EN
27.09.2021, 14:12 Wersja do druku

Teraz jeszcze bardziej zmierzam do konkluzji w ruchu

Rozmowa z Joanną Czajkowską z okazji 25-lecia pracy artystycznej.

fot. Krzysztof Bzdeń/mat. teatru

Jaka idea kierowała Tobą 25 lat temu? Jakie były początki?

Idea była bardzo prosta – żeby tańczyć i żeby się spełniać w tańcu. W dzieciństwie chodziłam na zajęcia baletowe, potem zajmowałam się techniką modern jazz aż wreszcie do Gdańska przyjechała Melissa Monteros i założyła Gdański Teatr Tańca. Zaczęła uczyć, a potem robili to tancerze tego teatru. Pojawiła się po raz pierwszy technika tańca współczesnego. Dla mnie ważnym wydarzeniem było to, że Leon Dziemaszkiewicz odszedł z Teatru Ekspresji i założył swój teatr, do którego trafiłam i debiutowałam jako tancerka. Mnie to dawało ogromną radość tworzenia i współtworzenia, dzielenia przestrzeni z innymi tancerzami.

Moim debiutem był spektakl „Przesilenie” w reżyserii, choreografii Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza. Byłam zafascynowana tym, co robił Teatr Patrz Mi na Usta, obecnie Teatr Leon. Wtedy, w latach 90., to był teatr mocno fizyczny, co dla mnie oznaczało „spotkanie się” z moją silniejszą stroną, odkryłam ją po prostu. Kolejne przełomowe przeżycie to spotkanie z Jackiem Krawczykiem, z którym założyliśmy zespół. Obecnie jego nazwa to Sopocki Teatr Tańca. Z Jackiem, mimo że wywodziliśmy się z rożnych szkół, czuliśmy podobnie teatr, mieliśmy podobne wizje artystyczne i podobne rzeczy nam się podobały. Wymieniliśmy się po prostu narzędziami i trwa to do dzisiaj.

Jaka „atmosfera taneczna” panowała w Trójmieście 25 lat temu?

Oczywiście były inne miasta, ale Gdańsk był silny poprzez tradycję związaną z baletem Jarznówny-Sobczak czy Teatrem Ekspresji. Można było uczyć się tańca współczesnego na lekcjach popołudniowych w salach gimnastycznych, co w tamtych czasach było rzadkością. To wszystko generowało artystów, którzy do dzisiaj funkcjonują, mimo że trójmiejska scena tańca jest teraz rozdrobniona. To przede wszystkim Kasia Chmielewska i Leszek Bzdyl z Teatru Dada von Bzdülöw, Anna Steller, Magda Jędra, Aurora Lubos, Ania Haracz, oczywiście Sopocki Teatr Tańca. Tam się narodziło coś, co wygenerowało osobowości, indywidualności, trójmiejska scena jest więc oparta na autorskich teatrach.

Jakie sobie stawiałaś cele 25 lat temu? Jak siebie pamiętasz z tego okresu?

Ćwierć wieku temu byłam osobą… młodą. Mieszkałam z rodzicami i studiowałam pedagogikę na Uniwersytecie Gdańskim (rozważałam też filologię polską). Chciałam studiować taniec, ale wtedy w Polsce nie było żadnych studiów tanecznych oprócz pedagogiki baletu. Sądziłam wówczas, że pedagogika mi się jednak przyda. Nie myślałam wtedy o założeniu swojego zespołu czy teatru, że miałabym być panią dyrektor. Działałam raczej intuicyjnie. A że fundamentalnie, radykalnie oraz immanentnie potrzebuję tańca, to mój imperatyw wewnętrzny, więc moim celem było uprawianie tej sztuki dla własnego dobrostanu psychofizycznego. Nie podejrzewałam siebie w żaden sposób o umiejętności przywódcze, organizacyjne, a już na pewno nie administracyjne. Nie mogłam liczyć na wsparcie z zewnątrz, bo nie było systemu, i nie ma do dzisiaj, który by wspierał artystów pod względem organizacyjno-produkcyjno-finansowym. Musiałam więc sama stworzyć sobie warunki. A potem poszło już jak lawina śnieżna… aż mnie przywaliło (uśmiech). I o tym też jest spektakl „Introspekcja”.

Kto stanowił dla Ciebie wówczas inspirację twórczą? Za kim podążałaś i jak to oceniasz z perspektywy czasu? Jak dzisiaj rozumieć taniec przez pryzmat zastępującego go coraz częściej ruchu, a nawet słowa? Co dla Ciebie jest ważne?

