„Piękna i Bestia” w reż. Pawła Paszty w Teatrze Lalek Pleciuga w Szczecinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.
Jeszcze przed premierą, na spotkaniu prasowym, reżyser Paweł Paszta zapowiadał, że będzie stronić od infantylizmu, o który w kolejnym odczytaniu tak popularnego utworu bardzo łatwo. Słowa dotrzymał. Jego „Piękna i Bestia” w Teatrze Lalek „Pleciuga” w Szczecinie jest dojrzała zarówno merytorycznie i formalnie. Udało mu się stworzyć własny, oryginalny i niezwykle wyrazisty świat, i to taki, który widza wciąga absolutnie bez reszty. Choć to kraina dość mroczna, to strachy raczej na lachy. Duże brawa za subtelność i teatralne wyczucie. Oprócz przepięknych lalek, poruszających piosenek i znakomitych kreacji aktorskich, jego spektakl zachwyca wyjątkową atmosferą.
„Piękna i bestia” to ludowa baśń o wciąż nieokreślonej proweniencji. Badacze literatury, korzystając z metod filogenetycznych, szacują, że najprawdopodobniej liczy sobie od 2500 do 6000 lat. W Katalogu typów baśni „Piękna i Bestia” widnieje pod numerem ATU 425C. ATU to Indeks Aarne-Thompson-Uthera czyli baza ludowych podań założona przez Santiego Aarne, a uzupełniona i zrewidowana przez Stitha Thompsona i Hansa-Jörga Uthera. Niektórzy ze znawców literatury inspiracji dla bajki szukają w pochodzącej z II wieku opowieści Apulejusza z Madaury (Lucius Apuleius) o „Kupidynie i Psyche”. Jeszcze inni wskazują na autentyczną historię Pedro Gonsalvusa i jego żony Kathariny Raffelin. Gonsalvus, osobliwy dworzanin francuskich władców – Henryka II Walezjusza, a później Katarzyny Medycejskiej – zwany był „małpoludem”, ponieważ miał nieprawidłowy wzrost włosów spowodowany rzadką chorobą hipertrichosis.
W połowie XVI wieku ustne podania o pięknej dziewczynie i przerażającej bestii spisał w tomie „Rozkoszne nocne” Giovanni Francesco Straparola, uważany za jednego z pierwszych kolekcjonerów ludowych opowieści, który zapoczątkował erę baśni literackich. Kolejne utrwalanie miało miejsce dopiero w 1740 roku, a dokonała tego w zbiorze „La Jeune Américaine et les contes marins” (Opowieści młodych Amerykanów i marynarzy) francuska pisarka Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve. Do kanonu literatury wprowadziła ją niemal 20 lat później Jeanne Marie Leprince de Beaumont w „Magasin des enfants” (Kolekcja dla dzieci). Były jeszcze publikacje m.in. Johanna Joachima Schwabe oraz Andrew Langa w słynnym cyklu „Blue Fairy Book” (1889).
Specjaliści wielkiej popularności „Pięknej i Bestii” dopatrują się w sprytnej hybrydzie fantastycznego romansu dla dorosłych i jednocześnie dydaktycznej opowieści dla dzieci. Są też tacy, którzy wskazują tej opowieści ważną rolę w edukacji ówczesnych dam dworu w obliczu aranżowanych małżeństw. Co ciekawe w regionalnych „odmianach” dowolnie zmieniano znaczenia, sensy, a także postaci. Dla przykładu Bestia bywał niedźwiedziem, koniem, bazyliszkiem, wilkiem, a nawet wężem czy żabą.
Opowieść o „Pięknej i Bestii” od setek lat przewija się przez kolejne utwory literackie – prozę i poezję, a współcześnie także komiksy. Malowano obrazy, pisano opery, musicale, a nawet gry komputerowe. Były też dziesiątki, jeśli nie setki, adaptacji teatralnych. Współczesną sławę tej historii zagwarantował film. Zaczęło się od krótkometrażowej animacji Merrie Melodies z 1934 roku, później zaś słynny pełnometrażowy film w reżyserii Jeana Cocteau. No i oczywiście najnowsze realizacje studia Walta Disney – animacja z 1991 roku (reż. Kirk Wise, Gary Trousdale) oraz film aktorski z Emmą Watson w roli Belli.
