„Wchodzi duch” Weroniki Szczawińskiej i Piotra Wawra Jra w reż. Weroniki Szczawińskiej z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie na 58. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontrapunkt. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.
Gdy aktorzy Weroniki Szczawińskiej z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie wchodzili (sic!) na scenę by opowiedzieć o duchach ojców, za ścianą obok, w sali muzealnej wymownie milczały fetysze kultu przodków afrykańskich kultur. To jeden z rzadkich przykładów synergii osobliwego sąsiedztwa Współczesnego i Muzeum Narodowego (sic!). Zanim teatr wyprowadzi się na Łasztownię, dzięki Kontrapunktowi doszło do osobliwego dialogu... Szkoda, że tylko w symbolicznej przestrzeni.
Kilka miesięcy temu świat oszalał na punkcie małżonki Sir Williama ze Stratford-upon-Avon. Mowa o historycznej postaci Anne Hathaway przedstawionej w filmie "Hamnet" Chloé Zhao jako Agnes Shakespeare. Jessie Buckley za tę kreację otrzymała Oscara w kategorii „Najlepsza aktorka pierwszoplanowa”. Teraz Weronika Szczawińska przygląda się ojcu Hamleta, a właściwie jego duchowi. Ojciec Hamleta, to także… Hamlet. Król Hamlet, mąż królowej Gertrudy, brat złego księcia Klaudiusza.
„Wchodzi Duch” nie jest jednak wyczerpującą analizą figury Króla i jego wpływu na akcję dramatu albo światowy porządek teatralny, oczywiście w obliczu ikoniczności samego utworu Shakespeare’a (to nie teatr stworzył „Hamleta”, to „Hamlet” wciąż na nowo tworzy teatr). Weronika Szczawińska wraz z Piotr Wawrem juniorem, dramaturgiem i aktorem, traktują te postać wyłącznie jako przyczynek do rozmowy o przodkach i ich wpływowi na nasze życie. W ich rozumieniu duch nie jest jakimś metafizycznym tworem z pogranicza światów, ale dziedzictwem. Ta niematerialna wartość to nieuchwytne zjawisko, najprawdopodobniej nie do wyjaśnienia i nie do zrozumienia, nawet skrajnie empirycznego. Z oryginalnego utworu wzięli zaledwie kilak cytatów, w tym ten powtarzany niczym mantra: „Mów, powinnością moją słuchać ciebie”.
Weronika Szczawińska „wywołała” sześć duchów bohaterów, każdy o innym charakterze. W rozmowach o swoim spektaklu, nazywa ich „Hamlecikami”, czyli „postaciami z ograniczoną, ale wypracowywaną podmiotowością”. Duchy zadają kluczowe pytania, stające się sednem jej teatralnej rozprawy. Prowokacją jest znaczenie postaci Króla Hamleta i jego wpływu nie na akcję dramatu, a na czyny jego syna. To rodzi pytanie o dziedzictwo, przenikanie tożsamości i wreszcie wartość spuścizny (materialnej i niematerialnej) jaką pozostawiają po sobie odchodzące pokolenia. Nasi ojcowie! Czy następni z rodu muszą tę schedę bezwolnie przyjmować albo ją respektować? Kim w ogóle są duchy, które w sobie nosimy? Czy powinniśmy to kontrolować? Czy konfrontacja jest nieunikniona?
Kiedy duchy „wchodzą”? Tu nie ma przypadku! Tylko wtedy, gdy muszą coś załatwić albo dokończyć… To staje się swoistą ramą dla twórców spektaklu, którzy skupiają się właśnie na obszarze niezałatwionych nieprzepracowanych spraw. Ale z dwóch perspektyw – nie tylko duchów, ale także tych którzy nie domknęli spraw ze zmarłymi. Przy czym ma tu wylewania łez nad utraconą doczesnością ani bedekera po zaświatach. To jest zupełnie nie istotne.
Struktura spektaklu staje się szybko przewidywalna, co niestety spłaszcza jego rytm. Słyszymy dźwiękowy dżingiel, następuje osobliwa choreografia imitująca nawiedzenie (sic!) i „wchodzi” duch. I kolejny, i kolejny…
By zrozumieć intencje Szczawińskiej należy zatrzymać się na oryginalnej i zaskakującej formie. To osobliwy eksperyment, pozornie żart, za którym stoi solidnie wytrawna metafora. Reżyserka pozbawiła aktorów postaci i właściwie ciał. Wszak to duchy! Tworząc ironiczne spojrzenie na metafizyczne uniwersum sięgnęła do ich dziecięcego wyobrażenia. Od zarania przedstawiano je jako bezkształtne, białe zjawy, coś między mgłą a cieniem. Nie dziwi, zatem figura „ducha z prześcieradła”, zmory z dzieciństwa każdego bez wyjątku.
Aktorzy mają nie lada trudne zadanie. Tak jak bohaterowie pierwszego ze spektakli konkursowych Kontrapunktu – „Fobii” Markusa Öhrna – zostali pozbawieni twarzy. U Öhrna mieli jeszcze do dyspozycji pozostałe części ciała (sic!), a Szczawińska z Szypulską przykrywają ich szczelnie prześcieradłami. Gdzieś w środku spektaklu, pada, że „pod tymi prześcieradłami nic nie widać, więc możemy być wszystkim albo każdym”. To faktycznie przydaje tej teatralnej metaforze pełnej uniwersalności. Aktorzy olsztyńskiego Teatru im. Stefana Jaracza wywiązali się z trudnego zadania wybornie. Przeniesienie akcentów z ciała, mimiki, gestu wyłącznie na głos, to nie tylko znakomita dykcja, ale staranne i rzetelne interpretowanie poszczególnych kwestii. Trochę jak słuchowisko radiowe, ale z obrazem… Brawo!