Nie odbieram tego, że jest to totalna zmiana, bo jak wspomniałam, wywodzę się z teatru fizycznego. Taniec czy technika tańca nie była clue, raczej posługiwaliśmy się tam ustrukturyzowanym ruchem codziennym, ruchem sportowym, fizycznym, co było potem widać w naszych spektaklach, np. nasz pierwszy spektakl z Jackiem „Niunia poważnie myśli o życiu”, „Kwadrat. Wersja 6”, „Puste ciało” czy „Lechistan Pany Arka”, gdzie sceny były oparte na gestykulacji i fizycznym ruchu, ale były też sekwencje taneczne. Dzieje się tak wtedy, gdy uznaję, że erupcja ruchu w danej strukturze będzie właściwie przekazywała temat czy treść.

Joanna Czajkowska dzisiaj…

Dzisiaj cały czas poszukuję i wydaje mi się, że nadal nie zbadałam jeszcze tych przestrzeni, które badam od  początku. Moje pierwsze solo „Postmodern dance z epilogiem”, czyli nawiązanie do amerykańskiego nurtu postmodernistycznego. Drugie solo „Przedpołudnie Flory” nawiązywało do „Popołudnia Fauna”. Po „Przedmiocie nieocenionej wartości” wydawało mi się, że już wyczerpałam fascynację sztuką tańca, ale obecnie już wiem, że tak nie jest, bo jest to niekończące się źródło inspiracji dla mnie. Od zawsze jestem też zafascynowana filozofią, jakimiś teoriami naukowymi, a obecnie – matematyką! Chciałabym zrobić spektakl inspirowany matematyką. Odbyłam szereg rozmów z prof. matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, Bartłomiejem Bosakiem, i być może obrodzi to czymś fascynującym.

Najpierw Tesla, teraz matematyka – to ścieżka do lapidarności i skrótowości znaczeń, poszukiwaniem sedna, które chcesz osiągnąć?

Dużo obcowałam też z literaturą, poezją, malarstwem, biografiami innych artystów, różnymi teoriami lingwistycznymi, a nauki ścisłe pojawiły się nagle, zaskakująco. W szkole nie byłam orłem z przedmiotów ścisłych, ale dzisiaj już wiem, że gdyby uczyli mnie w szkole fizyki na tańcu, np. kinetyki na technice tańca, to ja byłabym w tym świetna. Tak, to poszukiwanie sedna znaczeń.

Gdybyś miała wybrać spektakl, którego premiera odbyła się dawno, ale jest z Tobą do dziś, to byłby to…

Tych spektakli ważnych dla mnie, policzonych do doktoratu, w których byłam albo tancerką, albo choreografką lub współchoreografowałam, było ok. 70. Mam taki jeden, szczególny, to jest solowy spektakl „Powiększenie – Zoom Out” z 2009 r. Grałam go wielokrotnie w Polsce i zagranicą. Budzi we mnie ogromne emocje, ale co najważniejsze – również wielkie emocje u ludzi. To jest najbardziej intymny spektakl, jaki kiedykolwiek zrobiłam, ale też najbardziej uniwersalny. Gram go dzisiaj na specjalne zamówienia, ostatnio parę lat temu na Scenie Tańca Teatru Studio w Warszawie w takim bloku „Zrób siebie”, jeszcze wcześniej w projekcie „Kobiety w polskiej choreografii” w Krakowie. Grałam go bardzo dużo przez wiele lat, moje życie się zmieniało i zatoczyło pewnego rodzaju koło, bo wszyscy żyjemy w cyklach, więc w zależności, w jakim cyklu jestem, tak mniej lub bardziej przeżywam ten spektakl. To spektakl, który mówi o przemianie i zmianie w życiu, że wszyscy żyjemy w jakimś schemacie, narzuconym przez siebie lub społeczeństwo i marzymy o pięknie i wolności, zmierzając do tego. Spotykają nas jednak różne sytuacje, które nas „przeczołgiwują”, doprowadzając do wyzwolenia, a coś, co nas zniewalało – znika. Mam z tym spektaklem miłe wspomnienia, także z rozmów, które odbywałam w wielu miejscach.

Gdybym miała wymienić ważny spektakl zespołowy, to byłby nim „Przedmiot nieocenionej wartości” i „Lechistan Pany Arka”, nie licząc oczywiście wspaniałych duetów z Jackiem Krawczykiem, z którymi przemierzyliśmy cały świat, czyli „Alchemik halucynacji” i „Wszystko co widać. OHIO”.