Cieszy, że jedna z artystycznych egzemplifikacji tej baśni od teraz stanowi także ozdobę repertuaru Teatru Lalek „Pleciuga” w Szczecinie. Ozdobę piękną i mądrą.
Przytoczone powyżej wątpliwość związane z pochodzeniem baśni oraz dziesiątki jej wersji otwierają interpretatorom drogę do pewnej dowolności czy swobody. Niezła pokusa, co? To jednocześnie spora trudność, bo o powtórzenie czy niezamierzony plagiat przy takiej skali interpretacji bardzo łatwo.
Paweł Paszta pozostał wierny pierwotnemu zapisowi baśni, ale subtelnie go oprawił własnymi pomysłami. Trudno konkurować z disnejowskimi superprodukcjami, a tym samym percepcją najmłodszych widzów. Reżyser zdecydował się więc na pewne „uzupełnienia” ewidentnie inspirowane popularnymi filmami. To choćby obecność Tymoteusza – gadającej Myszy, konia – również władającego ludzkim językiem, albo złych sióstr Belli rodem „Kopciuszka”. Nie zakłóciło to jednak merytorycznej ani formalnej strony spektaklu.
Paszta znacznie rozwinął wątek miłości i tęsknoty Belli do ojca, wskazując na wagę rodzinnych więzi. To cenne! Próbował opowiedzieć młodym widzom o szlachetności dojrzewania. Wymownie sportretował zmianę życiowych postaw bohaterki – racjonalizacja światopoglądu, odwaga, a przede wszystkim pewność siebie. To bardzo cenne! Do absolutnego, ale bardzo czytelnego minimum sprowadził dylematy Belli względem „bestiowości” Bestii. Łatwo można było w tym odczytać komunikaty o równości, tolerancji i szacunku. To bezcenne!
Spektakl Paszty urzekł… malarskością. Co ciekawe wspaniałe efekty wizualne reżyser osiągnął przy zaskakująco skromnych środkach i kreatywnym wykorzystaniu podstawowych funkcji parku technicznego teatru. Należy do nich kolorowanie horyzontu reflektorami, przy czym każda kolejna barwa całkowicie zmieniała atmosferę poszczególnych scen (reżyser spektaklu odpowiadał także za światło). Tło akcji stanowiły dwa ogrody – w domu Belli oraz w zamku Bestii. Symbolizowały je opuszczane na sztankietach misternie zdobione, ażurowe wielkoformatowe tkaniny.
Wkomponowano w nie przepiękne roślinne motywy. Całość nawiązywała do monumentalnego malarstwa barokowego, widać też było inspiracje martwymi naturami znanymi z płócien artystów flamandzkich czy holenderskich. Piękny jest kipiący zdobną zastawą stół w zamku Bestii, jakby wyjęty z XVI-wiecznych obrazów. Mało tego, stojące na nim przedmioty w „magiczny” sposób wzbudzano w ruch. Piękna to scena! Autorką scenografii jest Ewelina Brudnicka. Brawo!
