„Mała empiria” Katarzyny Sobczuk w reż. Anny Ilczuk w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
O doświadczaniu upływającego czasu w codziennych drobnostkach opowiada najnowszy spektakl Teatru Studio. „Małą empirię”, opartą na filozofującym eseju autorstwa Katarzyny Sobczuk, wyreżyserowała Anna Ilczuk podążając z wyczuciem za humanistycznym przesłaniem tekstu i łącząc odczuwanie przemijania z teatralnym sprzężeniem muzyki i obrazu. To teatr oszczędnej formy, skupiony na prostych, lecz przenikliwych spostrzeżeniach, wymagający uważności, by nie przeoczyć małych momentów czułości, ciszy czy refleksji.
Subtelne obserwacje kobiety w średnim wieku, zawieszonej w „oknie pogodowym między młodością a starością” prowadzi ze sceny Ewelina Żak. Aktorka z duża dozą humoru, ciepła, a niekiedy nostalgii opisuje zauważany upływ czasu w zmaganiach z codziennością, w której opieki wciąż wymagają dorastające dzieci, ale i coraz starsi rodzice. Mówi o drobnych lękach, narastających neurozach, chwilach zatrzymania czy rytuałach dnia – o tych wszystkich małych rzeczach, które zazwyczaj prześlizgują się bokiem, podczas gdy w nich właśnie rodzą się często najważniejsze przemyślenia. Żak z kobiecą wrażliwością, operując spojrzeniem, uśmiechem, melodeklamacją czy drobną zmianą tonu przygląda się „wewnętrznej bezczasowości” każdego z nas. Naszemu własnemu postrzeganiu wieku, który raz postawioną granicę starości odsuwa od siebie wraz z przybywaniem lat. Tak, to monodram, ale aktorka robi wszystko, by odnaleźć klucz do wspólnotowego przeżywania tekstu. By teatralne spotkanie nie było jedynie popisem aktorskiego kunsztu, którego swoją drogą odmówić jej nie sposób, ale przede wszystkim zbiorowym współodczuwaniem, wzajemną zadumą, byciem tu i teraz w doświadczeniach łączących wszystkich obecnych. By stało się spotkaniem człowieka z człowiekiem, otwartością na spoglądanie w głąb siebie. Pomaga w tym znacząco bliskość widowni na Scenie Malarnia, ale zapewne nie w każdym przypadku da się uzyskać ten efekt. W pełni docenić będą mogły niuanse tej intymnej opowieści o dostrzeganiu zmian osoby, które przechodzą w życiu podobny etap, bądź mają go już za sobą. Którym najczęściej wymsknie się mimowolne „Też tak mam”.
Jestem niewiele młodszy od Eweliny Żak, ciut starszy od Anny Ilczuk i choć nie zawsze, to jednak często „też tak mam”. Jedzenie śniadania z deski do krojenia, bo nie ma sensu brudzić talerza. Odsuwanie na wieczne nigdy spotkań ze znajomymi, bo przecież będzie jeszcze okazja. Szukanie brakujących słów, uciekające bezpowrotnie myśli czy żonglowanie okularami wdzierają się pomału w powszedniość z szyderczym uśmiechem „stałego obserwatora w nas”. Dialogowanie z dziećmi opierać się zaczyna z wolna na dwóch różnych słownikach języków obcych, kartkowanych na szybko przy „krakowskim targu” czy na odwrót przy „sigmie”. Atoli (ha!) też odczuwam w sobie ów bezczasowy rdzeń, duszę nastolatka, czasem dziecka, która potrafi z nagła zdziadzieć i stetryczeć wbrew posiadanej metryce.
Twórczynie z szacunkiem traktują tekst Katarzyny Sobczuk pozwalając mu wybrzmieć na scenie krótkimi przebłyskami myśli, zarówno w humorystycznych, żywych akcentach kontaktu z publicznością, jak i w tych spokojniejszych, wycofanych, kontemplacyjnych niemal wątkach. Szczególnie melancholijnie odbija się scenicznym echem oswajany temat odchodzenia, świadomość zbliżającej się śmierci rodziców i związane z tym wyrzuty sumienia. Że można było dzwonić regularniej, częściej wpadać z wizytą, poświęcać im więcej czasu. Smutniejsze refleksje przełamują dla równowagi żartobliwe, niekiedy autoironicznie wyrysowane scenki rozładowujące narosłe napięcie wybuchami szczerego śmiechu i nie pozwalające pogrążyć się w pesymistycznym nastroju. Nawet pośpiewać wspólnie można.
Trzecim bohaterem spektaklu jest muzyka Macieja Zakrzewskiego wykonywana na kontrabasie przez Radosława Łukaszewicza. Muzyka, która nie stoi obok dla samego faktu atrakcyjności wykonania na żywo, ale permanentnie dialoguje z tekstem i aktorką reagując na wydarzenia sceniczne, na słowa, pauzy i przemilczenia. Dialoguje nie tylko melodią, ale też wykonawcą puszczającym do widza oko i ubarwiającym empirię komicznymi wstawkami. Muzyka, która zgodnie z zamysłem Anny Ilczuk zgrywa się z obrazem pozwalając odczuć namacalność czasu. Rezonuje świetlistymi liniami wizualizacji Artura Sienickiego rozszerzając przestrzeń i kurczy się zapadającą ciszą stanowiąc metaforę przemijającego życia. Czasem dominuje także intensywnymi dźwiękami instrumentu dając chwilę na przepuszczenie przez siebie nagromadzonych uczuć i niepokoju związanego z własnym starzeniem. Tymczasowość wyraża się również w zmiennej scenografii Mateusza Stępniaka raz to rozwijającej się kolorowym patchworkiem, kiedy indziej rozświetlanej jedynie iluminacjami, a przez długi czas zwyczajnie skrytej za kotarą.
W minimalistycznej „Małej empirii” kryje się zaskakująca emocjonalna siła. Anna Ilczuk i Ewelina Żak skromnymi środkami, w rozbłyskach myśli i błahych codziennych czynnościach zaczerpniętych z eseju Sobczuk, budują rodzaj wspólnego doświadczenia osób w średnim wieku. Ludzi rozciągniętych pomiędzy rodzicielstwem a opiekuńczą troską o rodziców, czujących jak nigdy wcześniej ciężar czasu przy jednoczesnej bezczasowości własnego bytu. Ta czuła opowieść w Teatrze Studio wymaga uważności, skupienia i otwartości na nieobecność czwartej ściany. Odpłaca jednak z nawiązką wzruszeniem, uśmiechem i pocieszającą refleksją, że inni też tak mają.