Jak mowa o podróżach, to powiedz, gdzie nie byliście jeszcze.

Nie byliśmy w Australii i Afryce, nie graliśmy też w Ameryce Północnej, co prawda byliśmy tam w innym charakterze, ale nie pokazywaliśmy swojego spektaklu. Moim marzeniem jest zagranie w Stanach na dużej scenie. Dwa nasze najdłuższe wyjazdy to seria spektakli w Narodowym Teatrze na Małej Scenie w Pekinie. Mieliśmy okazję, aby pozwiedzać. Spełniło się też marzenie Jacka Krawczyka i był na Wielkim Murze Chińskim. Mieliśmy tam bardzo dobrą opiekę ambasady, a mieszkaliśmy w hoteliku na terenie ambasady z panami z T.Love, którzy odbywali swoją trasę koncertową. Drugi dłuższy wyjazd to pobyt w Buenos Aires. Tam zagraliśmy dwa czy trzy spektakle i był również czas na zwiedzanie. Dopiero po pewnym czasie doceniłam urok tego miasta.

Niezwykła sytuacja przydarzyła nam się Dżakarcie. Mieszkaliśmy parę dni w najnowocześniejszym hotelu, a potem przenieśli nas do najstarszego, ale najpiękniejszego hotelu, Borobudur Hotel. Tam zdarzyła się taka sytuacja, że znaleźliśmy się dzięki konsulowi u ambasadora włoskiego na raucie w jego ambasadzie. Ogromne garden party, sznur samochodów, który podjeżdżał pod ambasadę. Ważny był dress code, a my nie byliśmy przygotowani i trochę się martwiliśmy. Okazało się, że sam ambasador Włoch był w garniturze i tenisówkach, a do nas uśmiechał się przyjaźnie. Dzięki naszej pracy artystycznej znaleźliśmy się wówczas w świecie dyplomacji.

Wartością tych wyjazdów jest to, że spotyka się choreografów, tancerzy i ciekawych ludzi, że można porozmawiać, powymieniać się doświadczeniami i poznać wielkie gwiazdy.

Zasadniczą kwestią przy każdym spektaklu jest dobór realizatorów. Z kim współpracuje Ci się najlepiej?

Zazwyczaj są to osoby, z którymi ja się dobrze czuję i na które mogę liczyć pod względem artystycznym i międzyludzkim. Od kilku lat to stały skład. Kompozytorem i producentem muzycznym jest oczywiście Mariusz Noskowiak. Rozumiemy się bez słów, a kiedy one muszą paść, to zawsze się zgadzamy. Wizualizacjami zajmują się Katarzyna Teresa Turowska, którą uwielbiam za jej wrażliwość malarską, i Łukasz Boros robiący wizualizacje bardziej geometryczne, politechniczne. Jacek Krawczyk lubi pracować z Łukaszem, ja zdecydowanie bardziej czuję miękkość wizualizacji Kasi, która najczęściej jest też odpowiedzialna za nasze zaproszenia i plakaty. Od wielu lat jako reżyser oświetlenia współpracuje z nami Mateusz Gierc, z którym praca jest idealna, też rozumiem się z nim bez słów, on wszystko wie, wszystko rozumie i ma niesamowity spokój w sobie, co jest bezcenne, szczególnie w finale pracy nad premierą. Wiem, że oni wszyscy się między sobą dobrze dogadują. To jest po prostu dream team.

Z pasji zajmuję się kostiumami i stylizacjami, czasem projektuję kostiumy, jak było w przypadku „TAB’ Nowy początek” czy „Melencolii”, stylizacje robiłam w „Ostatnim piętrze”. Znam jednak swoje ograniczenia, dlatego jeżeli potrzebujemy szerszego spojrzenia, malarskiego, to jest to najczęściej Alicja Gruca, wizjonerka, niezwykle sympatyczna osoba, z którą wspaniale się pracuje. Makijaż i fryzury to wypadkowa całości, która zależy od tego, czy mamy konkretną wizję. Nęci mnie, aby zrezygnować całkowicie z makijażu, ale tancerki wyraźnie tego nie chcą (uśmiech).

Co jakiś czas oczywiście pojawiają się nowe osoby na horyzoncie. Marzę o tym, aby zrobić coś z Irkiem Wojtczakiem, on również marzy o tym, aby zrobić ze mną spektakl. Zobaczymy…

Tytuł oryginalny

Teraz jeszcze bardziej zmierzam do konkluzji w ruchu

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła