, ekspresyjny, frykcyjny, będący mocą napędową przedstawienia. Jednak statyczność niektórych scen – szczególnie początku – przeraźliwie nuży i zastanawia po co to tyle trwa? Analogicznie jest z sekwencją miłosnego uniesienia Isadory i Adriana rozegranej z wykorzystaniem materacy pokrytych lateksem oraz butelek śmietany jako rekwizytu oblewającego ciała połączonych w miłosnym uniesieniu. Wygląda to jak prymitywny film pornograficzny, w którym nie było środków na dojrzałą realizację, a także pomysłu na koncepcję dramaturgiczną. Połączenie wulgarności i śmieszności zbliża inscenizację do gagów Monty Pythona. I ów absurd niektórych śmieszy, a innych zastanawia – ile można? Dodatkowym elementem, nawet ciekawym, jest konstrukcja kolejnych epizodów w odmiennych stylistykach filmowych co ukazuje zmienny kunszt aktorskiej sztuki. Ale nie wykracza ów zabieg dalej niż pokaz postępujących po sobie etiud. Szczawińska stara się aby było radośnie i wesoło, a seks sprowadza do fantazji w monologach, a także wspomnianych sekwencji ruchowych bliskich ćwiczeniom gimnastycznym co sugerują kolorowe maty w centralnym punkcie dekoracji. Swoją poprawnością może intrygować Marta Nieradkiewicz jako główna bohaterka, która świetnie sprawdza się jako narratorka własnej historii życia. Dużo w niej pozytywnych emocji, autoironii i komediowego grania. To seksoholiczka w swoim żywiole zawiedziona własną egzystencją, poszukująca nowych doznań, ale i tak powracającą w finale do męża. Przypomina Samanthę Jones z serialu Seks w wielkim mieście. Zresztą te porównanie nie jest przypadkowe i niezwykle trafne, gdyż cały spektakl ocieka obyczajowym zacięciem zbliżając się do dawnego obrazu telewizyjnego. Zatem ta podróż teatralna, niczym próba sprawdzenia samego siebie w nieustannej galopadzie już nawet nie śmiechu, a śmieszności. Nie bez powodu w swoim Hamlecie Kamil Białaszek rozszyfrował na nowo skrót TR jako „Towarzystwo Rozrywkowe”. Szczawińska idealnie udowodniła, że tak właśnie jest nie kryjąc własnych chybionych intencji.
Ocena: 3/6
Wszyscy mówią o Jamiem, libretto i teksty piosenek: Tom MacRae, muzyka: Dan Gillespie Sells, reżyseria: Agnieszka Płoszajska, Teatr Syrena w Warszawie, premiera: wrzesień 2026
Już niejednokrotnie, specjaliści i eksperci od musicalu, zwracali uwagę na pewien zauważalny obecnie trend w owym kręgu sztuki – coraz liczniejszych propozycji odwołujących się do problematyki społecznej. To nie nowina. Owe historie pisane codziennym życiem, a głownie ukazujące wykluczone, zdegradowane postaci, stają się wdzięcznym materiałem dla scenicznej prezentacji. I oczywiście owe zainteresowanie zostało zainspirowane światem mediów: prasy, radia i telewizji, gdzie na każdym kroku, w tekstach i programach interwencyjnych, można wzruszyć się kolejną bolesną narracją tyczącą choroby, samotności, odrzucenia, zawiedzionych uczuć, niespełnienia i tysiąca innych możliwych zdarzeń. Szczególne miejsce zajmują opowieści nawiązujące do dawnego sloganu: „Od pucybuta do milionera”, gdy osoba z nizin społecznych, walczy o siebie i osiąga sukces. Trochę to jak powiastka w stylu: „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie”. Ów schemat stał się także nieodłącznym elementem wielu programów rozrywkowych typu talent show, gdzie właśnie owa ścieżka życia wzbudza akceptację odbiorców i uznanie oceniających. Zatem nie dziwi, że w miarę jednolity scenariusz coraz częściej gości również w przestrzeni sztuki. Zwróćmy uwagę na film, a potem na adaptację musicalową, Billy Eliot z roku 2000. Małe angielskie miasto, czas kryzysu górniczego lat osiemdziesiątych XX wieku. Kilkunastoletni chłopak, mieszkający z ojcem i bratem odkrywa zainteresowanie baletem, choć rodzina widzi w nim boksera. W tajemnicy pobiera lekcje i staje się zawodowym tancerzem mimo przeciwności losu z symbolicznym finałem – męską sceną ptaków z Jeziora łabędziego w układzie Matthew Bourne’a. Wymowa jest oczywista: walka o siebie, dążenie do realizacji marzeń i