Na osobną uwagę zasługują lalki inspirowane japońską techniką Bunraku autorstwa Márii Bačovej. Spore figury (2/3 ludzkiej postaci) zachwycały misternością wykonania oraz kostiumami (znów Brudnicka). Figura Bestii to wprost dzieło sztuki! Intrygowała forma, ale również sposoby animacji. Lalki Belli i Bestii prowadziły aż trzy osoby, ojca dwie, pozostałe postaci mogły być poruszane przez jednego aktora. Obok głównych bohaterów widzieliśmy także rozmaite strachy (wilki albo diabły), nietoperze czy wróżkę. Te figury znajdowały się na długich sprężystych kijach (à la wędki). Ich powietrzne akrobatyka przydawała spektaklowi nie tylko urody, ale też pewnej magii czy baśniowości. Tu warto podkreślić pracę choreografa Bartłomieja Ostapczuka, który skomponował ruch aktorów oraz prowadzonych przez nich lalek. O tym jak trudnym to było zadaniem, niech świadczy niezwykłe skupienie animatorów, znakomite lalkarskie rzemiosło i precyzja każdego gestu. Brawo! (Maja Bartlewska, Katarzyna Klimek, Karolina Martin – gościnnie, Edyta Niewińska-Van der Moeren, Grażyna Nieciecka-Puchalik, Aleks Joński, Mirek Kucharski, Robert Ruszkowski – gościnnie).
„Piękna i Bestia” w Teatrze Lalek „Pleciuga” to bez wyjątku bardzo dobre kreacje aktorskie. W postać Bestii wcielił się Krzysztof Tarasiuk, a Bellę sportretowała Marta Łągiewka. Głównym bohaterom Paszta odebrał bajkową lekkość, proponując odtwarzającym ich aktorom ciekawy eksperyment. Aktorzy nie próbowali infantylnie postaciować, nie próbowali przypodobać się młodym widzom –Tarasiuk nie stworzył strasznie strasznego potwora, a Łągiewka nie próbowała być małą dziewczynką. Oboje zaproponowali dojrzałe, przemyślane kreacje o wyrazistych charakterach. Tak jakby opowiadali o swoich bohaterach z pewnego dystansu, gwarantującego rzetelne ukazanie charakterów postaci.
Pozostali otrzymali nieco inne zadanie: ową bajkę wypełnić lekkością i fantazją. Maciej Sikorski sportretował Maurycego, ojca Belli, wykorzystując dosyć szeroki gest oraz karykaturalną modulację głosu. Podobnie przerysowały swoje Siostry Grażyna Nieciecka-Puchalik oraz Edyta Niewińska-Van der Moeren. Rafał Hajdukiewicz świetnie wcielił się w gadającą mysz, Tymoteusza.
Na finał tekstu pozostawiam muzyczne walory szczecińskiej interpretacji „Pięknej i Bestii”. Śmiem twierdzić, że znacznie ciekawsze niż zgrane disnejowskie szlagiery. To robota Tomasza Jakuba Opałki oraz Sandry Jakubowiak. Ten pierwszy to kompozytor, druga odpowiadała za przygotowanie wokalne aktorów. Dawno nie było w „Pleciudze” tak brawurowych songów – kompozytorsko, aranżacyjne, a przede wszystkim wykonawczo. Tu znów odwołanie to „antyinfantylnych” gwarancji Pawła Paszty, bo muzyka Opałki jest także bardzo „dorosła”, bez oglądania się na artystyczne sympatie dzieciaków. Muzyka nawiązuje do barokowej atmosfery świata wykreowanego przez reżysera. Monumentalne pieśni zachwycają melodyjnością oraz wyważonym… patetyzmem czy monumentalnością. Do tego dochodzi brawurowe wykonanie, przygotowane pod czujnym okiem (uchem?) Sandry Jakubowskiej. W takim repertuarze świetnie brzmi Krzysztof Tarasiuk, aktywny także w środowisku ceglanym (cerkiewnym). Obdarzona szeroką skala głosu Marta Łągiewka wreszcie mogła pokazać co potrafi. Muzyczna klasa utworów Opałki znacznie przekracza typowe kompozycje towarzyszące scenicznym utworom dla najmłodszych (bez urazy dla kogokolwiek).
Jest także jeden zgrzyt. Otóż z dużą pewnością praca Paszty nie jest adresowana do dzieciaków w wieku od 4 lat. To zdecydowanie za mało. To propozycja dla znacznie starszych dzieciaków. Proszę pleciugowych decydentów o rozważną weryfikację.