Szczawińska umieszcza akcję swojego spektaklu na murach Elsynoru, ale te okazują się splecionym domowymi sposobami z prześcieradeł, obrusów i firan dziecięcy namiot albo tak zwana „baza”. Całość układa się w wielopoziomowy labirynt, niczym drabinki i urządzenia na placu zabaw. To definiuje, ale też podkreśla charakter znacznej części formy jaką próbuje opowiadać historie o duchach-ojców.
Na ironicznym marginesie: zapewne bliskość muzeum, a tym samym etnograficznych artefaktów z różnych stron świata, musiała wpłynąć na fakt, że momentami w prześcieradłowych duchach mogliśmy zobaczyć pochód arabskich kobiet odzianych w odświętne abaje albo burki (sic!).
Rozmowy o nieprzepracowanych obciążeniach związanych z rodzinnym dziedzictwem przyjmują formę beztroskich igraszek, wyliczanek, podwórkowych piosenek. Domyślam się, że takie „zmiękczenie” atmosfery miało na celu uczynić wspomnienia z dzieciństwa realniejszymi czy prawdziwszymi. Niestety proporcje tych naiwnych sekwencji wzięły górę nad poważniejszymi treściami. Uczyniły z oczekiwanej rozmowy jedynie pogawędkę… Forma „zeżarła” trochę treść. Nie sposób było poważnie potraktować ćwiczeń oddechowych będących elementami rzekomo niezbędnej sesji terapeutycznej – wspólnotowego przepracowania win i krzywd ojców. Choć strasznie „bu!” zacne. Byłem „zgalarecony” strachem (sic!).
Jako że „Hamlet” Shakespeare’a to „utwór-ojciec” nowożytnego teatru, twórcy spektaklu sięgnęli także do formy teatru w teatrze i przeprowadzili środowiskową rozgrywkę. Owszem groteskowe przedstawienie pewnych określonych „ojców” polskiego teatru (kto wie ten wie) oraz ich technik czy metod pracy bawiło, momentami nawet bardzo. Szczególnie zaś zasiadających na widowni aktorów szczecińskich scen (sic!)... Urocze.
Skoro punktem wyjścia jest bohater z ikonicznego utworu, zabrakło mi w spektaklu przywołania kolejnych „duchów ojców”, ale nie osobistych, tylko postaci z kultury, które tworzą szerzej rozumiane dziedzictwo. Wiele jest o relacjach ojciec – dziecko, a przecież „figura ojca, albo „ojca” to także relacja mistrz – uczeń. Szczawińska odważnie operuje humorem i ironią, więc można było na chwilę wywołać „Ojca chrzestnego”, „Ojca dyrektora”, a nawet „Ojca świętego”. Z braku lepszych figur, mogłaby omyłkowo pojawić się nawet „Matka Whitney Houston”…
Znakomita większość scen, dość krótkiego, bo zalewie 70 minutowego spektaklu, ma zbyt letni, zbyt zabawowy charakter. Dopiero finałowa scena staje się oczekiwanym „mózgotrzepem”. Piotruś i jego wspomnienia ojca, jego pokoleniowe dziedzictwo, to właściwe… trauma. Nigdy nie nazwana, nigdy nie przerobiona, kołacząca się gdzieś w środku i nieustannie kłująca. A traumy nie mają daty ważności. Znakomita większość z widzów przedstawienia nosi w sobie takie gorzkie powidoki z przeszłości. Część być nawet funduje je teraz, tworząc błędne koło złego dziedzictwa, ale już dla przyszłych pokoleń. Faktycznie ostania scena wydobyła to wszystko, pozwoliła na mocną refleksję. Być może siła tego fragmentu przedstawienia wynikła z beztroskiej atmosfery pozostałych części spektaklu, które w jakiś sposób uśpiły czujność i uważność (wrażliwość?) na poważne treści. Pozostanę na stanowisku, że trudno rozmawiać o wspomnieniach ojca w oparach (nawet dosłownie) dowcipu o różowej dupie, której wydawało się, że jest słowikiem. Albo słysząc koncert nieznośnie debilnych imitacji odgłosów ptaków…
Dopiero poznając konteksty pracy Szczawińskiej i Wawra jr, który odgrywa poruszającą ostatnią scenę przedstawienia, dotarłem do informacji o autobiograficznej sztuce ojca aktora Piotra Wawra seniora. Ten przed kilku lat pokazał w Komunie Warszawa spektakl „Po prostu” (także w reżyserii Szczawińskiej), w którym opowiadała o tragicznie zmarłej żonie oraz swoim synu. To potęguje wymowę symboliki finału olsztyńsko-gdańskiej produkcji. W „Po prostu” Szczawińska eksponowała „opowieść o pamięci i jej mechanizmach”, mówiła o tym, w jaki sposób budujemy narrację swojego życia. Tym samym „Wchodzi duch” to osobliwa kontynuacja ważnej opowieści o szacunku do przeszłości i dziedzictwa, a jednocześnie naruszenie spiżowej figury patriarchatu, momentami nawet próba jego dekonstrukcji. Zaczyna się jak igraszka, a kończy jak spowiedź…