odkrycie talentu jako główna metafora opowieści. I identyczny, wręcz kalka, schemat posiada utwór będący ostatnią premierą Teatru Syrena – Wszyscy mówią o Jamiem. Muzyczna historia powstała siedemnaście lat później i jest wzorowana na filmie dokumentalnym ukazującym marzenie szesnastolatka aby zostać drag queen. Analogicznie – małe miasto w Anglii (Sheffield), samotna matka, ojciec odrzucający syna, napotkana dawna diva sceny – Loco Chanelle czyli Hugo Battersby, wspierający decyzję chłopaka, despotyczna nauczycielka i skontrastowana, pełna patologicznych zachowań szkoła. Bohaterowie współczesnego świata: gdzie przyjaźń jest lekarstwem, a miłość rodzicielki jedynym wsparciem w drodze do realizacji własnych marzeń. I może wydawać się, że to samograj, ale jego wtórność w żaden sposób nie ukazuje odkrywczej wizji tego co nas otacza, staje się tylko odmienną dekoracją dla wymowy znanej ze wspomnianego Billy Eliota. Największym problemem owego utworu jest jego zamysł. To nie klasyczny musical, ale jak nazwała reżyserka w rozmowie zamieszczonej w programie do spektaklu „komediodramat z piosenkami”. Tych ostatnich jest niewiele, muzyka pojawia się rzadko, a akcja ślimaczy się niemiłosiernie. Wątki się gubią, a kolejne nikną. Brakuje skrótu, a dosadność i naśladowność zabija rytm opowieści. Jeżeli to ma być rzecz o niszowym show biznesie to istotą jego jest napięcie, ekscytacja i zjawiskowość kolejnych epizodów. W owym utworze tego absolutnie nie ma. Największy paradoks polega na tym, że gdy widz już oczekuje wspaniałego, debiutanckiego występu Jamiego w nocnym klubie, to gdy ma się podnieść kurtyna to właśnie ona opada zapowiadając przerwę. A właśnie to o tym pokazie wszyscy mówią, staje się przełomem w życiu młodzieńca, tu zaczyna się dojrzałość, pewność siebie, a nie negowanie własnej osobowości. Największym problemem jest właśnie sam utwór, a nie jego realizacja. Agnieszka Płoszajska robi wszystko aby było atrakcyjnie i różnorodnie. Chwała jej za to, że wprowadziła na scenę ruch i taniec, a nie tylko ograniczyła się do prezentacji monologów i kolejnych piosenek. Druga część, przesiąknięta ckliwymi balladami wręcz usypia, a nadzieją na pobudzenie stają się świetne układy taneczne autorstwa Michała Cyrana. Wokalnie i aktorsko wygrywa Edyta Krzemień jako matka Jamiego i chyba to także najlepiej poprowadzona rola dramaturgicznie, ukazująca miłość i oddanie dla jedynego dziecka. W tytułowej roli wystąpił Krystian Embradora, którego naturalna młodzieńczość i naiwność świetnie współgra z powierzoną rolą. Gorzej jest ze śpiewem, gdyż wykonanie piosenek przez nos staje się nieznośne dla ucha, choć ruchowo wypada on bez zastrzeżeń. Niezwykła moc kryje się w zespole uczniów szkoły, choć najwięcej uśmiechu i pozytywnych emocji wprowadza świat drag queens – pełen radości i ciętych ripost. I znów kolejne analogie. Historia rozpoczyna się od prezentu urodzinowego – pięknych czerwonych szpilek – zatem prawie Kinky Boots, a także atmosfera nocnego klubu nasuwa skojarzenia z La Cage aux Folles (Klatką szaleńców). W musicalu autorstwa Toma MacRae oraz Dana Gillespie Sellsa brakuje napięcia, przełomu, a rzecz wydaje się przewidywalna. Wrogiem opowieści wydaje się czas. Blisko dziesięć lat od premiery w Wielkiej Brytanii zdezaktualizowało niektóre ukazane nastroje i relacje szczególnie te tyczące mniejszości seksualnych. Dzisiejszy świat jest bardziej otwarty, równościowy, a słowo „pride” nie jest marginesem podziemia, ale rzeczywistą dumą wspólnoty LGBT+. Dlatego ów musical można traktować jako rzecz świadectwa pewnych czasów, ale nie przełom w myśleniu i ukazywaniu owej społeczności. Wszyscy mówią o Jamiem nie wygrywa z innymi społecznymi opowieściami muzycznymi – znanymi z Syreny świetnymi Heathers oraz z poznańskiego Teatru Muzycznego – Drogi Evanie Hansenie. I nie wina leży po stronie realizatorów i wykonawców warszawskiej produkcji, ale materiału, który świeci wtórnością wobec znanych innych produkcji popkultury.
Ocena: 3,5/6
Spektakl miesiąca
Wróg ludu, Henrik Ibsen, reżyseria: Małgorzata Bogajewska, Teatr Telewizji, premiera: wrzesień 2026
Ostatnia wrześniowa premiera Teatru Telewizji ukazała, z wielką mocą artystycznego spełnienia, istotę sztuki scenicznej. To bowiem nie tylko odtwarzanie określonych treści w dedykowanej dekoracji, ale przede wszystkim umiejętność komunikacji z widzem, zbudowanie napięcia, podjęcie tematyki aktualnej i korespondującej z tym co nas otacza. Wykorzystanie dramatu norweskiego autora Henrika Ibsena z roku 1882 – Wróg ludu stał się próbą zmierzenia się z rzeczywistością mikroświata – małej społeczności miasteczka, w której pulsują własne interesy, zależności i zobowiązania. Małgorzata Bogajewska – autorka adaptacji telewizyjnej oraz reżyserka, dyrektorka Teatru Ludowego w Krakowie, z konsekwencją godną uznania dokonuje swoistej wiwisekcji, wgryzienia się w ową wspólnotę. Nie tworzy rodzajowego landszaftu, ale głęboki, pełen napięcia pejzaż mieszczaństwa, które dla własnego powodzenia i pod wpływem perswazji politycznej gotowe jest żyć w zakłamaniu, a co gorsze w zagrażającym życie klimacie. Niezaprzeczalną wartością jest przeniesienie akcji do czasów nam współczesnych, gdyż dzięki temu narracja nie jest obca, daleka i nieaktualna, a wręcz przeciwnie – żywa oraz pełna analogii do współczesności. Ibsenowska historia nasycona jest zwrotami akcji, koniecznością dokonania wyborów i podjęcia nieoczywistych decyzji. Na ów świat społeczny przekłada się relacja rodzinna i więź pomiędzy braćmi, którzy znajdują się po przeciwległych stronach barykady. Jeden z nich to burmistrz miasteczka (świetny jako lokalny Machiavelli – Łukasz Lewandowski), drugi to miejscowy lekarz (wycofany, zagubiony, choć walczący w słusznej sprawie – Piotr Fransaowicz). Doktor odkrywa, że miasto ginie od zanieczyszczeń, które zatruwają miejscową wodę, co pozostawia pod znakiem zapytania logikę utrzymywania uzdrowiska będącego żyłą złota dla mieszkańców i tutejszych inwestorów. Rozpoczyna się gra – o wpływy, władzę i deprecjację przeciwnej strony. Silnie włącza się w ową intrygę prasa, która podżega do opublikowania tekstu o owym fakcie, a chwilę później wycofuje się z owego zamysłu pod wpływem autorytetu władzy i nacisku niesprawdzonych informacji o kosztach budowy nowego wodociągu, które znacząco obciążyłby kasę miejską. Muzyka Bartłomieja Woźniaka niesamowicie oddaje klimat owego napięcia, rozgrywki, półprawd, a także umiejętność wpływania na masę społeczeństwa. Kluczową wydaje scena zebrania, gdzie wobec braku możliwości ujawnienia prawdy o zanieczyszczeniu wody, doktor zwołuje dla mieszkańców. Przeradza się ono w agitację władzy, która wykorzystując najlepsze metody sztuki propagandy, politycznej manipulacji, szerzenia haseł populistycznych, a także sposobów deprecjacji jednostki, przekształca we własny wiec poparcia. W owej intrydze tracą wszyscy: większość co jest istotą demokracji, potencjalnie mający rację wobec argumentów mniejszości – jednostki walczącej o prawdę z poczuciem misji odpowiedzialności społecznej. Przewrotność owej opowieści łączy się z finałem. Teść odwiedza doktora i wręcza mu plik wykupionych akcji kąpieliska za środki, które miały być przekazane córce i wnukom. Zatem główny bohater stoi przed wyborem: ruiny rodziny czy dalszej walki o swoje racje? Widzowie pozostaną z ową zagadką jaką drogę obierze bohater. Siłą owego przedstawienia, nie jest tylko batalia ukazująca mechanizmy władzy małej społeczności, gdzie każdy ciągnie w swoją stronę, a powodzenie materialne wygrywa z dobrem zdrowia ogółu, ale aktorskie wykonanie. To nie tylko dwaj wspomniani antagoniści, ale także dziennikarze lokalnej gazety. Manipulanci, nie myślący o sloganowej wolności słowa lecz raczej rozgrywce politycznej mogącej jednych zniszczyć, a innych wynieść na ołtarze. Grzegorz Małecki (Hovstad) i Adam Ferency (Aslaksen) to jak nierozłączni bracia, niczym mafijni rozgrywający – panowie życia i śmierci lansowanej prawdy czy też kłamstwa. Tłem owej publicznej batalii jest dramat domowy. Relacja doktora z żoną (Justyna Wasilewska) i dziećmi, naturalne odsuwanie się od owego gniazda, popadanie w obłęd walki z opresyjnym systemem, a także relacje z bratem. Ten ostatni jak taran prze do przodu – dla utrzymania stanowiska, władzy, pozycji i finansowego status quo, gdyż beneficjentów powodzenia uzdrowiska, będącego żyłą złota, jest wielu. Niweczy więzy krwi dla własnego powodzenia, bo przecież władza ma zawsze rację. Powszechna, wisząca nad miastem zaraza nie dotyka tylko zdrowia mieszkańców, a staje się metaforą stosunków społecznych, nienawiści i chorych zależności. To świat nieuleczalny, w którym polityka sieje infekcję spustoszenia w imię prywaty oraz utrzymania steru rządów. Bogajewska ukazała niezwykle wciągający dramat, w którym kumulują się relacje jednostek i całej społeczności znajdującej się w patologicznej sytuacji. To także metafora szerokiego życia politycznego, gdzie wygranymi stają się ci co mają wpływ na media, a także posiłkują się lepszą retoryką, popularnymi hasłami i umiejętnością poprowadzenia tłumu. Prawda nie ma znaczenia – liczy się umiejętność operowania, a może manipulowania faktami i ukazania ich na własną korzyść. Przerażający obraz naszego świata.
Ocena: 6/6
Tak upłynął pierwszy miesiąc nowego sezonu artystycznego 2026/27 z reminiscencjami wakacji w tle. Wielka wygrana Teatru Telewizji, który przygotował trzy udane premiery i niestety sceniczne rozczarowania. Ale należy mieć nadzieję, że kolejne dni przyniosą rzeczywiste wydarzenia artystyczne – wszak zapowiedzi wyglądają imponująco. Do zobaczenia w kolejnym numerze „Miesięcznej Kroniki Teatralnej”.
***
Król Maciuś Pierwszy, na podstawie Janusza Korczaka, adaptacja i reżyseria: Tadeusz Kabicz, Teatr Telewizji, premiera: wrzesień 2026; Być jak czterdziestolatek, Marta Bacewicz i Damian Kocur, reżyseria: Damian Kocur, Teatr Telewizji, premiera: wrzesień 2026; Wróg ludu, Henrik Ibsen, reżyseria: Małgorzata Bogajewska, Teatr Telewizji, premiera: wrzesień 2026; Anioł zagłady, tekst i reżyseria: Data Tavadze, Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka w Warszawie, premiera: czerwiec 2026; Strach przed lataniem, na podstawie powieści Eriki Jong, reżyseria: Weronika Szczawińska, TR Warszawa, premiera: czerwiec 2026; Damy i huzary, Aleksander Fredro, reżyseria: Karolina Labahua, Teatr Klasyki Polskiej, premiera warszawska: lipiec 2026; Było niegorąco, scenariusz i reżyseria: Aleksandra Bielewicz, Muzeum Powstania Warszawskiego, pokazy: sierpień 2026; Wszyscy mówią o Jamiem, libretto i teksty piosenek: Tom MacRae, muzyka: Dan Gillespie Sells, reżyseria: Agnieszka Płoszajska, Teatr Syrena w Warszawie, premiera: wrzesień 2026